Rafał Oświeciński
www.film.warka.pl
Oto najgenialniejszy film Woody Allena. Niby komedia, a nikczemnie
przenikliwa; w swojej prostocie na tyle prawdziwa, że aż bolesna.
Allen śmieszy, czaruje żartami na absurdalnym poziomie, opowiada
historię mało poważną, wypada rzec nawet - fantastyczną. Jednak
jego kino ma to do siebie, że pod powłoką humorystyczną kryje się
gorzka refleksja, głęboka prawda o istocie ludzkiej, bynajmniej
śmieszna. Powstały w 1983 roku "Zelig" to, jak się zdaje,
zabawa z formą, ot ciekawe ćwiczenie stylistyczne, troche na modłę
tradycyjnych parodii filmowych (tutaj wszelkich form dokumentalnych),
jak i filmu biograficznego (na przykład "Obywatel Kane").
Jego żart filmowy przybrał jednakże formę poważną, wręcz przerażającą.
Woody bez pardonu przyjrzał się nam uważnie. Mówię "nam",
bo to obraz o maskach noszonych na co dzień. Ośmielę się powiedzieć
- maskach noszonych przez każdego. Nie udawajmy, żeśmy oryginalni,
że zawsze jesteśmy sobą: bezpretensjonalni aktorzy teatru dnia codziennego
nie przyznający się do norm kulturowo zdefiniowanych. Słowa "być
sobą" to jedynie slogan nic nie znaczący, propaganda nie mająca
sensownej argumentacji, tym bardziej gdy konfrontowana jest z takim
dziełem jak "Zelig" Woody Allena. Popadając w skrajność
(wypada tak stwierdzić) tworzy reżyser "zeligu" pewne
uniwersum ludzkiego świata wypełnionego konkretnym ludzkim doświadczeniem
wynikającym z wygodnego konformizmu, któremu tak łatwo każdy się
poddaje (starcie z bezlitosną naturą ludzką).
Widzimy więc Leonarda Zeliga, który udaje. Autentyczni intelektualiści
amerykańscy (Saul Bellow, Susan Sontag, Bruno Bettleheim) wypowiadając
się o czynach tego człowieka, próbują skonstruować portret psychologiczny
Zeliga. Tytułowy bohater to fenomen ludzkiej przystosowalności:
gdziekolwiek się pojawi, potrafi się perfekcyjnie dostosować. Idealnie
wtapia się w tłum, upodabnia się do otoczenia, w jakim sie znajduje.
Gdy więc Leonard Zelig znajduje się wśród otyłych, widzimy jak robi
się gruby. Wśród Murzynów staje się czarny; wśród Chińczyków żółty
i z podklejonymi skośnymi oczami. Pojawiając się pomiędzy członkami
elity intelektualnej spogląda snobistycznie na świat ubrany w modną
tweedową marynarkę i z obowiązkową fajką w zębach. Szczytem "kameleonizmu"
jest sytuacja w której Zelig, badany przez lekarza psychiatrę, utrzymuje,
że sam jest psychiatrą i stara się badać swoich analityków.
Leonard Zelig to skrajny przypadek sposobu przystosowania się jednostki
do społeczeństwa. Jego zachowanie to całkowita akceptacja wszelkich
norm kulturowych, bez względu na czas i miejsce. Tytułowy bohater,
brawurowo zagrany przez Allena, to wcielenie bezpiecznej przeciętności,
bardzo poręcznej, użytecznej, pozbawionej też kompleksów. Bo nie
ma tutaj miejsca na prawdziwą tożsamość - Zelig jest każdym, będąc
zarazem nikim. Badająca go pani doktor Fletcher widzi w Zeligu samotnego
człowieka, przygniecionego ciężarem swojej własnej indywidualności.
Skrajny konformizm to pewien mechanizm obronny. Przed czym? W tym
miejscu należy podjąć próbę rozszerzenia przesłania filmu Woody
Allena (bo dzieło to jest tego z pewnością warte). Można tu dostrzec
ostrze satyry wymierzone w kulturę amerykańską, jej "sny",
filozofię sukcesu, do której każdy rad doszlusować w imię powszechnej,
ludzkiej tzw. normalności. Istniejące ideały i mity inspirują masową
wyobraźnię, przyciągają uwagę społeczeństwa wychowanego na idolach
bulwarowej prasy, bohaterach hollywoodzkich filmów. Osobliwość i
dziwactwo osiągają najwyższą cenę, w tym świecie Zelig staje się
niekwestionowaną gwiazdą mediów. Osiągnąć sukces, zdobyć coś, co
mają inni, a gdy się nie uda, przejść się do psychoanalityka, który
postara się upodobnić pacjenta do ideału. Można zadać sobie pytanie
czy taki nacisk społeczny sprzyja osobowości czy jej zagraża? Zelig
chce być tylko kochany, chce uciec od samotności. Przysłowiowe "5
minut sławy" następuje, ale niech już każdy sam sobie odpowie
na pytanie, czy światła reflektorów za bardzo nie oślepiają.
"Żyd wieczny tułacz" jest to również jedna z dróg interpretacji
"Zeliga". Znając skłonności reżysera do wiecznych rozrachunków
z własną osobowością, "nowojorską żydowskością", być może
dokonuje karykatury dziedzictwa własnej kultury. Społeczność żydowska
to przykład asymilacji za wszelką cenę. Bez problemu dostosowuje
się do nowych wzorów, bo sprzyja temu rozrzucenie po całym świecie.
Marząc o identyfikacji stara się zasymilować, bo to jest jednak
jedyne wyjście. A może problem ten dotyka cywilizacji współczesnej
w ogóle? Globalizacja kulturowa sprzyja nakładaniu wciąż nowych
masek, dostarcza tysięcy wzorów, z których żaden w pełni nie potrafi
(nie może) odpowiedzieć na potrzeby człowieka.
Ten wspaniały film Allena porusza więc bardzo ważny współczesny
problem naszego życia. Pyta o tożsamość i potrzeby wypływające niejednokrotnie
z fałszywych przesłanek. Oszukańczy dokument dostarcza prawdy o
nas samych - zagubionych w świecie milionów doświadczeń, próbujących
ułożyć sobie życie jak najwygodniej, jak najlepiej. Jednocześnie
jesteśmy spętani tysiącami schematów, bezmyślnie przez nas powielanych,
przetwarzanych. Bo chcemy być wszystkim. I, jak Leonard Zelig, chcemy
być tylko kochani.