Tygodnik "Wprost",
nr 984 (07 października 2001)
Justyna Kobus
Twórca "Annie Hall" i "Purpurowej róży z Kairu"
znów chce wyłącznie bawić.
Ten mały śmieszny facet w okularkach ma niebywały dar - jednocześnie
śmieszy i boli go życie" - powiedział o Woodym Allenie jego
słynny kolega z branży Robert Redford. Jeśli przyjrzeć się ostatnim
filmom Allena, wygląda na to, że ból minął. Pozostał śmiech, wciąż
jednak zachowujący wszelkie cechy katharsis.
Ma na koncie trzy Oscary, francuskiego Cezara i Srebrnego Niedźwiedzia
przyznanego w Berlinie za całokształt twórczości. Publiczność go
uwielbia, a producenci akceptują wszelkie jego pomysły. A przecież
gra dziwaków i sam jest dziwakiem! Boi się latać samolotem (ale
lata!). Jest tak podejrzliwy wobec obcych, że idąc ulicą, nie patrzy
na twarze przechodniów. Leczy się jednocześ-nie u trzech psychoterapeutów
i nienawidzi wszystkiego, co kojarzy się z wsią i sielskim klimatem.
Kiedy scena w "Zeligu" wymagała zmoczenia się w jeziorze,
polecił... przywieźć na plan wodę mineralną Evian. Polał się nią
od stóp do głów z komentarzem: "H2O z butelki pachnie cywilizacją".
Na spotkaniu z królową brytyjską niespeszony zapytał wprost: "Jak
się pani miewa? Czy bawi panią władza?". Dwór zamarł z wrażenia,
ale królowa była zachwycona.
Krytycy patrzą na filmy Woodyego Allena jak na intymny dziennik
z jego życia. I słusznie, gdyż zbieżność tych historii z burzliwą
egzystencją nowojorskiego reżysera jest oczywista. Stanowi przy
tym parabolę wzlotów i upadków artysty. We wczesnej młodości serwował
widzom historyjki lekkie, łatwe i przyjemne. W miarę upływu czasu
beztroski komik zmieniał się w filozofa, którego - na szczęście
- ani na moment nie opuszczało poczucie humoru. Bywał ten śmiech
jednak bardzo gorzki. Zmieniały się partnerki Allena, a pod ich
wpływem sam Allen i jego filmy. O ile związek z Diane Keaton obfitował
w kpiarskie opowieści o nowojorskich neurotykach, ich życiu seksualnym
i snobizmach, o tyle związek z Mią Farrow zaowocował bardziej skomp-likowanymi
dziełami: "Ze-lig", "Hannah i jej siostry" czy
uważana za najlepszy film Allena "Purpurowa róża z Kairu".
Ta ostatnia pastiszowa opowieść, w której bohaterowie kinowej fikcji
i realnego świata spotykają się, dyskutując na równych prawach,
prowokuje do refleksji na temat związków kina z rzeczywistością.
Pokazuje, że głównym zadaniem kina jest projekcja najskrytszych
ludzkich marzeń, ale mówi też o ich ułudzie w konfrontacji z rzeczywistością.
Jest absolutnym mis-trzem groteski. Satyrykiem z gatunku życzliwych
światu, kpiarzem, który najbardziej lubi wyśmiewać siebie. W "Drobnych
cwaniaczkach", którzy właśnie pojawili się w naszych kinach,
w końcu zerwał z autoportretem zakompleksionego intelektualisty
nieudacznika, trochę erotomana, trochę wariata. Po raz pierwszy
nie jest rozhisteryzowanym inteligentem, ale... tępawym prostaczkiem,
któremu bozia wyraźnie poskąpiła rozumu. Niezgrabny - by nie rzec
pokraczny - paraduje tym razem nie w garniturze, lecz cudacznych
szortach i tenisówkach. Jest zawodowym włamywaczem, który odsiedziawszy
wyrok, pracuje jako pomywacz. Planuje kolejny skok na bank w towarzystwie
nie mniejszych niż on niezgułów. Tu jednak do akcji wkracza małżonka
(rewelacyjna Tracey Ullman), która w ramach przygotowań do podkopu
na bank otwiera w wynajętym lokalu cukiernię. Przykrywkowy interes
robi furorę, a nieborak w tenisówkach niespodziewanie zostaje miliarderem.
Sceny stylizowane na reportaż z fabryki ciasteczek, której klienci,
chcąc nabyć rarytas, wpisują się na listę, to majstersztyk. Chciałoby
się powiedzieć: nowy Allen jak stary, gdyż film już na pierwszy
rzut oka kojarzy się z wczesną twórczością reżysera. Bez filozoficznych
podtekstów i wielkich pytań o sens życia i śmierci, które tak lubił
ostatnio zadawać.
Bezpretensjonalna opowiastka będąca kpiną z parweniuszy (warto się
przekonać, jak aktualna jest i w naszej rzeczywistości!) to najzabawniejszy
film Allena od czasu skandalu z udziałem byłej towarzyszki życia
Mii Farrow i ich pasierbicy. Mia odeszła, ciskając gromy, oskarżając
Woodyego o pedofilię, informując cały świat o jego uczynkach. Mimo
prywatnych kłopotów reżysera nie opuściła wena. Zaraz po rozstaniu
zafundował widzom prawdziwą perełkę - "Przejrzeć Harryego",
autokreacyjną historię pisarza eksploatującego w swoich książkach
własne życie. Zdemaskował siebie w sposób bezlitosny: "Jestem
erotomanem, lekomanem i tchórzem. Zdradzam i oszukuję, ale nie udaję,
że jestem bez grzechu. Oglądasz moje filmy, więc musisz mnie lubić"
- tłumaczył zaskoczonym widzom. Trzeba odwagi, by publicznie wyznawać
swoje winy. Najwyraźniej kino okazało się dla Allena azylem.
Rozstanie z Farrow zmieniło jego twórczość, sprawiło, że po serii
refleksyjnych filmów Woody znów chce wyłącznie bawić. "Drobne
cwaniaczki" dowodzą, że odzyskał formę. Błyskotliwe dialogi
prowokują do niepohamowanego śmiechu, żywiołowy dowcip przywodzi
na myśl chyba najzabawniejszy film Allena "Strzały na Broadwayu".
Woody wie, że publiczność, choć kocha go za głębokie refleksje,
domaga się tego, w czym jest największym mistrzem: śmiechu. Kolejny,
nie znany jeszcze u nas film "Klątwa Skorpiona " - zabawna
crime story osadzona w ukochanych przez artystę latach 40. - pokazuje,
że Allen liczy się z jej upodobaniami. Amerykańskiemu kinu przydałby
się jeszcze jeden taki Allen - niezależny, konsekwentny artystycznie,
no i nie mniej utalentowany" - napisał po premierze któregoś
z filmów Allena Eric Lax, nowojorski krytyk. Europejskiemu kinu,
coraz bardziej smętnemu i nijakiemu, i tuzin Woodych by nie zaszkodził.