| Historyczna
ślepota Hollywoodu. |
Jerzy Płażewski, KINO
Mówią, że perpetuum mobile, to twór absolutnie abstrakcyjny. Podobno
podstawowe prawa fizyki dowodzą, że mechanizm stale funkcjonujący
bez pobierania energii z zewnątrz jest niemożliwy. Jak to? Przecież
istnieje. Nazywa się Woody Allen. Beż żywienia się pomysłami z
zewnątrz, rok w rok, z regularnością zegarka Longines, odnajduje
w sobie wciąż odnawiane zasoby energii, by zaskoczyć nas nowym
dziełem, pełnym nieokiełznanej fantazji i zdumiewającej pomysłowości.
Znacie drugi taki przypadek w kinie współczesnym?
Mało tego, Allen nie stara się gonić za różnorodnością tematów,
wątków, konfliktów i bohaterów. Koncentruje się zawsze, nie nudząc
nas, na jednym i tym samym, na tym, co zna najlepiej - na samym
sobie. Wiele należy wybaczyć zakochanym, a on jest szaleńczo i
beznadziejnie zakochany. W Woody Allenie. Małym, wątłym, nieśmiałym
i samokrytycznym intelektualiści, ostrzej od innych widzącym absurdy
toczącego się obok świata.
Bez wątpienia ta część świata, którą Woody obserwuje najuważniej,
to świat sztuki. Przypomniał o tym przed pięcioma i czterema laty.
W "Przejrzeć Harry'ego" był podpatrującym swych bliskich
pisarzem, ale jeszcze nie filmowcem. W "Celebrity" namalował
postacie z show businessu, ale nie odtwarzał ich sam, tylko wynajął
do tego Kennetha Branagha, Leonarda di Caprio i Joe Montegnę.
Ale w "Hollywoodzkim zakończeniu" prezentuje się znowu
osobiście i, co więcej, jest amerykańskim filmowcem. I z amerykańskim
kinem rozrachowuje się tu w sposób bezlitosny.
Oczywiście krytyka instytucji zwanej Hollywood przeprowadzona
była na ekranie wielokrotnie przez samo Hollywood, od "Wielkiego
noża" Aldricha, przez "Bulwar Zachodzącego Słońca"
Wildera, aż po "Gracza" Altmana. Zgryźliwość Allena
jest jednak odmienna. Nie, nie o to mi chodzi, że Woody śmieszy,
gdy tamci trzej przerażali. To mogłoby być jedynie różnicą gatunkową
między dramatem i komedią. Ale trzy wymienione dramaty podejmowały
krytykę niejako od wewnątrz, po hollywoodzku, respektując w gruncie
rzeczy konwencje, hierarchie i aksjomaty "fabryki snów".
Woody Allen jest nowojorczykiem, co oznacza, że jest bliżej Europy
i rozmaite aberracje systemu kalifornijskiego widzi w sposób bliższy
europejskiego punktu widzenia. Nie bez powodu Val Waxman, bohater
"Hollywoodzkiego zakończenia", ambitny reżyser, wyrolowany
w środowisku i skazany na robienie reklamówek w Kanadzie, wspomina
z rozrzewnieniem:
- Za mojej młodości wyświetlano jeszcze po dziesięć filmów europejskich
miesięcznie!
Zgodnie z charakterystyczną dla żydowskiego poczucia humoru zasadą
inwersji, Allen wyposaża swego Waxmana w paradoksalną cechę ślepoty
(mogę to zdradzić Czytelnikom nie znającym jeszcze filmu, bo ta
ślepota się ujawni zaraz na początku filmu, natomiast nie zdradzę
piramidalnego, dwuszczeblowego zakończenia, także związanego z
Europą). Znamienne, że takim przypadkiem histerycznej ślepoty
posłużyła się (wręcz w tytule) czołowa Hinduska Hollywoodu, Mira
Nair. Ale w przypadku twórcy dzieła wizualnego, ślepota idealnie
wprowadza na gościńce absurdu.
uż biorąc czysto mechanicznie ukrywanie przez ślepca faktu ślepoty,
otwiera drogę gagom zabawnym i oryginalnym. Ale oryginalniejsza
i ważniejsza jest nie dosłowna, tylko metaforyczna płaszczyzna
tych gagów. Stanowi ją filozofia hollywoodzkiej produkcji. Sztaby
świetnie opłacanych specjalistów gwarantują, że wprowadzony do
produkcji film samą siłą inercji zostanie ukończony i odniesie
opłacony z góry sukces, choćby okazał się kiczem. A pojęcie osobistej
wypowiedzi autora nie ma tu nic do rzeczy. A przynajmniej - nie
jest wcale niezbędne. I to jest dla "fabryki snów" krytyka
bardziej dotkliwa niż stwierdzenie, że w Hollywood zdarzają się
hochsztaplerzy, czy nawet przestępcy, zdążający po trupach do
sukcesu.
Generalna krytyka Allena jest nie tylko jednym "zadaniem
nadrzędnym" filmu, gdyż - ku uciesze widzów - zbudowana jest
z cyklu obserwacji szczegółowych, wynikłych ze świetniej znajomości
tematu. Wyliczanie rozpocząć można choćby od tytułowego fenomenu
happy endu, tak nierozerwalnie złączonego z tradycją Hollywoodu.
Ale znajdziemy tu i kpiny z przerostów techniki (plenery budowane
w atelier), i dworowanie z importu filmowców zagranicznych (chiński
operator, znający tylko chiński), i marketingowe zaufanie do przypadkowych
opinii "zwykłych widzów", i kretyńskie komentarze prasy
filmowej, goniącej za intymnymi sensacjami z branży. Aż błyskotliwe
i w sedno trafiające stają się pocieszania oślepłego reżysera:
- Przynajmniej nie przeczytasz krytyk!
Bodaj każdej z filmowych profesji przypina Allen stosowną łatkę.
Nikt się nie schowa w mysiej dziurze: ani producenci, ani aktorskie
gwiazdy, ani autorzy zdjęć, ani scenarzyści, ani filmowi dziennikarze,
ani scenografowie. Każdemu wedle jego zasług. I jeśli nawet w
drugiej połowie tempo narracji odrobinę siada, to wątki czysto
filmowe podbudowuje Allen trafnie wygranymi perypetiami damsko-męskimi,
z których przynajmniej stosunki Vala Waxmana z jego ex-żoną splatają
się w historię dla Hollywoodu znamienną i przekornie filmową.
Pamiętam, jak u progu kariery reżyserskiej Woody Allena prorokował
Zygmunt Kałużyński, że "takie coś" w Europie się nie
przyjmie. Tymczasem odnoszę wrażenie, że w Europie nie tylko się
przyjęło, ale przyjęło bardziej niż w zadufanym w sobie Hollywood.