Joe Queenan, The Guardian / film.onet.pl
W swoich filmach wyczarowuje uczucia za pomocą muzyki
Gerwishina
Woody Allen stworzył kinowy klasyk z połączenia Mostu Brooklińskiego
i muzyki Gershwina. Jednak wielka muzyka filmowa powinna opierać
się na czymś więcej niż kolekcji ukradzionych motywów.
Współczesnemu widzowi trudno ogląda się filmy z lat 70. i to
nie tylko dlatego, że wszyscy nosili w nich spodnie-dzwony i
mieli źle ostrzyżone włosy (patrz: "Serpico", "Syndykat
zbrodni", "Szampon", "Elita zabójców",
"Trzy dni kondora"). Również z powodu kompletnie niestrawnej
muzyki.
Pakując do swoich filmów współczesny pop z dodatkiem raczkującego
wtedy smooth jazzu, twórcy ryzykowali, że za kilka lat ich dzieła
staną się koszmarnie przestarzałe.
Wykorzystanie muzyki do przywołania konkretnych miejsc, epok
i nastrojów zawsze było dyskusyjne, ponieważ właśnie ta część
filmowego dzieła starzeje się najprędzej. Pop jest zwykle przypisany
do konkretnego pokolenia i z nielicznymi wyjątkami (Elvis, Sinatra,
Rolling Stones czy bondowski temat Johna Barry'ego), przemija
razem z tym pokoleniem. Poza tym pop jest jedynym gatunkiem,
który nieustannie musi potwierdzać swoją wartość poprzez deprecjonowanie
i negowanie wszystkiego, co w tej muzyce stworzono wcześniej
- z tego powodu stacja MTV naśmiewa się z twórców, których sama
wypromowała 15 lat temu.
Filmowcy stosują rozmaite strategie w celu obejścia tego problemu.
Znakomity film Sidneya Lumeta "Pieskie popołudnie"
(1975) rozpoczyna się piosenką Eltona Johna "Amoreena",
ale przez resztę filmu reżyser obchodzi się bez muzyki. Inne
filmy - jak "Chinatown" Romana Polańskiego czy "Poszukiwacze
zaginionej arki" Stevena Spielberga - nie mogły popaść
w muzyczny anachronizm, ponieważ wykorzystano w nich muzykę
z epoki - muzykę, którą już wtedy uznawano za klasyczną. Dla
odmiany "Rocky" z Sylvestrem Stallone posiada ostrą,
rytmiczną ścieżkę dźwiękową, która już w 1976 roku brzmiała
jak zbiór muzycznych przerywników w meczu hokejowym.
"Manhattan" Woody'ego Allena z 1979 roku jest być
może najwyraźniejszym w historii kina przykładem filmu, który
przetrwał próbę czasu dzięki świadomemu odrzuceniu ówczesnej
muzyki. Gdyby reżyser faktycznie chciał stworzyć atmosferę białego,
wielkomiejskiego Manhattanu z końca lat 70., ścieżka dźwiękowa
składałaby się z piosenek Ramones, Talking Heads, Blondie i
Elvisa Costello, z dodatkiem funku i disco. Jednak Allen, który
zawsze konstruuje niezwykle osobiste wizerunki Manhattanu (bez
Afroamerykanów, Latynosów, proletariatu i osób nieobeznanych
z dziełami Kierkegaarda), świadomie zrezygnował z muzyki tamtych
lat na korzyść klasycznych tematów sprzed 50 lat. Kiedy film
wszedł na ekrany, większość widzów była przekonana, że Allen
wykorzystał eleganckie motywy George'a Gershwina w hołdzie ukochanemu
Manhattanowi.
To jedynie część prawdy, ponieważ muzyka Gershwina już od dziesięcioleci
znajdowała się w kulturowym panteonie Ameryki. Jej zastosowanie
było dobrze przemyślaną sztuczką. Allen nie wybrał jej jedynie
w celu stworzenia odpowiedniego nastroju: zadaniem muzyki Gershwina,
z pomocą wspaniałego operatora Gordona Willisa, było wydobycie
emocji, których ani scenariusz Allena, ani bohaterowie filmu,
nie byli w stanie przekazać.
Kiedy Allen-reżyser chce zasygnalizować określone uczucia, nie
posługuje się słowami, obrazami ani nawet grą aktorską - wyczarowuje
je za pomocą znanej już muzyki Gershwina. Z tego powodu kinowe
zwiastuny filmów Allena zawierają przeboje, które w ogóle nie
pojawiają się w samych filmach. Są to inteligentne zabiegi mające
na celu wzbudzenie u widza określonych emocji w stopniu, w jakim
nie są w stanie tego zrobić nie najlepsze filmy.
Dla ludzi z generacji Allena "Manhattan" jest klasykiem,
jednak obecni dwudziestoparolatkowie nie potrafią zrozumieć,
na czym polegała jego atrakcyjność. Młodsze pokolenia widzów
postrzegają Allena jako płaczliwego nieudacznika, w dodatku
nieco sprośnego, z powodu powracających w każdym z jego filmów
seksualnych wątków. W świetle kolejnych miłosnych przygód reżysera,
"Manhattan" wydaje się dzisiejszemu widzowi głęboko
autobiograficznym, momentami niesmacznym dziełem. Film przedstawia
historię nieatrakcyjnego, neurotycznego mężczyzny w średnim
wieku, który pragnie tego, co dla większości mężczyzn w tym
wieku nie jest, a nawet nie powinno być dostępne - dziewczyny
ze szkoły średniej, którą dałoby się zaciągnąć do łóżka. Konsekwentnie
egocentryczny, pogrążony w groteskowych złudzeniach co do własnej
męskości reżyser jeszcze przez dwie kolejne dekady miał obsadzać
się w romantycznych rolach kochanków najatrakcyjniejszych aktorek,
jak choćby Julii Roberts. Tymczasem jego ekranowy romans w "Manhattanie"
z młodziutką Mariel Hemingway już w 1979 roku wyglądał dość
dziwnie. Przez całe lata krytycy Allena pytali: za kogo ten
facet się ma? Dziś bardziej odpowiednim pytaniem jest: za kogo
ten facet się miał?
Aby na nie odpowiedzieć, należy wrócić do Gershwina. Fabuła
"Manhattanu" obraca się wokół pary naiwnych megalomanów
(Woody Allen, Michael Murphy), którzy organizują sobie haremik
młodych kobiet o osobowości ofiar (Mariel Hemingway, Diane Keaton,
Anne Byrne). Oglądając film w czasach, kiedy Allen był powszechnie
szanowanym reżyserem, można było nawet polubić dwóch naiwniaków
lub przynajmniej im współczuć. Jednak z perspektywy niemal trzech
dziesięcioleci postacie z "Manhattanu" budzą coraz
mniejsze współczucie, a ich problemy wydają się nieistotne.
Pomimo to, ulice i budynki Manhattanu wciąż ogląda się z wielką
przyjemnością, podobnie jak i słucha muzyki Gershwina. Ujęcia
Manhattanu z Błękitną Rapsodią w tle stanowią jedyny fragment
filmu, który wciąż ogląda się z dużą przyjemnością. Bez grubych
dowcipów. Bez neurotyków. Bez rozmów o Jungu.
Martin Scorsese, który podobnie jak Allen pochodzi z Nowego
Jorku, lecz w przeciwieństwie do niego jest znakomitym reżyserem,
zawsze traktował muzykę jako integralną część swoich filmów.
Od czołowych napisów we "Wściekłym byku" (1980), ozdobionych
głównym tematem z "Cavalleria Rusticana" Mascagniego,
po pierwsze takty "Gimme Shelter" z jego najnowszego
dzieła "Infiltracja", Scorsese wykorzystuje muzykę
do tworzenia atmosfery, definiowania epoki, w której rozgrywa
się film, a także popychania akcji do przodu. Ale muzyka nigdy
nie przyćmiewa obrazu. Scorsese nigdy nie używa muzyki do manipulowania
widzem.
W najlepszych filmach Scorsese'a - "Chłopcach z ferajny",
"Kasynie", "Ulicach nędzy" czy "Infiltracji",
które co do jednego opowiadają o gangsterach - kiedy bandyci
dobijają swoich ciemnych interesów lub tłuką przeciwników, widz
słyszy w tle muzykę popową, która wydaje się naturalna w tego
rodzaju sytuacjach. Scorsese nie usiłuje zrobić na nikim wrażenia
za pomocą muzyki. Wykorzystuje ją na potrzeby określonych scen
w filmach. Wielu reżyserom wydaje się, że dzięki przytłaczającym
widza ścieżkom dźwiękowym w stylu minimalistycznych wymysłów
Phillipa Glassa, posępnych ballad Leonarda Cohena czy zawodzących
chórów z Maroka ich filmy staną się istotniejsze. W odróżnieniu
od nich Scorsese serwuje widzom muzykę, której słuchałyby postacie
z jego filmów.
W jednej z niezapomnianych scen z "Manhattanu" Woody
Allen i Diane Keaton oglądają późną nocą wspaniałe nowojorskie
mosty, podczas gdy z kinowych głośników płynie muzyka Gershwina.
Allen mówi: "Co za wspaniałe miasto. Nie obchodzi mnie,
co inni mówią". Tylko kim są ci "inni", o których
mówi Allen? Kto konkretnie nie uważa Nowego Jorku za wspaniałe
miasto? Osama bin Laden? W rzeczywistości filmowanie nocnej
panoramy Manhattanu przy muzyce George'a Gershwina jest tanim
trikiem - to tak jakby sfilmować nocą londyński dzwon Big Ben
przy wykonaniu przez cały brytyjski naród pieśni "God Save
the Queen", a następnie zapytać widzów, czy są pod wrażeniem.
Nikt nie potrzebuje, by Woody Allen mówił mu, jakim wspaniałym
miastem jest Nowy Jork. Gershwin powiedział to wszystkim 50
lat wcześniej.