Na czym polega różnica między komedią i tragedią? Gdzie kończy
się farsa, a zaczyna egzystencjalny dramat? Czy doświadczając
na każdym kroku ludzkich tragedii można zdobyć się na ironiczny
dystans wobec powagi życia?
Elegancka restauracja przy jednej z nowojorskich ulic. Przy
stoliku czwórka intelektualistów rozprawia na temat wyższości
tragedii nad komedią (i odwrotnie). Dwaj mężczyźni - jeden niski,
łysawy, o komicznych rysach, drugi wyższy, czterdziestokilkuletni
szatyn - to pisarze, tyle że jeden jest autorem komedii, drugi
- dramatów. Snując swoje teorie, zaczynają opowiadać historię
Melindy, trzydziestoletniej kobiety, która po długiej nieobecności
bez uprzedzenia składa wizytę nieco snobistycznym znajomym.
Wspólny jest początek, później opowieści się rozchodzą. W wariancie
komicznym losy Melindy służą za pretekst dla stworzenia komedii
romantycznej, w tragicznym - jako osnowa dramatu psychologiczno-obyczajowego.
Melinda widziana oczami komika jest ekscentryczką, która niewłaściwie
wybiera obiekty miłosnych westchnień. Zamiast kierować się rozumem,
ulega porywom serca. Serca niewinnego, bowiem jak na bohaterkę
romantycznej komedii przystało, jest idealistką wierzącą w miłość
i dobro. Jej historia jest więc zbiorem nakładających się na
siebie nieporozumień i towarzyskich pomyłek.
Inaczej wygląda los Melindy układany przez tragika. W jego opowieści
to neurotyczka obciążona balastem traumatycznych doświadczeń:
porzucona przez męża, pozbawiona praw do wychowywania dzieci,
winna zabójstwa niewiernego kochanka. Melinda w wersji tragicznej
naznaczona jest piętnem fatum, na karb którego złożyć trzeba
odpowiedzialność za jej kompleksy i miłosne niepowodzenia.
Prowadzone równolegle wizje splatają się w sposób nierozerwalny.
Już po kilku minutach, po kilku montażowych cięciach z trudem
rozróżniamy wersję komiczną od tragicznej. Właśnie na tym opiera
się koncept Allena. Melancholijne i przygnębiające dialogi padają
z ust obydwu wcieleń Melindy, obie bywają śmieszne i rozkosznie
roztargnione; nie sposób odróżnić tego, co poważne, i tego,
co żartobliwe. Bo jak w każdej tragedii tkwi pierwiastek komiczny,
tak każda komedia podszyta jest dramatem.
W "Melindzie..." powracają problemy charakterystyczne dla filmów
Allena. Nietrwałość międzyludzkich związków, ulotna miłość i
niemożliwa do osiągnięcia emocjonalna stabilizacja również tutaj
ukazane są z przymrużeniem oka. Jednak drugie dno opowieści
to całkiem poważne miłosne dramaty i bolesne zdrady. Kreująca
tytułową postać Radha Mitchell zaciera różnice między Melindą
zabawną i poważną, wykazując spory kunszt aktorski.
Kluczem interpretacyjnym do opowieści staje się optyka jej postrzegania.
Bowiem w rzeczywistości to my nadajemy komedii jej gatunkowy
rys, tragedię zaś napełniamy cierpieniem i rozpaczą - mówi Allen.
Prawda, którą przekazuje, nie jest może szczególnie odkrywcza,
a jej ilustracja wydaje się nieco natrętna, ale reżyser pozwala
tej historii opowiadać się samodzielnie. Jego obecność jest
jakby ukryta, nie czuć tu reżyserskiego drylu.
Skrzące się absurdalnym dowcipem dialogi w sposób naturalny
popychają fabułę; zabawy cytatami i kulturowymi zapożyczeniami
otwierają pole dla Allenowskiego humoru. Melinda jawi się więc
jako współczesna pani Bovary, która znudzona życiem u boku męża-lekarza
wdaje się w romans z fotoreporterem (jego hiszpańsko brzmiące
nazwisko przywodzi na myśl Don Juana). Przyjaciel Melindy Hobie
to bezrobotny aktor żyjący wspomnieniem swej studenckiej roli
kulejącego Króla Leara. Jest także i Susan, swatana z nim republikanka,
która w niedawnej przeszłości jako "naga konserwatystka" zaszczyciła
swym wizerunkiem rozkładówkę "Playboya".
Nie brak tu ironii i sarkastycznego uśmiechu, choć zaprawionego
smutkiem. Allen mówi bowiem, że ukazana przez niego zabawa jest
w gruncie rzeczy bardzo poważna. Podstawą jest znalezienie w
sobie dystansu wobec sztywno rozumianej powagi życia. Zresztą
nie tylko życia - w końcowej scenie filmu Max i Sy, pisarze
z manhattańskiej knajpki, rozmawiając o pogrzebie znajomego,
zastanawiają się, czy nawet wobec śmierci nie można pokusić
się o ironię. Bo "czyż życie nie może być zabawne, nawet gdy
kardiologia zawodzi?" - pyta Allen ustami swego bohatera. W
końcu "śmiech to jedyny sposób, by oswoić lęk przed śmiercią".
Zwłaszcza jeśli śmiejemy się wraz ze starym mistrzem, który
po zdecydowanie słabszym "Końcu z Hollywood" i przyjętym z mieszanymi
uczuciami "Życiem i całą resztą" powraca w dobrym stylu. Błyskotliwy
seans zbiorowej psychoanalizy - od lat serwowany przez Allena
- w "Melindzie i Melindzie" wskazuje na umowność podziału na
tragiczność i komizm, żart i powagę. Tak w sztuce, jak i w życiu.