| Życie i
twórczość Woody'ego Allena |
Iwona
Król
Stopklatka.pl
Wstęp
Żałuję tylko jednej rzeczy w życiu
- tego, że nie jestem kimś innym. Nie chcę osiągnąć nieśmiertelności poprzez moja
pracę. Chce ją osiągnąć przez nieumieranie. Dwa największe mity związane z moją
osobą to ten, że jestem intelektualistą - ponieważ noszę okulary i ten, że jestem
artystą - bo moje filmy tracą pieniądze. Obydwa są nieprawdziwe.
Woody
Allen - reżyser, aktor, scenarzysta, producent, muzyk - mimo sławy, stara się
prowadzić normalne życie. Nie lubi być rozpoznawany i zaczepiany na ulicy, od
lat najchętniej jada w ulubionej restauracji u Elaine's. Nie znosi wsi, zaś jego
ukochanym miejscem na kuli ziemskiej są zatłoczone przedmieścia Nowego Jorku.
Napisano o nim kilkadziesiąt książek, opublikowano mnóstwo wywiadów, jednak artysta
ponoć ich nigdy nie czyta, gdyż twierdzi, że marnotrawstwem byłoby poświęcanie
czasu własnej osobie. Choć przyznaje, że nie jest pracoholikiem, niemal co 12
miesięcy, już od ponad 30 lat, raczy nas nowym filmem. I choć wielu jest zdania,
że Allen-artysta nie ma już nic ciekawego do zaprezentowania, a filmy końca lat
90. i początku XXI wieku to "kręcenie Allena na siłę", to wierni fani
z uporem maniaka powtarzają, że jego filmy - nawet'słabsze - są lepsze od całej
reszty.
Kiedy zostałem porwany moi rodzice wkroczyli do akcji. Wynajęli
mój pokój.
Woody Allen urodził się w żydowskiej rodzinie 1 grudnia
1935 roku jako Allan Steward Königsberg. Pseudonimu używa od 1952 roku, kiedy
to zaczął pisać gagi na zamówienie - wrodzona nieśmiałość sprawiła, że chłopak
nie chciał zostać rozpoznany jako ich autor przez szkolnych kolegów. Rodzice:
ojciec - z zawodu grawer, z konieczności kelner i taksówkarz; matka - księgowa
w kwiaciarni, byli dla Allena dość surowi. Często dochodziło między nimi do kłótni,
chociażby wtedy, gdy wysportowanemu [sic!] przyszłemu reżyserowi zabronili trenować
boks.
Nawet jako dziecko zakochiwałem się w nieodpowiednich kobietach,
kiedy oglądaliśmy Królewnę Śnieżkę wszyscy zakochiwali się w królewnie Śnieżce,
ja natychmiast pokochałem złą królową.
Świat filmu Woody'ego zawdzięcza
... jego niechęci do upałów - siedzenie w klimatyzowanym kinie było dla małego
Allena wybawieniem. Pierwszym filmem, jaki obejrzał, była najprawdopodobniej "Królewna
Śnieżka" - miał wtedy około 5 lat. Początkujący kinoman był mało wybredny
- oglądał wszystko jak leci - zdarzało się, że świątynię X Muzy odwiedzał nawet
codziennie, oglądając po dwa filmy fabularne. A biorąc pod uwagę fakt, że nieopodal
jego domu w Brooklynie było 25 kin, nie mógł narzekać na ubóstwo repertuaru. Już
jako trochę starszy, polubił komedie romantyczne (!), filmy z braćmi Marx, kryminały.
Nie bawił go Flip i Flap. Dopiero po wojnie zetknął się z arcydziełami kina europejskiego
- rozkochał się w kinie włoskim i francuskim, po części także w niemieckim. Jak
sam Woody przyznaje, dzięki nim on i jego znajomi zaczęli interesować się reżyserami
i historią kina.
Zostałem wyrzucony z college'u za ściąganie na egzaminie
z metafizyki - zajrzałem w duszę chłopaka siedzącego obok mnie.
Wiedzę
Allen zdobywał w Midwood High School - nie był prymusem i zakończył je bez wyróżnienia.
Naukę przez jeden semestr kontynuował na Uniwersytecie Nowojorskim (wydział filmowy),
a po jego opuszczeniu uczęszczał na kursy wieczorowe. Znacznie później, kiedy
było go już na to stać, wynajął sobie nauczyciela, który uczył go w domu. Woody
Allen jest zwolennikiem zdobywania wiedzy przez doświadczenie. Niedobrze, gdy
poznawanie staje się zadaniem do wykonania czy dziedziną wiedzy. Żeby się czegoś
nauczyć trzeba to kochać. I dlatego jest przekonany, że aby poznać tajniki reżyserii
trzeba po prostu oglądać filmy, a wszystko samo przeniknie do ciała.
Na
szczęście pisania Allen nie musiał się uczyć. Już jako małe dziecko z łatwością,
lekką ręką tworzył zabawne i bardzo pomysłowe historyjki. Tworzyć na zamówienie
zaczął jeszcze w trakcie nauki w szkole - miał wtedy 16 lat. Wymyślał śmieszne
dowcipy i anegdoty do programów radiowych i telewizyjnych, dla komików z kabaretów,
opowiadania do gazet. Za 25 dolarów tygodniowo wymyślał po 50 dowcipów dziennie
dla Boba Hope'a, Guya Lombarda i innych artystów estrady. Po kilku latach przyszedł
czas na tworzenie tekstów do własnych występów estradowych i scenariuszy filmowych.
A od nich do reżyserii pozostał już tylko krok...
Przez większość czasu
nie mam zbyt wiele rozrywki. Przez resztę nie mam jej wcale.
Ale zanim
Allen stanął po drugiej stronie kamery, stał się gwiazdą estrady. Jednym z ulubionych
komików Allena jest Bob Hope. Gdyby nie on, nie zostałbym komikiem estradowym.
Znaczącą rolę w jego karierze odegrał także Mort'sahl. Jako komik nowojorskich
klubów Allen występował w latach 1960-1968. Choć początkowo zarabiał 75 dolarów
tygodniowo, nie zniechęcił się i w roku 1964 do kieszeni dostawał już 5 tysięcy.
Pojawiając się na scenie chciał pokazać siebie takiego, jakim był naprawdę. Wielu
ludzi do tej pory sądzi, że tak jest również z jego rolami filmowymi. Jednak Allen
przyznał, że na ekranie nie chciał pokazywać siebie, ale od samego początku starał
się stworzyć wizerunek komika, który fizycznie jest tchórzem, chciałby zdobyć
kobietę, ma dobre serce, jest'słaby, niezdarny i nerwowy. Skojarzenie z Charliem
Chaplinem jest tutaj jak najbardziej na miejscu. Ale wracając do występów w klubach.
Allen, wbrew pozorom, nigdy nie improwizował. Nawet debiut w klubie The Blue Angel
oparty był na wcześniej napisanym scenariuszu. I choć początkowo na scenie czuł
się niepewnie, jąkał się i zacinał, został ulubieńcem publiczności. Nie trzeba
było długo czekać, by jego talent wypatrzył także ktoś ze świata show biznesu.
80 procent'sukcesu to popisywanie się.
Klubowa popularność
Allena przełożyła się na wzrost zapotrzebowania na teksty jego autorstwa. Pojawiło
się także pierwsze zamówienie na scenariusz filmowy. I tak oto powstała historyjka,
po przeniesieniu na ekran zatytułowana "Co słychać, koteczku?". Allen
nie krył rozczarowania i powtarzał, że z niezłego scenariusza powstał niezbyt
dobry film. Po tym doświadczeniu zapowiedział, że już nigdy nie stworzy scenariusza,
którego sam nie wyreżyseruje (od obietnicy tej odstąpił w przypadku ekranowej
adaptacji sztuki "Zagraj to jeszcze raz, Sam"). "Co słychać, koteczku?"
to jednocześnie jego filmowy debiut aktorski.
Na kolejny angaż nie musiał
długo czekać - zaproponowano mu niewielką rolę w filmie "Casino Royale".
Dzięki niej Allen, na koszt producentów, siedział w Londynie czekając na wezwanie
na plan, co nastąpiło po... 6 miesiącach! Allen, który nie zwykł marnować czasu,
do tego momentu zdążył napisać sztukę ("Nie pijcie wody") i udzielał
się towarzysko. Równocześnie tworzył nowele dla "New Yorkera" - amerykańskiego
pisma literackiego na bardzo wysokim poziomie. Allen z zaskoczeniem przyjął wiadomość,
że redakcja wydrukowała już pierwszy tekst, jaki jej podesłał. Stało się to w
połowie lat 60. i od tej pory eseje i nowele reżysera ukazywały się w nim regularnie.
Ich lekturą możemy cieszyć się również i dziś, gdyż zostały wydane w postaci trzech
książek: "Getting Even", "Skutki uboczne" i "Bez piór"
- dostępnych również w Polsce.
Film okazał się medium o dużej sile przyciągania.
Po stworzeniu na nowo dialogów do japońskiego filmu ("What's Up Tiger Lilly?),
co Allen wspomina jako okropne przeżycie i głupi pomysł, przyszedł czas na debiut
reżyserski. I to właśnie wyreżyserowanie filmu "Bierz forsę i w nogi"
Woody uważa za początek swojej kariery. Chyba nie ma sensu oglądać tego, co było
wcześniej - powtarza.
Jak on to robi ? Allen, od samego początku, lubił
angażować się w każdy etap produkcji filmu. Najwięcej przyjemności sprawia mu
oczywiście tworzenie scenariusza, co zajmuje zazwyczaj bardzo mało czasu, bowiem
koniec prac nad jednym filmem to dla Allena początek nad kolejnym. Sposób pracy
na planie stopniowo ulegał zmianie. Do pierwszych filmów Woody kręcił mnóstwo
ujęć (wydawało mi się, że dobrzy reżyserzy tak robią) - miało mu to zapewnić większy
komfort pracy w montażowni - jednak z czasem powstawało ich coraz mniej. Od "Annie
Hall" większą wagę zaczął przywiązywać do ujęć długich. Wydają mi się bardziej
zabawne, bardziej dynamiczne i mniej nużące. I przede wszystkim montaż czynią
łatwiejszym. Allen zawsze bierze w nim udział, choć początki były trudne. Po godzinach
spędzonych na cięciu i sklejaniu debiutanckiego "Bierz forsę i w nogi"
reżyser został ...bez filmu. Uratował go jednak utalentowany montażysta Ralph
Rosenblum, który z przerażeniem stwierdził, że reżyser do kosza wyrzucił najśmieszniejsze
fragmenty. Współpraca obu panów trwała lata, a Rosenblum okazał się dla Allena
wspaniałym nauczycielem.
Co ciekawe, wszystkie filmy Allena są dość krótkie.
On sam usprawiedliwia się mówiąc, że każdy twórca filmowy wyraża w swym filmie
własny wewnętrzny rytm. Allen w jednym z wywiadów zauważył, że dłuższe są przeważnie
historie kameralne, krótsze natomiast te o bardziej żywiołowej fabule. Do dłuższych
filmów Allena należą "Hanna i jej siostry", "Zbrodnie i wykroczenia",
"Mężowie i żony". Na drugim biegunie znajduje się "Zelig",
który trwa zaledwie godzinę i 15 minut.
Dla Allena bardzo ważny jest zapadający
w pamięć, najlepiej zaskakujący widza początek filmu. Dlaczego? Po pierwszych
3 czy 5 minutach czujesz już, że znalazłeś się w dobrych rękach, że reżyser zdołał
cię "podbić". I trudno się z Woody'm nie zgodzić. Takie typowe allenowskie,
"podbijające" początki to na przykład scena pocałunku w akwarium Joema
Mantegny z Mią Farrow w "Alicji", różne warianty rozpoczęcia rozdziału
książki w "Manhattanie", czy też zbliżenie twarzy Alvina - bohatera
odtwarzanego przez Allena - i jego szczere wyznanie do kamery w "Annie Hall".
W legendę obrosła już współpraca Allena z aktorami. Jak twierdzi wielu,
jest to zarówno wyróżnienie, ale i wielkie wyzwanie. Po pierwsze pojawiając się
na planie filmowym reżyser zazwyczaj nie wie, co będzie kręcił i w jaki sposób.
Słynie też z tego, że nie robi prób z aktorami. Sam, po napisaniu scenariusza,
ponownie sięga do niego dopiero na kilka minut przez wejściem na plan. Aktorom
nigdy nie daje całego zapisu ich roli. Dzięki temu, twierdzi, gra jest bardziej
naturalna. Podczas wieloletniej pracy nad filmem Allen nauczył się również tego,
że niezależnie od tego jak szybkie jest tempo danej sceny, w komedii trzeba ją
przyspieszyć jeszcze bardziej.
Nie ma to jak swoja ekipa
Allen
lubi pracować ze sprawdzonymi osobami. Oprócz montażysty Rosenbluma, w skład jego
zespołu przez długie lata wchodził Gordon Willis, jeden z najlepszych operatorów
amerykańskich, choć reżyser niegdyś powiedział, że europejscy operatorzy są na
ogół lepsi od amerykańskich. Później nad pracą kamery czuwali właśnie Europejczycy:
Carlo Di Palma, a także Sven Nykvist.
Innym etatowym współpracownikiem
Allena został jego przyjaciel, muzyk i kolega z kabaretu - Marshall Brickman,
który pomagał reżyserowi przy scenariuszach. Razem napisali "Śpiocha",
"Annie Hall" i "Manhattan", a także "Tajemnicę morderstwa
na Manhattanie".
Z kolei na doborze aktorów do filmów Woody'ego najlepiej
zna się jego specjalistka od castingu - Juliet Taylor. Każdą pojedynczą postać
wybieramy razem. W tym miejscu nie może zabraknąć oczywiście dwóch panów, bez
których talent Allena być może nigdy nie zostałby odkryty. Chodzi o Jacka Rollinsa
i Charlesa Joffe. To oni wypchnęli Allena na estradę, konsultowali jego skecze,
a potem zostali producentami jego filmów. I chwała im za to!
Woody-komik
jest cacy, Woody-nie-komik jest be! Po realizacji "Bierz forsę i w nogi"
Allen podpisał kontrakt z wytwórnią United Artists. Ludzie tam pracujący dali
mu wolną rękę i zezwolili na pisanie tego, na co tylko będzie miał ochotę. Musiał
być jednak Allen bardzo naiwny wierząc w ich słowa. Wytwórnia bowiem nadal chciała
Allena-komika, odrzuciła zatem jego poważniejszy scenariusz pt. "The Jazz
Baby". Woody szybko zrozumiał, co jest grane i napisał "Bananowego czubka"
- film, będący serią następujących po sobie gagów, niczym więcej. I takie właśnie
były pierwsze dzieła Allena. Ich cel to jedynie rozśmieszanie, co nie do końca
go zadowalało. Prywatnie bowiem Woody... nie przepada za komediami. Na realizację
bliższych mu projektów musiał jednak poczekać.
Praca w teatrze to najłatwiejsza
praca na świecie!
Na deskach teatru Allen pojawił się tylko w jednej
i to na dodatek przez siebie napisanej sztuce - "Zagraj to jeszcze raz, Sam".
Obok niego zagrali w niej m.in. Diane Keaton i Tony Roberts (w takim samym składzie
wystąpili w kinowej adaptacji, wyreżyserowanej jednak przez Joego Hardy'ego, a
nie Allena). Woody twierdzi, że nie ma nic prostszego niż praca w teatrze. Na
scenie jest'się przecież z samymi przyjaciółmi.
Allen napisał w sumie
co najmniej 9 sztuk, a przynajmniej o tylu nam wiadomo. Przedstawienie "Nie
pij wody" okazało się hitem na Broadwayu, gdzie wystawiano je aż 598 razy.
W 1969 roku sztuka została przeniesiona na ekran przez Howarda Morrisa, jednak
adaptacja tak bardzo nie spodobała się Allenowi, że w 1994 roku wyreżyserował
ją sam dla telewizji. Jedynym dramatem, jaki wyszedł z maszyny do pisania Woody'ego
jest "The Floating Light Bulb". Wprawdzie nigdy nie uzyskał on takiej
popularności jak inne utwory Allena, mimo to cieszył się sporym zainteresowaniem
widzów. Ciekawym dziełem jest także "Central Park West" - część trzyaktowej
sztuki, jako całość zatytułowanej "Death Defying Act". Ukazuje ona dojrzałego
mężczyznę zostawiającego swoją żonę dla 21-letniej studentki. Wiele osób jest
zdania, że odnosi się bezpośrednio do życia Allena, który związał się ze znacznie
od siebie młodszą adoptowaną córką Mii Farrow. To właśnie dla niej zostawił aktorkę.
Ale o tym później.
Nie mogę za długo słuchać Wagnera. Nachodzi mnie
wtedy ochota, by podbić Polskę.
W trakcie pracy nad filmem - oprócz
pisania scenariusza, kiedy nie musi wychodzić z domu - Allen najbardziej lubi
dobieranie muzyki. Od dłuższego czasu nie zatrudnia już kompozytorów i nie zamawia
u nich muzyki (wcześniej korzystał z talentu m.in. Marvina Hamlisha - "Bierz
forsę i w nogi", Dicka Dymana - "Zelig", czy też Cole'a Portera
- tytułowy i końcowy motyw muzyczny filmu "Mężowie i żony"). Obecnie
umuzycznianiem filmu zajmuje się sam. Lubię brzmienie nagrań płytowych, mam wtedy
pełną kontrolę nad muzyką, mogę niejako sam tworzyć. Raz, przy okazji "Śpiocha",
Allenowi pomógł jego jazzowy zespół "Ragtime Rascals". Bo trzeba uczciwie
przyznać, że jazz to prawdziwa pasja Allena. Sam gra na klarnecie i choć - skromnie
jak zwykle - twierdzi, że gra na nim gorzej niż średnio, jego występy przyciągają
liczną publiczność (Allen oczywiście święcie wierzy, że jest to jedynie zasługa
tego, że jest znanym reżyserem). Jazz towarzyszył życiu Allena niemal cały czas.
Jako nastolatek zaczął słuchać płyt sidney'a Bechta, Bunka Johnsona i wielu innych.
Zafascynowany tą muzyką sprawił sobie saksofon sopranowy i nauczył się na nim
grać, wkrótce jednak przerzucił się na klarnet. Początkowo grał jedynie przy akompaniamencie
płyt, jednak kiedy w San Francisco poznał Turka Murphy'ego, ten namówił go by
przyłączył się do jego zespołu. Dzięki temu estrada zyskała Allena-muzyka. A ten
- ośmielony - po powrocie do Nowego Jorku skrzyknął kilku muzyków i od ponad 20
lat poniedziałkowe wieczory w nowojorskim klubie - od 1997 roku jest to "Carlyle",
wcześniej był "Michael's Pub" - należą do nich. I, jak wieść niesie,
właśnie z powodu tychże występów Allen nie pojawiał się na ceremonii rozdania
Oskarów, która odbywa się właśnie w poniedziałki. O zespole Woody'ego powstał
dokument filmowy - "Wild Men Blues" - autorstwa Barbary Kopple.
On
nas jeszcze zaskoczy
Woody Allen lubi eksperymentować, a jeszcze bardziej
zaskakiwać widzów. Po raz pierwszy wywołał zdumienie, gdy zamiast komedii zrealizował
film poważny. Chodzi o dramat psychologiczny z 1978 roku - "Wnętrza",
zainspirowany twórczością Bergmana, którym reżyser odszedł od lekkich komedyjek.
Za ten odważny krok nagrodzono go falą krytyki i sporą ilością, po raz pierwszy
w karierze, nieprzychylnych recenzji. Wielu bowiem nie mogło oswoić się z myślą,
że Allen-komik ma coś do powiedzenia na serio. Woody wiedział, że ludzie uwielbiają
jego komedie, sam jednak woli filmy psychologiczne. I nie tylko swoje. Komedie,
w ogóle, ogląda raczej rzadko.
Innym zaskakującym elementem jego twórczości
było pozbawienie "Annie Hall" (1977) podkładu muzycznego, z bardzo prozaicznego
powodu: reżyser nie był pewien jakich płyt ma użyć. Ciekawym zabiegiem stało się
także uczynienie z antycznego chóru greckiego komentatora w filmie "Jej wysokość
Afrodyta" (1995).
Sporo zamieszania wywołał, zdaniem Allena jeden
z jego najlepszych filmów - "Wspomnienia z gwiezdnego pyłu" (1980).
Dlaczego? Wielu osobom wydawało się, że jego główny bohater - reżyser filmowy
- to nie kto inny jak Woody Allen. Była to o tyle kłopotliwa sytuacja, że postać
ta wypowiadała się pogardliwie o widzach kręconych przez siebie filmów. Niewiele
osób wie o tym, że Allenowi zdarzyło się pracować na planie dwóch filmów jednocześnie.
Znany z pracowitości, czekając na zakończenie prac przygotowawczych do kręcenia
"Zeliga", napisał scenariusz do "Seksu nocy letniej" i jak
najprędzej przystąpił do jego realizacji.
Swego czasu Allenowi chodził
też po głowie pomysł na 4-godzinny, wysokonakładowy film o bohaterze, który -
po 2 godzinach projekcji - ulega hibernacji, a następnie - tu miała nastąpić przerwa
w projekcji - budzi się. Reżysera przeraził jednak ogrom pracy, jaki czekałby
go przy tak skomplikowanej produkcji. Dlatego powstał film krótszy - "Śpioch"
(1973) - opowiadający o losach postaci już po wybudzeniu. Film kosztował mniej
niż 3 miliony dolarów i nawiązywał do typowych komedii slapstickowych, opartych
głównie na humorze sytuacyjnym. Zdjęcia do niego powstały w Kolorado i w Kalifornii.
Allen oprócz zaskakiwania lubi także parodiować cenionych przez siebie
artystów. W "Miłości i śmierci" (1975) jego ofiarą padają m.in. Bergman
i Eisenstein. Praca nad tym filmem to jedno z najradośniejszych doświadczeń reżysera.
I pomyśleć, że idea nakręcenia tego filmu wzięła się stąd, że Allen chciał po
prostu stworzyć coś związanego z Rosją.
Lata 90. to kolejne niespodzianki.
W 1996 wyreżyserował swój pierwszy musical - "Wszyscy mówią: kocham cię",
w którym zaśpiewali, oprócz Allena, między innymi Drew Barrymore, Goldie Hawn,
Julia Roberts, a w 2000 roku, niespodziewanianie, filmem "Drobne cwaniaczki"
(2000) powrócił do lżejszej formy - komedii sytuacyjnej.
Nigdy nie
podobają mi się filmy, kiedy są już gotowe.
Zazwyczaj Allen nie przewiduje,
by jego filmy stały się hitami kasowymi. Twierdzi nawet, że w przypadku takich
produkcji jak "Wrzesień", "Inna kobieta", "Wnętrza",
"Wspomnienia z gwiezdnego pyłu" był pewien, że nikt nie będzie chciał
ich oglądać (w przypadku trzech pierwszych miał rację - nie zyskały uznania widowni
ani krytyków). Odwrotna sytuacja miała miejsce w przypadku "Śpiocha",
"Annie Hall" - tu pełna widownia nie była zaskoczeniem dla reżysera.
Jednak bez względu na to, jakie przeczucie co do filmu ma Allen, mówi: Nic nie
jest w stanie mnie powstrzymać. Robię filmy dla własnej przyjemności. Allen zdaje
sobie sprawę z tego, że sukces komercyjny nie jest miarą jakości artystycznej
dzieła. Ulubionym filmem w jego dorobku jest "Purpurowa róża z Kairu".
Allen nie czyta recenzji filmowych. Cieszy go, gdy film podoba się publiczności
i krytykom, jednak ważniejsze jest jego samozadowolenie, świadomość, że zrealizował
to, co sobie zaplanował. Interesuje go sama praca - koniec zajmowania się jednym
filmem oznacza początek prac nad kolejnym.
Trudno mówić o konkurencji
w przypadku książek, filmów czy dzieł sztuki. Nagrody Akademii są szczególnym
przekrętem
Reżyser wprawdzie pokazuje filmy na festiwalach, ale unika
umieszczania ich w konkursach. Mimo to jego dzieła dostały ponad 20 nominacji
do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej i przyniosły Allenowi trzy statuetki
Oscara - za "Annie Hall" i "Hannę i jej siostry". (Reżyser
podkreśla, że znaczenie tej nagrody jest chwilowe i ma znaczenie jedynie komercyjne).
Oprócz tego wypada wspomnieć o 21 nominacjach do nagród BAFTA, 18 do nagród Stowarzyszenia
Scenarzystów Amerykańskich, specjalnych nagrodach dla Woody'ego na festiwalach
w Berlinie (1975) i w Wenecji (1995) oraz Palmie Palm w Cannes (2002), której
wcześniejszym laureatem jest jedynie Ingmar Bergman. Allen to także laureat prestiżowej
hiszpańskiej nagrody Księcia Asturii.
Gdyby nie widzowie w Europie,
prawdopodobnie nie robiłbym dzisiaj filmów.
Większość filmów produkowanych
w ramach amerykańskiego przemysłu filmowego Allen uważa za śmieci. W swoich dziełach
bardzo często przeciwstawia także Los Angeles - krainę próżności i nieuctwa -
inteligenckiemu Nowemu Jorkowi. Los Angeles Woody nie lubi jeszcze za sprawą klimatu,
jaki tam panuje. Nie odpowiada mu również zbytnia przestrzeń. Nowy Jork kocha
za klimat przedmieścia, zatłoczone i pełne ruchu ulice.
Allena irytuje
również amerykański przemysł filmowy jako całość - nastawiony jedynie na komercyjny
sukces filmów. Nie rozumie reżyserów, którzy zamiast filmów tworzą projekty i
cały okres produkcyjny traktują jak jedną wielką imprezę - z bankietami i wystawnymi
kolacjami. Imprezę, w której samo tworzenie schodzi na dalszy plan. Krytyka ta
zawarta jest w znacznym stopniu w "Końcu z Hollywood" - przedstawił
w nim pracę na planie jako wielki bałagan i zamieszanie - tak ogromne, że nikt
nie zauważa, że film reżyseruje niewidomy artysta.
Filmy Allena często
nie trafiały w Stanach na podatny grunt, odwrotnie działo się w Europie. Allena
szczególnie ukochała sobie Francja.
-Nie masz żadnych zalet. Całe twoje
życie to nihilizm, cynizm, sarkazm i orgazm.
-Wiesz, we Francji mógłbym z tego
stworzyć slogan wyborczy i wygrać.
Prawdopodobnie Allen właśnie we
Francji jest sławniejszy niż w ojczystej Ameryce. Niedawno wziął nawet udział
w wideo promującym Francję i zachęcającym do odwiedzania jej w celach turystycznych
("Let's Fall In Love Again"). Działał także na rzecz załagodzenia konfliktu,
do jakiego doszło między Stanami Zjednoczonymi a Francją, na skutek różnicy zdań,
co do zasadności inwazji w Iraku.
Ale to nie jedyne powiązania Allena
z Francją. Dawno temu niewielką rolę - błazna - zagrał u Jean-Luca Godarda w "Królu
Learze". Z kolei Francois Truffaut i Jean Renoir to jedni z jego najukochańszych
reżyserów.
Moje życie miłosne jest koszmarne. Ostatni raz kiedy byłem
w kobiecie to wtedy, gdy zwiedzałem Statuę Wolności.
Początkowo Allen
pisał, co zresztą nie dziwi, jedynie z męskiej perspektywy i w filmach przedstawiał
męski punkt widzenia. Z czasem jednak zwrócił się ku kobietom i zaczął pisać z
ich perspektywy. Relacje między kobietami, a szczególnie między siostrami to szczególna
sfera zainteresowań Allena. Poświęcił jej "Wnętrza" (skomplikowane relacje
dorosłych córek z nową partnerką ojca, ale także matki z córkami), ale zwłaszcza
"Hannę i jej siostry". Allen lubi także obserować związki damsko-męskie,
doszukiwał się także związku między byciem intelektualistą, a osiąganiem szczęścia
w miłości ("Annie Hall", "Manhattan").
Są w życiu
gorsze rzeczy niż śmierć. Czy spędziliście kiedykolwiek wieczór z facetem od ubezpieczeń?
Filmy Allena nie są autobiograficzne, a odtwarzane przez niego postaci
nie są nim samym, to jednak często powracają tu motywy z jego dzieciństwa. Tak
jest w przypadku wesołego miasteczka, w pobliżu którego Allen się wychowywał.
Obecne jest ono nie tylko w "Annie Hall", ale także we "Wspomnieniach
z gwiezdnego pyłu", "Purpurowej róży z Kairu", "Złotych czasach
radia". Ponieważ Allen sam pisze sobie scenariusze, pewne jest, że w każdej
tworzonej przez niego postaci znajduje się jego cząstka. Interesujące jest jednak
to, że on sam przyznaje się do odrobinę większej identyfikacji z postaciami kobiecymi
- Cecylią ze "Złotych czasów radia", czy też matką z "Wnętrz"
- niż z męskimi.
Dwa największe mity związane z moją osobą to ten,
że jestem intelektualistą - ponieważ noszę okulary i ten, że jestem artystą -
bo moje filmy tracą pieniądze. Obydwa są nieprawdziwe.
Przed 20. rokiem
życia książki nie zajmowały ważnego miejsca w jego życiu. Hemingway, Faulkner,
Steinbeck zyskali sobie jego uznanie stosunkowo późno. Obecnie Allen jest wielkim,
jak samo określa, "czytaczem" ale ...lekturę traktuje jako zadanie które
należy odrobić, a nie przyjemność! Jest ateistą (Jak mogę wierzyć w Boga skoro
w zeszłym tygodniu przyciąłem sobie język w elektrycznej maszynie do pisania?).
Interesuje się filozofią, tragedią, polityką. Jak sam mówi, w 99 procentach jest
liberalnym demokratą. Był przeciwnikiem wojny wietnamskiej, uczestniczył w kampaniach
niektórych polityków.
Kilkakrotnie w odniesieniu do Allena pojawiły się
zarzuty, że do swoich filmów nie angażuje czarnoskórych aktorów, a jeżeli już
mu się to zdarzy, to są to role służących bądź niewiele znaczących postaci. Allen
bronił się tłumacząc, że życia czarnych nie zna na tyle by móc je opisać i by
uczynić czarnoskórego człowieka głównym bohaterem. Twierdził również, że w swoich
filmach stara się odwzorować rzeczywistość. I jeżeli w otaczającym go świecie
większość służących u amerykańskich rodzin to czarni - to on taką właśnie prawdę
zawiera w swoich filmach. Dla upewnienia opinii publicznej o tym, że nie jest
rasistą, przypomniał, iż kiedyś maszerował w pochodzie z Martinem Lutherem Kingiem.
Seks bez miłości to puste doświadczenie. Ale za to wśród pustych doświadczeń
zdecydowanie najlepsze.
Seks to jeden z najsilniej akcentowanych motywów
w filmach Allena. Jak sam mówi, gdy dorastał, najbardziej chciał wiedzieć gdzie
był osiągalny i jak szybko. W swoim dorobku ma film oparty na poradniku o seksie
doktora Dawida Ruebena pod takim samym tytułem, czyli "Wszystko co chcielibyście
wiedzieć o seksie, ale boicie się zapytać". Składa się on z zabawnych epizodów,
których tytuły to po prostu pytania zaczerpnięte z książki. Odpowiedzi są już
jednak autorstwa Allena, co ponoć bardzo rozgniewało doktora.
Seks
pomiędzy mężczyzną a kobietą może być cudowny, jednak pod warunkiem, że trafisz
pomiędzy odpowiedniego mężczyznę i odpowiednią kobietę.
Woody Allen
nie ma szczęścia do kobiet, choć to głównie z nimi się przyjaźni, a bliskie stosunki
łączą z siostrą - Letty.
Jego pierwsze dwa małżeństwa zakończyły się bardzo
nieprzyjemnie. Pierwszą stałą dziewczyną, a późniejszą żoną - pobrali się w 1956
roku w Hollywood - była Harlene Rosen, którą poznał podczas występu jazzowego
trio. Po drugim małżeństwie - z aktorką komediową Louise Lasser - zapewniał, że
nigdy więcej się nie ożeni. I długo dotrzymał słowa. Kilkuletni związek z poznaną
w trakcie gry w sztuce "Zagraj to jeszcze raz, Sam" Diane Keaton, nigdy
nie został zalegalizowany. To jedna z nielicznych kobiet, z którą Allen przez
cały czas jest w dobrych stosunkach i do przyjaźni otwarcie się przyznaje. Zagrała
ona w kilku filmach Allena, co więcej, wywarła wielki wpływ na jego życie. Do
tej pory jest najczęstszą, pierwszą recenzentką jego filmów. O Allenie i jego
rzekomych związkach plotkowano wiele. Rozgłaszano, że zakochał się w Mariel Hemingway,
nastoletniej kochance z filmu "Manhattan", łączono go także z aktorkami
Diane Wiest i Judie Davies.
W trakcie powstawania "Wspomnień z gwiezdnego
pyłu" Allen zaczął spotykać się z Mią Farrow. Mimo tego, że byli ze sobą
wiele lat i mają wspólnie dziecko, nigdy nie zamieszkali razem. Ich związek zakończył
się prawdziwym skandalem, gdy okazało się, że Allen romansuje z adoptowaną przez
Mię dziewczyną - Soon-Yi Previn. Zbulwersowana aktorka, zapewne w ramach odwetu,
oskarżyła wtedy Allena o molestowanie swojej młodszej córki Dylan. Sądowa sprawa
rozwodowa i proces, jaki Allen wytoczył starając się o uzyskanie praw do opieki
nad trojgiem dzieci, przez miesiące był na ustach filmowego światka. Allen zaszokował
świat po raz kolejny, gdy zalegalizował związek z Soon-Yi Previn.
Mam
nadzieję, że będę długo żył, cieszył się dobrym zdrowiem i nigdy nie przestanę
kręcić
Marzeniem Allena jest nakręcenie wielkiego filmu, takiego, który
spokojnie mógłby stanąć na jednej półce z "Rashomonem". Reżyser zastanawiał
się kiedyś nad nakręceniem kontynuacji, któregoś ze swoich wcześniejszych dzieł.
Sądził, że ciekawie byłoby zobaczyć, co stało się z jego bohaterami przez lata.
Jednak obawa przed komercyjnym charakterem takiego przedsięwzięcia, jak do tej
pory, skutecznie go odstrasza. Nie ukrywa jednak, że chętnie nakręciłby kilka
remake'ów swoich filmów.
W tym roku jestem gwiazdą, ale kim będę w
przyszłym? Czarną dziurą?
Woody Allen miał zazwyczaj szczęście do wytwórni. Korzystny kontrakt
z United Artists zagwarantował mu znaczną swobodę artystyczną
i, co ważniejsze, pieniądze na powstające co rok filmy. Równie
owocna okazała się współpraca w latach 80. z Orionem. Także kontrakt
na trzy filmy z DreamWorks czynił jego sytuację komfortową. Do
czasu jednak. Na skutek kiepskich wyników finansowych zarówno
"Klątwy Skorpiona", jak i "Koniec z Hollywood"
- filmów poprzedzających najnowsze dzieło Allena - "Życie
i całą resztę" - wystawiły cierpliwość producentów na próbę
i zachwiały silną pozycją reżysera. Zachwiały na tyle, że wchodzący
wkrótce na polskie ekrany film nie był firmowany jego nazwiskiem
w USA, a najnowszy - "Melinda i Melinda" powstał już
w innym studio - w Fox Searchlight (Plotkarze donoszą, że podpisało
ono kontrakt z Allenem nie czytając nawet napisanego przez niego
scenariusza).
Nietrudno zauważyć, że ostatnio reżyser zaczął wychodzić z cienia. Nie
licząc skandalu z Mią Farrow, w 2002 roku po raz pierwszy pojawił się ceremonii
rozdania OsCarów (gdzie żartował, że pewnie zaproszono go tylko dlatego, by przeprosić
za nie nominowanie go do nagrody), także po raz pierwszy przeszedł się po czerwonym
dywanie w Cannes. Niedawno zakończył się procesować z długoletnią producentką
Jean Doumanian.
Allen zwykł mawiać: Możesz dożyć setki, ale tylko wtedy,
gdy porzucisz wszystkie te rzeczy, dla których chcesz jej dożyć. Woody, kręcenia
filmów nie porzucaj!