Tadeusz Sobolewski;
Gazeta.pl
"Życie i cała reszta" Woody'ego Allena to błyskotliwa
farsa, która tak naprawdę mówi o dramacie starości, uporczywie czepiającej się
życia
Mylą się już tytuły ostatnich filmów Woody Allena - co rok robi
nowy. I choć wciąż wystarcza mu weny, dowcipu, inteligencji, to jednak z filmu
na film zaczyna się wyczuwać niezależną od talentu barierę, przed którą stanął
ten najśmielszy z komediowych autorów kina. To bariera czasu - własnego starzenia
się i wymiany widowni, która w coraz mniejszym stopniu pamięta jego dawne arcydzieła.
Nie ma też tej radości lat 70., która pozwalała cieszyć się Nowym Jorkiem, kobietami,
seksem i filmami braci Marx pomimo faktu, że kosmos się rozpada. Nowy Jork nie
jest tym samym Nowym Jorkiem i dobiegający siedemdziesiątki Woody Allen nie może
być tym samym Allenem, który ćwierć wieku temu tłumaczył Dianie Keaton: "Nasz
związek jest jak rekin, musi być ciągle w ruchu, inaczej umiera!".
Znacie?
Znamy!
Owszem, "Życie i cała reszta" jest filmem pełnym ruchu,
zabawnym, farsowym, sypiącym dowcipami. Ale zarazem jest to pierwszy film, w którym
Allen wyraźnie uświadamia sobie istnienie bariery czasu, która sprawia, że wszystko,
co robimy i mówimy, zaczyna brzmieć inaczej. Na pozór wydaje się, że pan Jowialski
opowie nam kolejną historyjkę pod hasłem: "Znacie? To posłuchajcie".
Ale gra w prawdę, którą Woody Allen z nami uprawia, polega już na czym innym.
Kiedy
starość nakłada maskę, nie przystoi już człowiekowi ostentacyjny, młodzieńczy
pesymizm, który dawał kiedyś poczucie wolności. Ktoś, komu stuknie siedemdziesiątka,
nie może powtarzać z dawną lekkością aforyzmów w stylu: "Można się przyzwyczaić
do wiecznej nicości, gdyby się tylko miało na to odpowiedni strój".
Woody
Allen to wie i dowodzi tego w "Życiu i całej reszcie" za pomocą prostego
chwytu - wprowadza na ekran sobowtóra, chłopaka o nazwisku Falk, który naśladuje
jego dawne wątki. Jest uwikłany w związek z niezrównoważoną dziewczyną, która
go zdradza, w związek z agentem, który na nim żeruje, i z psychoanalitykiem, który
ciągnie z niego forsę. Chłopak nie umie sam zrobić ruchu. Wtedy wkracza w jego
życie Woody Allen - starszy o 40 lat przyjaciel, mentor, dziwna postać o nazwisku
Dobel. I pomaga mu z każdego z tych związków się wyzwolić, zarazem nie przywiązując
do siebie.
Zagraj siebie, szlemiel
Począwszy od "Annie Hall"
(1977) Woody Allen grał siebie. Jak na kozetce psychoanalityka dzielił się z widzem
swoimi niepokojem, niezdolnością do trwałego związku, niemożnością kochania, obsesją
śmierci, niewiarą w Boga, zarazem śmiejąc się z tego wszystkiego. Rozbrajał zarówno
swój narcyzm, jak swoją rozpacz, kreując postać nowojorskiego żydowskiego "szlemiela"
- komicznego pechowca. Przekraczał w ten sposób swój pesymizm i ocalał siebie,
nawiązując z nami komediowy kontakt. Tego zbawczego kontaktu mógł być pewny. Dziś
już niekoniecznie. Choć w Europie Woody Allen nadal jest oklaskiwany, w Stanach
ma recenzje miażdżące. "Staruszku, wystarczy!" - przeczytałem w internecie.
"Życie
i cała reszta" zaczyna się jak "Annie Hall" (uchodząca za szczytowy
jego film). Allen siedzi na ławce i opowiada wisielcze dowcipy. "Dziwne myśli
przychodzą do głowy, bo właśnie stuknęła mi czterdziestka i chyba przechodzę kryzys
wieku średniego. Ale nie przejmuję się starością, choć mam łysinę na czubku"
- mówił w prologu filmu z 1977 roku. W "Życiu i całej reszcie" pesymizm
zostaje rozbrojony inaczej. Kiedy Falk oświadcza Dobelowi, że zamierza napisać
powieść "o życiu, śmierci i pustym wszechświecie bez Boga", on kwituje
to trzeźwą uwagą: "ale forsę zrobisz na dowcipach".
Do roli młodego
adepta Woody Allen wynajął Jasona Biggsa, gwiazdora klozetowych dowcipów z "American
Pie", idola publiczności, której takie tytuły jak "Hannah i jej siostry"
czy "Zelig" mówią bardzo mało. Ale to nie koniunkturalny wybór. Młodzieżowa
obsada - Biggs i Christina Ricci - jest gestem ironicznym. Ta farsa jest komedią
serio, która opowiada o dramacie starości, czepiającej się życia, żerującej na
młodych. Młodzi są tu figurantami, mocną kreską zarysowane są postacie starych.
Takich jak Danny De Vito, agent nieudacznik, czy zneurotyzowana matka Amandy,
dawna piosenkarka, która przygotowuje swój come back, zadręczając niedoszłego
zięcia próbkami talentu, i zażywa kokę. Córka bulimiczka jest jej kopią.
Patos
starości
Młodych i starych łączy w filmie ta sama neuroza. Nie jest od
niej wolny David Dobel - to największy wariat spośród bohaterów "Życia i
całej reszty", ale wariat patetyczny. Przykład starczego radykalizmu, na
każdym kroku dostrzegającego zło, z którym trzeba się rozprawić. Nikt, tylko on
wychwyci z szumu kawiarni antysemickie zdanie (choć czy to nie świadczy, że właśnie
on najlepiej słyszy?). Dobel będzie uświadamiał Falka, że agresja usprawiedliwia
przemoc, że zbrodnie nazizmu są niewybaczalne (czy nie ma racji?) i "gdyby
nawet świat cały miał zniknąć, nie byłoby to przesadną karą". I to w końcu
on, Dobel, ze swoim stuprocentowo żydowskim wyglądem i nikłą powierzchownością,
łamiąc stereotyp tchórza, w brawurowej - najlepszej w filmie - scenie z czerwonym
porsche rozprawi się z parą dresiarzy. Jest śmieszny, ale nie żałosny. Na swój
sposób patetyczny. I choć nie umie pomóc sobie, pomoże młodemu, zapatrzonemu w
niego jak w mistrza, uwolnić się. Mistrz, aby pomóc, sam nie musi być doskonały.
Może być nawet śmieszny. Dobel różni się od szalonych starców siedzących na karkach
młodych. Nie żeruje, tylko daje. Jeżeli nawet czuje się w tym filmie pewne znużenie
światem powtarzającym te same kombinacje, błędy i zbrodnie, to także należy do
doświadczenia starości.
Tak oto, powolutku, robiąc film za filmem, Woody
Allen przygotowuje swoje odejście. Za ileś lat czeka go jeszcze jeden wielki film
- odpowiednik Chaplinowskich "Świateł rampy". Pożegnanie klowna - które,
jak pamiętamy z biografii Chaplina, ostatnim pożegnaniem nie było. Na razie David
Dobel mówi nam co innego: "Będę walczył!".