| Podręczny
słownik Woody'ego Allena. |
Paweł T. Felis, Gazeta.pl
Od kilkudziesięciu lat ten sam krój czcionki w napisach. Ten sam filmowo-ironiczny
charakter pisma, rozpoznawalny bez trudu nawet przez przypadkowych widzów. I -
chociaż Woody Allen co roku kręci nowy obraz (w Wenecji odbył się ostatnio premierowy
pokaz "Anything Else") - jakby wciąż ten sam film. AKTOR
Nieustanne poprawianie okularów, nerwowe ruchy rąk, chrząknięcia i charakterystyczne
zacinanie się - to niemal cały zestaw aktorskich środków, jakimi Woody Allen urzeka
widzów od pierwszych swoich filmów. Chociaż zdarzało mu się występować w filmach
innych reżyserów ("Figurancie" Ritta czy "Królu Learze" Godarda),
najlepiej czuje się we własnych obrazach, gdzie gra wciąż tę samą postać - siebie
samego. Co ciekawe, nawet w takich filmach jak "Celebrity" Allen nie
pojawia się na ekranie, widz cały czas czuje jej obecność. Bo czy Kenneth Branagh
gra w tym filmie Lee Simona - czy samego Allena?
CHAPLIN, HOPE I
SZLEMIEL Nie dziwi, że Charlie Chaplin to jeden z ulubionych aktorów
Allena. Bohater jego filmów to przecież wieczny Piotruś Pan, urokliwy nieudacznik,
który wywołuje salwy śmiechu, nawet jeśli wyziera z niego wyraźnie rys tragiczny.
Ale różnic między Chaplinem a Allenem jest więcej. Bohater Chaplina był człowiekiem
znikąd, ujmującym dobrocią wiecznym włóczęgą i outsiderem, który niepostrzeżenie
przychodzi i odchodzi. Bohater Allena wie, że jego miejscem jest Nowy Jork, choć
czuje się w świecie nienajlepiej, stara się w nim przecież odnaleźć, jest wreszcie
skrajnym egocentrykiem.
To oczywiste, że Allenowski fajtłapa czerpie
wiele z komików takich jak bracia Marx czy Bob Hope ("całe życie się na nim
wzoruję, ale nie jestem nawet w połowie tak dobry jak on!" - mawia reżyser).
Ale może najbardziej przypomina żydowskiego szlemiela - pozbawionego sprytu i
szczęścia nieudacznika, któremu życie wciąż płata figle. Jak u Rotha ("Kompleks
Portnoya") czy Haška "upadając na plecy, rozbija sobie nos". Staje
się więc obiektem wiecznych kpin, choruje na brak akceptacji, ale przede wszystkim
nie akceptuje sam siebie. Jest nieszczęśliwy, ale nie do końca tragiczny - jak
bohater "Skrzypka na dachu" raczej bawi się swoimi marzeniami i fantazjami
niż dąży do ich spełnienia.
ILUZJA Magią i iluzją Allen
fascynował się już jako nastolatek. Poświęcał mnóstwo czasu na naukę karcianych
sztuczek, bo chciał zostać zawodowym szulerem.
Magiczne sztuczki pojawiają
się już w "Śpiochu" i "Wspomnieniach z gwiezdnego pyłu". W
"Danny Rose z Brooklynu" niedouczony sztukmistrz wprowadza żonę w stan
hipnozy, z której nie potrafi jej obudzić. W "Klątwie skorpiona", pod
wpływem hipnozy, Briggs i Betty Ann dokonują zmyślnych kradzieży.
Bo
Allen uwielbia kinowe tricki - pozwala więc bohaterom wędrować w przyszłość ("Śpioch"),
rozmawiać z koniem ("Annie Hall"), spotykać własnych idoli ("Zagraj
to jeszcze raz, Sam") czy upodabniać się do innych osób ("Zelig").
Reżyser wierzy bezsprzecznie w iluzję kina, ale też lubi ją rozbijać. "Manhattan"
rozpoczyna monolog narratora, który przedstawia kilka wersji pierwszych zdań swojej
książki o tym mieście. W "Klątwie skorpiona" reżyser wykorzystuje ograne
motywy (detektyw-nieudacznik, skoki stulecia), kreuje nieprawdopodobne sytuacje,
by z uśmiechem mówić widzowi: to tylko kino. Lepsze niż życie. Dlatego w "Annie
Hall" prawdziwa - i nieszczęśliwa - historia miłosna w sztuce Alvy'ego musi
skończyć się happy endem. "Zawsze pragnie się, żeby na scenie wszystko szło
znakomicie. Bo w życiu naprawdę o to trudno " - kończy bohater.
INTELEKTUALISTA Podczas wręczenia reżyserowi w Cannes Palmy Palm,
Allen powtórzył swoją znaną anegdotę: "Wszyscy myślą, że jestem intelektualistą,
bo noszę okulary i kręcę niedochodowe filmy". Rzeczywiście - niektórzy odnajdują
u Allena ślady Czechowa, Dostojewskiego, Kafki, Singera, antycznych tragedii i
Szekspira Inni widzą tylko zabawne komedie o perypetiach chuderlawego bohatera
z przerzedzoną już czupryną i okularami w grubych oprawkach. I chyba wszyscy mają
rację.
JAZZ To - obok filmów, kobiet i Nowego Jorku
- największa pasja Woody'ego Allena. Z podziwu godną regularnością grający na
klarnecie reżyser występuje ze swoim zespołem w nowojorskim Michael's Pub, ale
też koncertuje po świecie (filmowym dokumentem jednej z takich podróży jest "Wild
Man Blues" Barbary Kopple).
KINO Już w dzieciństwie
Allen przesiadywał godzinami na seansach ulubionych filmów. Nie ma wykształcenia
filmowego, ale może właśnie dlatego przede wszystkim bawi się w kino - i kinem.
Prowadzi więc ironiczną grę z mistrzami X Muzy (Fellinim we "Wspomnieniach
z gwiezdnego pyłu", Eisensteinem w "Miłości i śmierci"), ale też
filmowymi gatunkami, jak choćby filmem gangsterskim ("Strzały na Broadwayu")
czy musicalem ("Wszyscy mówią: Kocham cię"). "Zeliga" kręci
w konwencji autentycznego dokumentu.
Nie chodzi o intelektualne popisy,
ale o autentyczną fascynację ruchomymi obrazkami. To dlatego przecież w okularach
bohatera "Zagraj to jeszcze raz, Sam" odbijają się sceny z "Casablanki",
w "Tajemnicy morderstwa na Manhattanie" w kinie wyświetlany jest "Obywatel
Kane" Wellesa, a filmowy heros w "Purpurowej róży z Kairu" schodzi
z ekranu i zakochuje się w prostej, nieco naiwnej Cecylii, przesiadującej całymi
dniami na filmie z jego udziałem.
KOBIETY Aż trudno
uwierzyć, jak długo posądzano Allena o seksizm. To przecież Allen stworzył tak
znakomite postaci kobiet, jak Annie Hall, Cecylia ("Purpurowa róża z Kairu")
czy Hannah i jej siostry. Panie bywają w jego filmach romantyczkami (Cecylia),
chłodnymi, męskimi intelektualistkami (eks-żony w "Manhattanie" i "Annie
Hall"), fascynującymi ekscentryczkami, ceniącymi ponad wszystko własną wolność
(Annie Hall) czy też opiekuńczymi, mocno stąpającymi po ziemi, czułymi altruistkami
(17-letnia Tracy w "Manhattanie"). Co ciekawe, Allenowski bohater wiąże
się najczęściej z intelektualistkami, w ekscentryczkach najmocniej się zakochuje,
a czułych altruistek nie docenia. Zresztą - czy byłby z nimi szczęśliwy?
MAŁŻEŃSTWO Kiedy Annie Hall pyta Alvy'ego, czy mogłaby z nim
zamieszkać, ten odpowiada: "Żyjemy ze sobą, sypiamy, jemy razem. Jezu, chyba
nie chcesz, żeby to było jak w małżeństwie?". Nawet w trwałym związku Alvy
chce zachować oddzielne mieszkania - "to jak ratunkowa tratwa". Antymałżeńska
fobia to oczywiście powracający we wszystkich filmach Allena lęk przed uzależnieniem,
brakiem niezależności, niechęć do wszelkich zobowiązań i instytucji. Nieprzypadkowa
jednak - bohaterowie Allena (jak i on sam prywatnie) żenią się i rozwodzą, zdradzają
i romansują. Kto wie, czy rzucona od niechcenia uwaga bohatera "Manhattanu"
nie mówi o Allenie więcej niż się wydaje: "Ludzie powinni się dobierać na
całe życie. Jak gołębie albo katolicy".
MIŁOŚĆ
O udaną miłość w filmach Allena równie trudno jak o równoczesny orgazm z
partnerką - mógłby brzmieć jeden z żartów reżysera. Jego bohaterowie zakochują
się zawsze w niewłaściwych kobietach, porzucają i są porzucani, nawet w najlepszych
związkach czują się spełnieni tylko po części. A jednak "Annie Hall",
"Purpurowa róża z Kairu" czy też "Klątwa skorpiona" nie pozostawiają
wątpliwości, że chodzi o jedno: o pragnienie autentycznego uczucia.
"Czy cię kocham?" - mówi Alvy do Annie. "To złe słowo. Koucham
cię, kooocham". Słowa są kalekie, zużyte i kiczowate. Żeby przyznać się do
uczucia - jak w "Klątwie skorpiona" - trzeba schować się za maską tricku
iluzjonisty. I można tylko bezradnie buntować się przeciwko zdaniu starszej kobiety
w "Annie Hall", zapytanej o przyczyny rozstania z ukochaną: "Niczego
nie zrobiłeś. Tak już jest. Miłość wygasa".
NOWY JORK
"Nowy Jork był jego miastem. I zawsze nim będzie" - mówi bohater
"Manhattanu" Kiedy Allen miał kilka lat, ojciec zabrał go na 42 Ulicę.
To wtedy reżyser postanowił, że będzie żyć i pracować właśnie tutaj. I dotrzymał
słowa.
Nowy Jork - miasto Henry'ego Jamesa, ale też Martina Scorsesego,
Spike'a Lee czy Wayne'a Wanga - nie bez powodu nazywany bywa "mikrokosmosem
Ameryki". Hybrydyczna metropolia spełnionych i niezrealizowanych pragnień,
sprzecznych marzeń i utraty niewinności, luksusu i biedy to metafora współczesnego
człowieka - rozchwianego, pełnego chaosu i sprzeczności. Allen patrzy więc na
swoje miasto ze zjadliwą często ironią, ale też pełną ciepła wyrozumiałością,
zabarwioną lekkim patosem (obrazom Nowego Jorku w "Manhattanie" towarzyszą
dźwięki "Błękitnej rapsodii" Gershwina).
Manhattan Allena
to rozmowy intelektualistów, znajome galerie, muzea, księgarnie, biblioteki i
sklepy. Co jest fikcją - a co życiem? Bohaterowie, jak sam reżyser, jadają u Elaine,
bywają w rosyjskiej restauracji, spotykają się z przyjaciółmi w Museum of Modern
Art, mieszkają w apartamentowcach. W "Manhattanie" pojawia się nawet
autentyczny balkon Allena, a w "Hannah i jej siostry" mieszkanie Mii
Farrow przy Central Parku. Bo Nowy Jork dla reżysera to jednocześnie miasto rzeczywiste,
w którym żyje na co dzień - i całkowicie zmyślone, jakby wzięte ze snu.
PRZEMIJANIE I ŚMIERĆ Choć Allen stara się to ukryć, pod skórą
cynika i błazna kryje się prawdziwy melancholik. Jego neurotyczne fobie dotyczące
własnego zdrowia to przecież nic innego, jak maska człowieka przerażonego przemijaniem.
Tym bardziej okrutnego, że wystawionego na widok publiczny - kolejne filmy zapisują
bezlitośnie, jak zmienia się twarz, rzednie krępa grzywa i pojawia siwizna. O
śmierci zdarza się Allenowi mówić wprost, jak w "Hannah i jej siostry",
gdzie odpowiada na uwagę o przemijaniu: "Czy to nie niszczy wszystkiego?
Odziera wszystko z przyjemności. Przecież ty umrzesz, ja umrę, widzowie poumierają
Wszystko!". Ale najbardziej przejmujący jest w zdaniach z pozoru komicznych.
"Życie jest okropne - mówi żona z "Miłości i śmierci", kiedy umiera
jej mąż. - Więc gdzie pójdziemy zjeść?".
REŻYSER
Woody Allen nie ukrywa, że bawi się aktorami, a zwłaszcza aktorkami, jak kukiełkami.
"Zachowaniem [swoich aktorek] mogłem kierować na planie filmowym jak w lalkowym
teatrze To byłoby trudne w prawdziwym świecie!" - przyznał w wywiadzie dla
"Gazety". Allen gra więc na ekranie niezbyt atrakcyjnego nieudacznika,
ale dla swoich filmowych bohaterek okazuje się przystojny, czarujący, atrakcyjny.
Iluzja kina? "Wiesz, co jest najbardziej seksowne w mężczyźnie? Intelekt"
- mówi Mia Farrow w "Danny Rose z Brooklynu".
Zastanawia więc
zdanie z innego filmu: "Jestem laureatem nagrody Augusta Strindberga w dziedzinie
stosunków z kobietami". Czy nie dlatego, że - jak w "Manhattanie"
- nawet Allenowski bohater nie może swoich filmowych związków wyreżyserować, rozdzielić
ról, kwestii i rozegrać po swojemu?
SEKS Już chyba nie
uwolni się starzejący się Woody Allen od gęby uwodziciela i erotomana, za którą
winić może w równym stopniu dziennikarzy śledzących z pasją jego kolejne związki,
romanse i małżeństwa, jak i samego siebie. Nikt przed nim zresztą nie odważył
się w kinie tak otwarcie mówić o seksie ("Nie odrzucaj masturbacji - to seks
z kimś, kogo się kocha"), erotycznych obsesjach i fobiach. Allen celowo odziera
intymność z uroku, obśmiewa ją, analizuje i rozkłada na czynniki pierwsze, pokazując
siebie jako zwykłego samca dążącego do spełnienia. Nie trzeba psychoanalityka
(nieodłączny bohater filmów), by zrozumieć, że to szczelnie skrywana tęsknota
za autentycznym uczuciem, którego radosny seks jest niezbywalną częścią. Niestety,
nawet Annie Hall - bodaj największa miłość Allenowskiego bohatera - potrafi być
świetna w łóżku tylko po trawce. Nawet ona.