Tygodnik "Wprost", Nr 1113 (28 marca
2004)
Steven Spielberg wepchnął Woody'ego Allena do filmowej rupieciarni
Jak najmniej eksponować Woody'ego Allena. Taką strategię przyjęła
wytwórnia DreamWorks, wprowadzając na ekrany amerykańskich kin
film "Życie i cała reszta". To pierwszy wypadek, że
producent wstydzi się twórcy, który był największym atutem wcześniejszych
filmów. Straszny to musiał być despekt dla 68-letniego reżysera,
zaliczanego do grona najwybitniejszych filmowców wszech czasów.
Steven Spielberg, który w 2001 r. podał Allenowi pomocną dłoń
i umożliwił ukończenie "Klątwy skorpiona" oraz zrealizowanie
w swojej wytwórni DreamWorks trzech następnych filmów, drugą ręką
wepchnął go do filmowej rupieciarni.
Upokarzająca reżysera "Manhattanu" taktyka marketingowa
DreamWorks miała uzasadnienie. W USA filmy Allena od lat przynoszą
straty. Opowiada on swoje anegdoty w języku, który dla współczes-nych
Amerykanów jest martwy. "The New York Times" tak zrecenzował
jego poprzedni film: "Mankamentem filmu 'Koniec z Hollywood',
podobnie jak 'Drobnych cwaniaczków', a przede wszystkim 'Klątwy
skorpiona', jest to, że ich scenarzysta [Allen, rzecz jasna] głuchnie.
Jego słuch na idiomy nowojorskiej mowy katastrofalnie osłabł,
a wyczucie rytmu i precyzji w dowcipach wydaje się na zawsze wyłączone".
Hipokryta zdemaskowany
"The New York Times" wychłostał reżysera "Purpurowej
róży z Kairu" także w październiku 2003 r. w artykule "Tragedia
Woody'ego Allena". Po Allenie przejechała się komentatorka
dziennika, laureatka nagrody Pulitzera - Maureen Dowd. Napastliwość
tej gazety wobec Mela Gibsona i jego "Pasji" blednie
w porównaniu ze sposobem, w jaki potraktowano autora "Zeliga".
Powodem była pogłoska, iż Allen negocjuje z wydawnictwem Penguin
Putnam umowę na publikację wspomnień - ponoć bardzo szczerych.
Za owe memuary miałby otrzymać zaliczkę wyższą niż Hillary Clinton
(milion dolarów). Dowd nie pozostawiła na reżyserze suchej nitki,
wypominając mu hipokryzję i rozkoszowanie się statusem celebrity,
którym niby tak gardził w swych filmach ("Celebrity",
"Koniec z Hollywood"). Wytknięto mu, że snobuje się
na skromnego intelektualistę, a wraz z młodą żoną Soon-Yi i dwójką
adoptowanych dzieci mieszka w pięciokondygnacyjnej rezydencji
na Upper East Side (kosztowała 17 mln USD). Gazeta, będąca nieformalnym
organem nowojorskiej elity towarzyskiej i artystycznej mocno zaniepokojonej
możliwymi skutkami nieposkromionego gadulstwa Allena, ostrzegała
tym samym swego dawnego pupila przed wszelką próbą ugryzienia
ręki, która go karmiła przez ponad 40 lat.
Klapy kolejnych produkcji i życie ponad stan sprawiły, że Allen
znalazł się w rozpaczliwej sytuacji finansowej. Uwikłał się w
proces z wieloletnią przyjaciółką i producentką Jean Doumanian,
którą oskarżył o przywłaszczenie 15 mln USD rzekomych zysków z
jego ośmiu ostatnich filmów. Doumanian skontrowała, składając
w sądzie pozew przeciw swemu dawnemu klientowi. Zaznaczyła w nim,
że Allen notorycznie narażał jej firmę na straty, domagając się
wygórowanego wynagrodzenia, finansowania limuzyn z szoferem, prywatnych
odrzutowców i apartamentów w pięciogwiazdkowych hotelach oraz
pięćdziesięcioprocentowego udziału w zyskach.
Wygnaniec z Manhattanu
Sielanka Allena skończyła się w 1992 r. wraz ze skandalem, jakim
zakończył się jego 12-letni związek z Mią Farrow. Aktorka znalazła
wówczas w apartamencie reżysera zrobione polaroidem zdjęcia rozebranej
Soon-Yi, Koreanki zaadoptowanej przez nią w czasach małżeństwa
z kompozytorem André Previnem. I wpadła w furię. Soon-Yi była
wprawdzie już 21-letnią panną, ale trudno było się spodziewać,
by szybko rozwiała się atmosfera moralnej dwuznaczności otaczająca
romans z młodszą o 37 lat wychowanką jego partnerki. Farrow dodatkowo
oskarżyła Allena o molestowanie seksualne zaadoptowanej przez
oboje 6-letniej Dylan, co groziło już powtórką z Charliego Chaplina
i Romana Polańskiego. Choć oczyścił się z zarzutów o pedofilię
(co kosztowało go 7 mln USD), utracił prawo do opieki nad biologicznym
synem Satchelem.
Najgorsze dla twórcy "Bierz forsę i w nogi" było jednak
to, że odsunęła się od niego znaczna część wpływowego "starego
Manhattanu". Ten Manhattan nie znosi publicznego prania rodzinnych
brudów i nigdy nie zaakceptował związku z Soon-Yi - nawet gdy
ten został formalnie zalegalizowany w 1997 r. w weneckim ratuszu
(przez samego burmistrza miasta). Nie zyskał też obrońców w liberalnych
kręgach Nowego Jorku, gdzie od dawna uważa się filmy Allena za
odpowiednik jego występów jako klarnecisty w zespole New Orleans
Funeral & Ragtime Orchestra, czyli za anachronizm, relikt
epoki jazzu i swingu.
Gagi Nowego Jorku
W czasach świetności Allena krążyło powiedzenie, że na jego filmy
nikt nie chodzi, ale wszyscy o nich mówią. Dziś sytua-cja o tyle
się zmieniła, że w USA, a nawet w Nowym Jorku o jego nowych filmach
już się nie rozmawia. Bo i nie ma specjalnie o czym, skoro po
kilku dość obiecujących obrazach w starym stylu ("Tajemnica
morderstwa na Manhattanie", "Jej wysokość Afrodyta")
Allen w połowie lat 90. rozpoczął seryjną produkcję umiarkowanie
zabawnej salonowej konfekcji, skierowanej chyba już tylko do swych
rówieśników i krytyków w wieku emerytalnym, którzy z nostalgią
wspominają czasy jego świetności spod znaku "Annie Hall",
"Manhattanu" czy "Hannah i jej sióstr".
Pomijając fakt, że znakomita większość spośród 37 pełnometrażowych
filmów Allena nie przetrwała próby czasu, dla kogoś, kto nigdy
nie uległ ich czarowi, były to zawsze opowieści oparte na jednym
skeczu obudowanym kilkoma gagami i obficie polanym pseudointelektualnym
i psychoanalitycznym słowotokiem, jakim co wieczór raczą bywalców
nowojorskich klubów etatowi komicy. Allen jak ognia unikał konfrontacyjnej,
zsynchronizowanej z niepokojami epoki kontestacji, retoryki artystów
formatu Lenny'ego Bruce'a. Atmosfery kina niezależnego i artystycznego
poloru nadawały jego filmom znakomite, nastrojowe zdjęcia Nowego
Jorku i Manhattanu autorstwa wybitnych operatorów: od Gordona
Willisa i Carla di Palmy, po Zhao Fei i Dariusa Khondji. Wiarygodności
dodawali mu z kolei świetni aktorzy, którzy chętnie zgadzali się
grać u niego za grosze, bo warto było mieć jakiegoś "allena"
w życiorysie. Dodatkowym dla nich magnesem było to, że filmy Allena
w najlepszych latach zebrały łącznie prawie 20 nominacji do Oscarów,
zaś sam ich autor mógł się poszczycić aż trzema statuetkami.
Europejska miłość
W znajdującym się w fazie postprodukcji filmie "Melinda And
Melinda" w obsadzie nie ma już znanych nazwisk. Nie dziwi
więc aktywność reżysera w Europie, gdzie wciąż ma wielu zwolenników.
We Francji i Wielkiej Brytanii na jego filmy chodzi dziś więcej
ludzi niż w USA. Do niedawna Allen unikał wizyt na europejskich
festiwalach, ale w 2002 r. pojawił się w Cannes z obrazem "Koniec
z Hollywood", zaś rok później w Wenecji z "Życiem i
całą resztą". Choć oba filmy były wyświetlane poza konkursem,
reżyserowi zgotowano przyjęcie godne supergwiazdy. W Cannes Allen
otrzymał nawet prestiżową nagrodę za osiągnięcia życia, lecz -
jak zauważył recenzent "Daily Telegraph" - prezentowany
tam "Koniec z Hollywood" "ma pełne prawo, by rościć
sobie pretensje do miana najgorszego filmu w jego karierze".
Wygląda na to, że flirt Allena z Europą przynosi oczekiwane finansowe
skutki. "Życie i cała reszta" powstał w koprodukcji
brytyjsko-francusko-holenderskiej, a następny film, którego premiera
przewidziana jest na przyszły rok, będzie nosił znamienny tytuł
"Paris, je t'aime".
W wywiadzie z 1997 r. Allen ubolewał, że jego twórczość nie doczekała
się naśladowców - w przeciwieństwie do filmów Scorsese, Coppoli
czy Altmana. Zaraz się jednak pocieszył, że z nim jest pewnie
tak jak z niektórymi wielkimi jazzmanami - Charliem Parkerem czy
Theloniousem Monkiem, którzy praktycznie nie mieli następców.
Allen się myli: czas pokazał, że jego filmy nie są w historii
kina tym, czym były nagrania Parkera dla rozwoju nowoczesnego
jazzu, a naśladowców ma bez liku, jako że jego styl, złośliwie
zwany "woodytalk", niepodzielnie króluje w telewizyjnych
sitcomach.
Jerzy Rzewuski