Ewa Gutmańska
"To prawie orkiestra!" - stwierdza Woody Allen spytany
przez szwedzkiego krytyka, Stiga Björkmana, o bohaterów Hanny
i jej sióstr . Słowa te doskonale ilustrują zamysł kompozycyjny
pochodzącego z 1986 roku filmu - zamysł oparty na krzyżowaniu
się losów wielu wyrazistych postaci. Mamy w Hannie mężczyznę zafascynowanego
siostrą swojej żony, mamy lekkomyślną, acz niepozbawioną uroku
ekskokainistkę, mamy wreszcie neurotycznego hipochondryka, desperacko
poszukującego odpowiedniej dla siebie religii. W rezultacie powstaje
niezwykle ciekawy wizerunek nowojorskiej inteligencji lat 80-tych;
kolorytu dodaje mu wszechobecna Allenowska ironia.
Realizując Hannę i jej siostry, Allen ma już w swoim dorobku dzieła
tak błyskotliwe, jak Miłość i śmierć (1975), Annie Hall (1977),
Manhattan (1979) czy Zelig (1983) - w nich wszystkich urzekające
ciętością dowcipu dialogi stają się punktem wyjścia dla głębszej
refleksji (rzecz jasna, proporcje między tragedią a komedią bywają
różne ). Hanna i jej siostry utrzymana jest w podobnej tonacji
- choć i tutaj nie brak purnonsensowego dowcipu, ciętych ripost
czy groteskowych sytuacji, to dominuje nastrój powagi, a widz
ma świadomość, że akcenty komediowe stanowią tylko oprawę dla
problematyki uczuciowych powikłań bohaterów. Jak pisze Barry Norman,
włączając Hannę do swego leksykonu Stu najlepszych filmów stulecia,
Allen stopniowo odchodzi od wczesnych utworów w kierunku formy
dojrzalszej, mniej jednorodnej - owego "śmiesznego dramatu"
czy "komedii serio" . Podobną opinię formułuje Graham
McCann, twierdząc, że w Hannie i jej siostrach "zbiegają
się [...] różne nici, które Allen snuje od okresu Miłości i śmierci,
tkając z nich gęsty wzór, w którym znakomicie wyważone zostają
bieguny tragedii i komedii" .
Fabuła Hanny obejmuje losy kilkorga mieszkańców Nowego Jorku.
Są wśród nich: rozsądna i odpowiedzialna Hanna (Mia Farrow), odnosząca
sukcesy w życiu prywatnym i zawodowym (a przynajmniej tak postrzegana
przez większość bohaterów), jej piękna siostra Lee (Barbara Hershey)
- obiekt westchnień Elliota, męża Hanny (w tej ciekawej, pełnej
sprzeczności roli - Michael Caine); jest i Holly (Dianne Wiest)
- nieco trzpiotowata, lekkomyślna, bezustannie próbująca "ułożyć
sobie życie" - znaleźć stałą pracę i odpowiedniego partnera
(w podobną rolę wcieli się Wiest rok później w Złotych czasach
radia); jest wreszcie i Mickey (Woody Allen), były mąż Hanny -
jak zwykle w przypadku ról Allena - znerwicowany, zakompleksiony
i hipochondryczny, przy tym jednak urzekający inteligencją i błyskotliwością.
Galerię tę wzbogacają barwne postaci drugo- i trzecioplanowe -
choćby rodzice sióstr - niezwykle wyraziste osobowości - którzy
na przemian to kłócą się (głównie o flirty matki Hanny z młodszymi
aktorami), to znów spędzają idylliczne chwile, śpiewając razem
podczas rodzinnych spotkań. Jest i Frederick, towarzysz życia
Lee (Max von Sydow - pamiętny Antonius Block z Siódmej pieczęci
Bergmana) - ucieleśnienie akademickiego intelektualizmu.
Zatrzymajmy się na chwilę przy Fredericku. Bohater ten pojawia
się w filmie tylko kilkakrotnie - Allen kreuje go na samotnika,
stroniącego od organizowanych przez Hannę przyjęć rodzinnych -
wydaje się jednak postacią bardzo charakterystyczną. To właśnie
w jego usta reżyser wkłada najbardziej gorzkie refleksje. Przykładowo
- podczas rozmowy z Lee Frederick wypowiada się na temat twórców
programu telewizyjnego poświęconego Auschwitz:
Zadziwieni intelektualiści, nie mogący uwierzyć w miliony pomordowanych.
Nigdy nie odpowiedzą sobie na pytanie, jak mogło się coś takiego
wydarzyć. Źle postawione pytanie. Znając ludzi, powinni zapytać,
dlaczego nie dzieje się tak częściej!
Doprawdy ponura to wizja natury człowieka. Frederick uzupełnia
ją wszakże
o jeszcze jedno zdanie: "Dzieje się, tylko w subtelnej formie".
Nie bagatelizujmy postaci Fredericka, gdyż właśnie jego - obok
Mickey'go i Elliota, o których mowa będzie później - wymienia
Allen jako "wcielenia różnych stron jego osobowości ".
Warto mieć ten fakt na uwadze podczas odbioru filmu - by nie dopuścić
do odruchowego utożsamiania reżysera z postacią Mickey'go, który
to prezentuje wcielenie najbardziej typowe dla Allenowskiego bohatera.
Hanna i jej siostry to sztandarowy przykład nurtu "wielkomiejskiego"
w twórczości Allena. Reżyser nie koncentruje się tu na jednej
postaci, lecz tak splata losy kilkorga bohaterów, by utworzyły
one obraz pewnej zbiorowości, grupy społecznej. Skąd pomysł takiego
panoramicznego ujęcia? Otóż - z literatury.
W cytowanym już wywiadzie-rzece z Allenem, Stig Björkman stwierdza,
że sposób prowadzenia narracji w Hannie i jej siostrach budzi
skojarzenia z klasycznymi powieściami Henry'ego Fieldinga i Charlesa
Dickensa . Allen rozwija ten wątek, mówiąc:
Uwielbiam powieści w stylu Anny Kareniny, gdzie splatają się losy
kilku postaci i na przemian uczestniczysz w historii każdej z
nich. Lubię takie kilkuosobowe zespoły, dlatego zawsze chciałem
spróbować tego w filmie.
I choć nawiązania do literatury pojawiają się w twórczości Allena
dużo wcześniej (przykładowo - Miłość i śmierć traktuje się często
jako wariację na temat Wojny i pokoju Tołstoja), to dopiero w
Hannie reżyser czyni powieściową konstrukcję elementem organizującym
całą strukturę filmu. Sięga bowiem nie tylko po technikę równoległego
prowadzenia wątków, ale i monolog wewnętrzny czy - kwestię czysto
konstrukcyjną - podział utworu na rozdziały.
Wyodrębnienie kilkunastu całostek kompozycyjnych, opatrzonych
rozmaitymi tytułami, okazuje się kluczowe dla porządku fabularnego
filmu. Pozwala bowiem Allenowi swobodnie poruszać się w obrębie
filmowej materii - umożliwia zaskakujące przeskoki z jednego wątku
do innego czy gwałtowne zmiany nastroju (tyczy się to zarówno
warstwy fabularnej, jak i dźwiękowej filmu). Przykładowo - uderzający
jest kontrast między nastrojową muzyką, wieńczącą rozdział V,
w którym Lee ze wzruszeniem czyta otrzymane od Elliota wiersze
E. E. Cummingsa, a dynamicznymi dźwiękami, towarzyszącymi badaniom
lekarskim spanikowanego Mickey'go na początku rozdziału VI.
Nie bez znaczenia są tytuły poszczególnych części. Niekiedy zawierają
one sugestie na temat przebiegu zdarzeń w kolejnych sekwencjach
- np. "Wszyscy bawiliśmy się wspaniale" ("We all
had a terrific time") w rozdziale II, przedstawiającym Święto
Dziękczynienia) czy "Spółka zaopatrzeniowa Stanisławskiego
w akcji" ("The Stanislavski Catering Company in action")
- rozdział IV. Przede wszystkim jednak służą budowaniu nastroju
i w połączeniu z muzyką, która towarzyszy każdej kolejnej odsłonie,
prowadzą do określonych efektów dramaturgicznych. Wszak zilustrowany
refleksyjną melodią fragment wiersza Cummingsa: "...i nikt,
nawet deszcz, nie ma takich drobnych rąk" ("...nobody,
not even the rain, has such small hands"), który otwiera
rozdział V, implikuje zupełnie inne skojarzenia niż prozaiczne
"Rok później", rozpoczynające rozdział XV.
Podział na rozdziały nie jest jednak jedynym elementem, nadającym
Hannie i jej siostrom rysy "powieściowe". Podobną funkcję
pełnią dobrane przez reżysera sposoby ekspozycji postaci.
Jednym z najbardziej charakterystycznych jest w omawianym filmie
monolog wewnętrzny bohaterów. Allen wprowadza go przy pomocy głosu
z offu, stanowiącego swoisty komentarz lub uzasadnienie dla poczynań
postaci. Przyjrzyjmy się kilku wybranym monologom - celem zilustrowania
cech charakterystycznych całej techniki.
Pierwsze słowa, jakie słyszymy w filmie, to "Boże, jaka ona
jest piękna..." (są one również tytułem inicjalnego rozdziału)
- wypowiada je Michael Caine, gdy na ekranie pojawia się Lee (Barbara
Hershey). Przez kolejne kilkanaście sekund obserwujemy Lee przechadzającą
się po mieszkaniu i witającą z gośćmi - jej słowa są niesłyszalne,
na pierwszym planie pozostaje głos Caine'a. Fakt, że kobieta cały
czas znajduje się w centrum kadru - bez względu na to, co robi,
czy z kim rozmawia - nie pozostawia wątpliwości, że patrzymy na
Lee właśnie oczyma zafascynowanego nią mężczyzny. W pewnym momencie
na ekranie pojawia się sam Elliot - dostrzegając jego spojrzenie,
widz bezbłędnie orientuje się, iż to on jest autorem słów słyszanych
z offu.
Ponieważ mamy do czynienia z "głosem wewnętrznym", wypowiedź
Elliota zorganizowana jest w sposób szczególny. Wyróżnia ją silna
subiektywizacja i bardzo swobodny (niekiedy wręcz chaotyczny)
sposób prowadzenia wątków. Podążamy wszakże szlakiem myśli i przeżyć
bohatera, śledzimy wahania jego nastrojów, drgania wewnętrznych
napięć - słyszymy, jak Elliot karcącym tonem powtarza sobie, że
kocha Hannę i jest "poważnym radcą finansowym" - by
po chwili znów oddać się fantazjom na temat Lee.
Motyw wewnętrznej walki - ścierania się rozsądku z namiętnością
- doskonale ilustruje początkowa część monologu. Słyszymy w niej:
Ma przepiękne oczy, a w tym swetrze wygląda sexy... Chcę być
z nią sam na sam. Tulić ją i całować. Mówić jej, że ją kocham,
opiekować się nią... Przestań, idioto, to twoja szwagierka! Nic
na to nie poradzę, zauroczyła mnie!
Omówiony fragment pozwala zauważyć, że monolog wewnętrzny pełni
w Hannie i jej siostrach funkcję zbliżoną do techniki monologu
w literaturze - pozwala przedstawić "procesualność przeżyć",
odtworzyć - nie zawsze spójny - tok myślenia postaci.
Najciekawsze są jednak w filmie sytuacje, w których monolog wewnętrzny
przekształca się w zwerbalizowaną wypowiedź (lub odwrotnie). Mamy
wówczas okazję skonfrontować intencje bohatera z jego rzeczywistym
działaniem - co prowadzi m.in. do demaskacji słabości charakteru
Elliota - jego niezdecydowania i tchórzostwa. Podczas kolacji
z żoną mężczyzna myśli: "Powiedz jej, że masz tego dość i
koniec. Że kochasz jej siostrę. [...] Bądź uczciwy. Tak będzie najlepiej.".
Po czym natychmiast zwraca się do Hanny słowami: "Wiesz,
jak bardzo cię kocham. Powinienem iść do psychiatry, nie jestem
ciebie wart...".
Równie uderzającą rozbieżność obserwujemy we wcześniejszym fragmencie.
Wróciwszy do domu po pierwszej schadzce z Lee, Elliot oddaje się
następującym refleksjom:
"To było właśnie to - spełnienie najwspanialszych snów.
Teraz jest mi tu dobrze i przytulnie razem z Hanną... Jest w niej
coś uroczego i realnego. Daje mi poczucie przynależności do rodziny.
Hanna jest wspaniałą kobietą... A ja ją zdradziłem! [...] Ależ jestem
podły! Żeby postąpić tak okrutnie i niegodziwie! Zadzwonię do
Lee i powiem, że to było szaleństwo!"
Kiedy jednak po chwili Elliot słyszy w słuchawce ciepły głos Lee,
po jego stanowczości i determinacji nie ma już śladu...
Przytoczony fragment wypowiedzi Elliota uzmysławia sens posługiwania
się monologiem wewnętrznym. Dzięki zastosowaniu przez reżysera
tej techniki jesteśmy w stanie dostrzec jak na dłoni niekonsekwencję
Elliota, jego wahania i chwiejność uczuć. Wystarczy wszak jedno
spojrzenie Hanny, by Lee, której jeszcze niedawno bohater wyznawał
miłość, stała się dla niego już tylko uczestniczką niewinnej przygody
- ekscytującej, owszem, ale jakże błahej w porównaniu z potęgą
miłości małżeńskiej!
Taka postawa pojawia się później w filmach Allena niejednokrotnie.
Do najbardziej wyrazistych przykładów należy Judah (Martin Landau)
ze Zbrodni i wykroczeń (1989), który lekkomyślnie brnie w pozamałżeński
romans, aż do chwili, gdy jego kochanka (Anjelica Huston) - znudzona
obietnicami bez pokrycia - nie zażąda, by rozstał się z żoną.
Wówczas dopiero bohater zaczyna zastanawiać się nad swoim postępowaniem
("Nic jej nie obiecywałem! A może... Sam już nie wiem. Różne
rzeczy mówi się pod wpływem namiętności.") i - podobnie jak
Elliot w Hannie - uświadamia sobie uroki domowego ogniska.
Pozostawmy jednak na marginesie charakterystykę Elliota i wróćmy
do funkcji monologu wewnętrznego w omawianym filmie. Warto podkreślić,
że im wierniejszym czyni Allen zapis refleksji i skojarzeń swoich
bohaterów, tym bardziej zbliża się do literackiej techniki strumienia
świadomości. Reżyser przejmuje ją z wszelkimi tego konsekwencjami
- pozwalając na płynne przejścia między marzeniami a rzeczywistością
(np. scena, w której lekarz tłumaczy Mickey'owi, "gdzie jest
guz i dlaczego nie ma sensu robić operacji", będąca projekcją
lęków bohatera), ale również - na swobodę w traktowaniu czasu.
Retrospekcji nie mamy wprawdzie w Hannie tak wiele, jak choćby
w Annie Hall czy Złotych czasach radia - gdzie konstrukcja fabuły
zasadza się na przywoływaniu wydarzeń z przeszłości - niemniej
i w przypadku Hanny warto zwrócić na nie uwagę.
Przykładowo - w rozdziale VI retrospekcja zostaje wyprowadzona
bezpośrednio z monologu wewnętrznego Mickey'go. Bohater - przerażony
myślą o chorobie - za wszelką cenę stara się przekonać sam siebie,
że jest zdrów. "Nic ci nie będzie." - myśli - "Nigdy
nic ci nie było... To nieprawda! A parę lat temu?...". W tym
momencie - podążając szlakiem wspomnień bohatera - przenosimy
się do gabinetu lekarskiego, w którym padła diagnoza, że Mickey
jest bezpłodny.
W dalszej części filmu - w rozdziale IX - spacerujący ulicą Mickey
pogrąża się w refleksji nad sensem życia i istotą relacji międzyludzkich.
Raptem myśli prowadzą go w przeszłość - do dnia, kiedy wybrał
się na randkę z Holly, roztargnioną siostrą Hanny...
Inwersji czasowej towarzyszy tu wyraźna zmiana nastroju - sekwencja
opisująca spotkanie nieco zblazowanego intelektualisty z lekkomyślną
amatorką kokainy utrzymana jest w tonacji humorystycznej. Komizm
wypływa ze zderzenia liberalnej postawy Holly z konserwatyzmem
Mickey'go (co staje się przy okazji doskonałym polem obserwacji
socjologicznej). Kwintesencją postaw bohaterów są ich własne wypowiedzi:
Holly stwierdza w pewnym momencie, że czuje się jak na randce
z kardynałem, Mickey zaś podczas koncertu zespołu rockowego wyznaje:
"Boję się. Jak skończą śpiewać wezmą zakładników!",
a na pożegnanie zwraca się do Holly słowami: "Doskonale się
bawiłem. Jak na procesie norymberskim".
Widzimy więc, że technika monologu wewnętrznego pozwala reżyserowi
nie tylko na analizę myśli poszczególnych postaci, ale i na swobodne
zmiany nastroju filmu (tu obserwowaliśmy płynne przejście od melancholii
do żartobliwej ironii). Takie rozwiązanie doskonale harmonizuje
z typowym Allenowskim humorem - opartym na zderzeniu tragizmu
z komizmem, powagi z beztroską, podniosłości z parodią. Na marginesie
przytoczmy jeszcze jeden przykład - fragment rozmowy Mickey'go
z jego koleżanką z pracy (rozdział III):
- Nic ci nie jest! [...] Dwa miesiące temu myślałeś, że masz
czerniaka złośliwego!
- Nagle pojawiła mi się czarna plama na plecach!
- Ona była na twojej koszuli!
- Nie wiedziałem! Ludzie pokazywali na moje plecy.
Wróćmy jednak do głównego wątku naszych rozważań. Powiedzieliśmy
już, że znamię "literackości" nadają Hannie i jej siostrom
założenia strukturalne utworu (równoległe prowadzenie wątków,
podział na rozdziały) oraz technika narracji. Pozostając w sferze
inspiracji literackich, warto podjąć jeszcze jedno zagadnienie
- odniesienia do twórczości konkretnych pisarzy.
Sam Allen swoisty patronat nad Hanną i jej siostrami powierza
Czechowowi - nie tyle jednak w zakresie fabuły, co raczej - charakterystycznego
"klimatu" dzieł wielkiego dramaturga (jak twierdzi Allen
- Trzy siostry dostarczyły mu pomysłu na tytuł filmu) . Niektórzy
krytycy wymieniają twórczość autora Wiśniowego sadu również jako
źródło, z którego zaczerpnął Allen pomysł zastosowania w Hannie
i jej siostrach wielości punktów widzenia . Trudno jednak zgodzić
się z tym bez zastrzeżeń. Jeśli bowiem prześledzimy dorobek twórczy
Allena, dostrzeżemy, że już we wczesnych jego filmach znaleźć
można zalążki monologów wewnętrznych - np. w postaci bezpośrednich
zwrotów bohatera do widza czy dygresji i uwag czynionych na marginesie
fabuły. Mając w pamięci te eksperymenty formalne, można by uznać
wprowadzenie monologu wewnętrznego za naturalną konsekwencję rozwijania
stosowanej techniki - czyli owoc dalszych poszukiwań twórczych.
Czymże jest bowiem wprowadzenie głosu z offu, jeśli nie subtelniejszą
wersją myśli wypowiadanych przez bohatera w samotności? A przytoczenie
monologów kilku postaci to tylko zwielokrotnienie tego motywu.
Zostawmy jednak tę kwestię. Zajmowaliśmy się dotąd aspektem "powieściowości"
czy też "literackości" filmu, wśród jej wyróżników wymieniając
m.in. monologi wewnętrzne postaci. Najwyższy czas zatem pójść
dalej w naszych rozważaniach i poświęcić nieco uwagi dialogowi
- uważanemu wszakże za znak rozpoznawczy reżysera Manhattanu.
Allen sam stwierdza wielokrotnie, że ponad typowy dialog przedkłada
"dowcipną wymianę zdań" . Dostrzec to można również
w Hannie i jej siostrach, lecz - jak stwierdziliśmy - tonacja
tego filmu odbiega od "szaleństwa" wczesnych komedii
slapstickowych, toteż i funkcja rozmowy wygląda nieco inaczej.
Dialog przestaje jawić się jako "sztuka dla sztuki";
reżyser odsuwa na plan dalszy wszelkie zabawy słowne (jakże liczne
m.in. w Miłości i śmierci) czy błyskawiczne wymiany zdań, wzorowane
na warsztacie komediowym braci Marx - koncentrując się w Hannie
i jej siostrach na innym aspekcie dialogu. Rozmowy bohaterów konstruowane
są tak, by ilustrować pewne postawy i cechy charakterystyczne
postaci, są nieocenionym narzędziem pogłębiania ich rysunku psychologicznego.
I tu powracamy do tezy postawionej na początku naszych rozważań
- że Hanna i jej siostry to film będący swoistą "kroniką
życia nowojorskiej inteligencji ". Jednym z elementów budujących
ów zbiorowy portret jest właśnie dialog - odzwierciedlający duchowość,
sposób myślenia i rozterki emocjonalne protagonistów.
Przyjrzyjmy się choćby rozmowie Lee i Elliota z początku ich romansu:
- Zakochałem się w tobie!
- Nie mów tak...
- Wiem, że to straszne. [...] Moje małżeństwo z Hanną rozpada się.
- Nic mi o tym nie mówiła... [...]
- Ona mnie szalenie kocha... Ale ja się odkochałem.
- Chyba nie przeze mnie?...
- Nie, nie... (po chwili) Tak! Kocham cię!
- Nie mogę rozbić waszego małżeństwa! [...] Nawet rozmawiając z
tobą mam wyrzuty sumienia.
- Bo czujesz to samo!
Gdy wsłuchamy się w tę - z pozoru całkiem zwyczajną - rozmowę,
zorientujemy się, jak wiele mówi nam ona o uczestnikach dialogu
- dostrzeżemy nutę kokieterii w wypowiedziach Lee oraz próby manipulacji
ze strony Elliota (czymże bowiem podyktowane jest stwierdzenie
"Nie, nie... Tak! Kocham cię!", jeśli nie chęcią przeniesienia
części odpowiedzialności za własne uczucia na kobietę?).
Podobnych dialogów - ilustrujących typowe zachowania ludzi dręczonych
wątpliwościami - znajdziemy w Hannie i jej siostrach wiele. Niekiedy
przybierają one ton zupełnie poważny (jak rozmowa, podczas której
Lee oznajmia Frederickowi, iż od niego odchodzi), innym razem
stają się pretekstem dla prezentacji Allenowskiego poczucia humoru.
Przykładem sceny łączącej trafną obserwację psychologiczną z purnonsensowym
dowcipem jest rozmowa Lee i Elliota, podczas której kobieta -
pragnąc ukryć zdenerwowanie i nie dopuścić do dwuznacznych sytuacji
- desperacko stara się zmienić temat. Wspomina więc o planowanej
wizycie u dentysty - i kiedy Elliot pyta wprost, czy przeczytała
otrzymany od niego zbiór poezji, Lee odpowiada: "Tak, jest
zachwycający... Do tego dentysty przychodzi mnóstwo gejów. Dentyści
wkładają teraz rękawiczki w obawie przed AIDS."
Nie tylko jednak rozterki emocjonalne stają się materią dialogów
w Hannie. Szczególnie ciekawe są rozmowy ilustrujące mentalność
społeczeństwa amerykańskiego - jego konsumpcyjny stosunek do życia,
zanik uczuć wyższych, brak zainteresowania rozwojem duchowym itp.
Popatrzmy na sytuację, w której Hanna i Mickey zwracają się do
przyjaciół z prośbą, by pomogli im zostać rodzicami. Reakcja dwojga
znajomych wiele mówi o ich spojrzeniu na świat:
- Kiedyś oddawałem krew i odzież dla ubogich...
- Porozmawiamy o tym w domu. To sprawa dla naszych psychoanalityków.
- I być może dla mojego adwokata.
Równie reprezentatywna jest wypowiedź Mickey'go podczas rozmowy
z kole-żanką z pracy: "Czy to cię nie przeraża? Ty umrzesz,
ja umrę, widzowie, sponsor...". A zatem - nawet pogrążony w
gorzkiej refleksji nad kruchością życia bohater zdaje się nie
zapominać o wadze spraw doczesnych.
Jak wynika z Hanny i jej sióstr - szerzący się w społeczeństwie
amerykańskim materializm pociąga za sobą mizerię duchową. Religia
zaczyna ograniczać się do pustych gestów - czego dobitnym symbolem
jest kicz ikony oglądanej przez Mickey'go (przedstawiony na obrazie
Chrystus przymyka lub otwiera oczy w zależności od tego, pod jakim
kątem patrzy na niego Mickey). Nawet Mickey, który poświęca refleksji
egzystencjalnej najwięcej uwagi spośród wszystkich bohaterów filmu
- i wykazuje się przy tym dużą wrażliwością - nie jest w stanie
wyjść poza "użytkowe" spojrzenie na religię. Jego postawę
ilustruje rozmowa z katolickim księdzem - spytany, czy wierzy
w Boga, Mickey odpowiada: "Nie, ale chcę! Mogę nawet malować
wielkanocne pisanki, jeśli to coś da. Muszę mieć dowód na istnienie
Boga! Jeśli nie uwierzę, życie będzie nic nie warte."
Rozpaczliwe próby przyjęcia wyznania odpowiedniego dla siebie
przywodzą na myśl jedno z opowiadań Allena zamieszczonych w zbiorze
Skutki uboczne. Czytamy w nim:
Cloquet był zawsze ateistą, ale gdy przyszedł doń duchowny,
ojciec Bernard, zapytał, czy ma jeszcze czas na konwersję.
Ojciec Bernard potrząsnął głową.
- O tej porze roku większość co lepszych religii jest już, jak
sądzę, zajęta - powiedział. - Najlepsze, co w tak krótkim czasie
mógłbym zapewne zrobić, to zatelefonować i umieścić pana w czymś
hinduskim. Ale potrzebne mi będzie jedno zdjęcie do paszportu.
W Hannie i jej siostrach wyrazistą ilustracją owego zeświecczenia
religii jest scena, w której Mickey wyjmuje z torby zakupione
przedmioty - najpierw kładzie na stole krzyż i kilka obrazków
ze świętymi, a następnie - majonez i chleb tostowy.
Nie tylko jednak wypowiedzi Mickey'go podejmują problem religijności.
Ciekawe świadectwo bezrefleksyjnego stosunku do wiary prezentują
rodzice bohatera - przedstawieni w humorystycznym świetle. Otóż
gdy Mickey wyjawia matce swoje wątpliwości co do istnienia Boga
(informując przy okazji o planach przejścia na katolicyzm), dochodzi
do następującej wymiany zdań:
Matka: Oczywiście, że Bóg jest, głupcze!
Mickey: Skoro tak, to dlaczego na świecie jest zło, dlaczego byli
naziści?
Matka: Powiedz mu!
Ojciec: Skąd mam wiedzieć. Nie wiem nawet, jak działa otwieracz
do puszek.
Nie tylko jednak emocjonalności i religijności społeczeństwa amerykańskiego
dotyczą obserwacje poczynione przez Allena (a zilustrowane dialogami)
- problemów podjętych w filmie jest znacznie więcej. Na zakończenie
przytoczmy jeszcze jeden motyw - kwestię stosunku młodego pokolenia
do sztuki. Gdy Elliot przyprowadza do mieszkania Fredericka swojego
znajomego - rzekomo zainteresowanego malarstwem - między Lee a
młodym mężczyzną dochodzi do następującej wymiany zdań:
Lee: Frederick namalował nowy cykl obrazów. Na pewno ci się
spodobają.
Dusty: Czy są duże? Mam mnóstwo miejsca na ścianach.
Doprawdy ciekawa to ilustracja wrażliwości młodych ludzi na sztukę.
Wróćmy jednak do samego dialogu. Jak powiedzieliśmy, jest on doskonałym
- bo bardzo wiarygodnym - narzędziem charakterystyki bohaterów.
Pozwala zilustrować negatywne strony stylu życia przedstawicieli
społeczeństwa amerykańskiego - próżnych, lekkomyślnych, pochłoniętych
częstymi wizytami u psychoanalityków. Warto jednak zaznaczyć,
że ów charakterystyczny Allenowski dialog znajduje swoich zagorzałych
przeciwników.
Do nich zdaje się należeć Jerzy Rzewuski, którzy określa warstwę
słowną filmów Allena "pseudointelektualnym i psychoanalitycznym
słowotokiem, jakim co wieczór raczą bywalców nowojorskich klubów
etatowi komicy" . Jakkolwiek taki punkt widzenia wydaje się
uprawniony - w końcu nie wszystkim musi odpowiadać Allenowskie
poczucie humoru - to dalsza część wypowiedzi Rzewuskiego budzi
poważny sprzeciw. Czytamy w niej bowiem:
W wywiadzie z 1997 r. Allen ubolewał, że jego twórczość nie
doczekała się naśladowców - w przeciwieństwie do filmów Scorsese,
Coppoli czy Altmana. Zaraz się jednak pocieszył, że z nim jest
pewnie tak jak z niektórymi wielkimi jazzmanami - Charliem Parkerem
czy Theloniousem Monkiem, którzy praktycznie nie mieli następców.
Allen się myli: czas pokazał, że jego filmy nie są w historii
kina tym, czym były nagrania Parkera dla rozwoju nowoczesnego
jazzu, a naśladowców ma bez liku, jako że jego styl, złośliwie
zwany "woodytalk", niepodzielnie króluje w telewizyjnych
sitcomach .
Wkład reżysera Manhattanu w historię kina to temat na odrębną
dyskusję. Jednak kojarzenie stylu Allena - opartego na ironii
(w tym również ironii wobec własnej osoby i swojego "intelektualnego"
wizerunku), ciętej ripoście i błyskotliwych nawiązaniach do historii
kultury - z prymitywnym humorem seriali telewizyjnych, w których
śmiech zza kadru rozlega się niekiedy w najmniej oczekiwanych
momentach - wydaje się niedopuszczalnym uproszczeniem. Bowiem
nawet jeśli przyznamy, że niektóre z ostatnich filmów Allena raziły
powielaniem tego samego schematu i mało odkrywczym dowcipem (a
trudno się temu sprzeciwić), nie dewaluuje to twórczości Allena
do tego stopnia, by zestawiać ją z masową produkcją telewizyjną.
Najwyższy czas jednak podsumować dotychczasowe rozważania. Nie
ulega wątpliwości, że Hanna i jej siostry to film znaczący w twórczości
Allena. Reżyser kreśli w nim sylwetki typowych przedstawicieli
nowojorskiej inteligencji, eksponując charakterystyczne cechy
wielkomiejskiego stylu życia. Przedstawia je we właściwy sobie
sposób - niekiedy z sentymentem i sympatią, innym razem - z sarkazmem
i ironią. Humorystycznym sytuacjom towarzyszą zwykle ciekawe spostrzeżenia
psychologiczne i obyczajowe, wzbogacone również o refleksję egzystencjalną.
Allen portretuje wszakże środowisko, które zna doskonale - stąd
sugestie niektórych krytyków, by traktować Hannę i jej siostry
jako utwór w pewnej mierze autobiograficzny.
Rozmaitość wątków - w połączeniu z zastosowaniem techniki monologu
wewnętrznego i rozbudowanymi partiami dialogowymi - skutkuje powstaniem
konstrukcji zbliżonej do monumentalnych dzieł literackich. Trudno
nie zgodzić się w tym przypadku z samym Allenem, który stwierdza,
iż jego filmy "przypominają często powieści na ekranie -
tak jakby pisał za pomocą kamery" . Owo "pisanie kamerą"
zdaje się kategorią kluczową dla struktury Hanny i jej sióstr.
Nagromadzenie oryginalnych postaci, spiętrzenie wątków i swobodne
przeplatanie "rzeczywistych" wypowiedzi bohaterów z
ich monologami wewnętrznymi - powodują, że racje poszczególnych
bohaterów współbrzmią "na kartach" filmu, współtworząc
barwną i intrygującą całość.