Konrad J. Zarębski, Kino
Co będzie, jeśli Woody Allena, psychoanalityka milionów, zabraknie?
Lepiej nie myśleć.
Zbesztany przez recenzentów za powierzenie sobie w "Klątwie
skorpiona" roli amanckiej, wyszydzony za "Koniec z Hollywood"
Woody Allen wziął te uwagi serio. Nikt wprawdzie jeszcze nie kładzie
go do grobu, a on sam czuje się młodym ojcem (choć jak przyznaje
w wywiadach, adoptowanym córkom pieluszek nie zmieniał), lecz
złośliwości krytyków zapewne dały mu do myślenia. Odpowiedział
na nie w sobie właściwy sposób - kolejnym filmem.
Sięganie po klucz biograficzny, by interpretować twórczość reżysera,
wydaje się anachroniczne i nieeleganckie. Szkoła, która nie tylko
wywodzi film z literatury, ale wręcz każe w nim widzieć jej współczesny
odpowiednik, jest ciągle żywa, więc przejęcie warsztatu interpretacyjnego
właściwego badaniu literatury jest uprawomocnione. Chciałoby się
jednak wierzyć, że film jako dzieło zbiorowe potrafi obronić się
przed biografizmem. I rzeczywiście, jest to możliwe - z paroma
wyjątkami. Woody Allen należy do tych wyjątków - obok Bergmana,
Felliniego, Morettiego: reżyserów traktujących swoje filmy jako
rodzaj intymnego dziennika, gdzie odnotowując doświadczenia własne,
wskazuje się jednocześnie możliwość rozwiązania problemu właściwego
pewnej grupie, środowisku, generacji - i to w wymiarze uniwersalnym.
Nowojorskie lustro
Przeglądając jeden za drugim filmy Woody Allena, można
dojść do wniosku, że jego problem ma kilka imion: specyfika
Nowego Jorku, która wprawdzie wiele dopuszcza, ale niesie też
pewne istotne ograniczenia; żydowskie pochodzenie i określona
tym wrażliwość na ewoluujące przejawy antysemityzmu przy jednoczesnej
świadomości wartości swojej nacji (od poczucia humoru począwszy);
nadwrażliwość emocjonalna, która sprawia, że angażuje się w
toksyczne związki z kobietami z tendencją do dominacji, wreszcie
- swoisty ekshibicjonizm. O tym wszystkim opowiada przecież
na ekranie w przeświadczeniu - skądinąd słusznym! - że jego
problemy są problemami uniwersalnymi. W końcu miliony ludzi
mieszkających w wielkich miastach mają kłopoty z zaadaptowaniem
się do wielkomiejskiego tempa i stylu życia, co skutkuje dziesiątkami
coraz bardziej powszechnych schorzeń nerwicowych i psychicznych,
a w konsekwencji nieustającą modą na wszelkiego rodzaje terapie.
Jednym z ostatnich wielkich - a może tylko szeroko upowszechnionych
- odkryć psychoanalizy jest toksyczność związków międzyludzkich,
rozumiana jako różne przejawy głębokiego uzależnienia jednej
jednostki od innej, prowadzące nie tylko do patologii wzajemnych
relacji, ale i przenoszenia tego braku równowagi na kolejne
związki. Z kolei nawet uznanie tragedii Holocaustu za najbardziej
okrutne dziedzictwo XX wieku nie położyło kresu antysemityzmowi,
a przeciwnie - nadal pozostają aktywne środowiska, dla których
to uznanie jest elementem niezasłużonego wywyższania się "narodu
niesłusznie wybranego".
Wszystkie te elementy pojawiły się w filmach Woody Allena dość
wcześnie, jeszcze w latach 70., kiedy porzucił popularną w kinie
amerykańskim formułę anarchicznej, "zwariowanej" komedii
wspartej gagiem wysnutym z doświadczeń telewizyjnych, na rzecz
komedii serio. Allen wyszedł od pastiszu gatunków telewizyjnych
i filmowych, by skupić się na opisie swego środowiska a w rzeczywistości
- siebie samego. Z czasem stał się lustrem, w którym mógł przejrzeć
się jego widz - dokładnie ten sam, z którym wystaje w kolejkach
do kas biletowych kin studyjnych w swoich filmach.
Pytanie, w jakim stopniu Woody Allen ze swoich ówczesnych filmów
był sobą, a w jakim postacią autonomiczną, wymyśloną od początku
do końca, prawdopodobnie na zawsze zostanie bez odpowiedzi.
Dopóki reżyser penetrował określone środowisko, szukając prawd
uniwersalnych i analizując ludzkie zachowania na tle mniej lub
bardziej przemijających trendów, nie było to specjalnie ważne.
Ważniejsze, że Allen potrafił patrzeć nie tylko na swoich bliźnich,
ale także ich oczami. Rozpoznawalne w jego filmach z lat 70.
próby w stylu Bergmana czy Felliniego można interpretować jako
szukanie pewnego wspólnego punktu widzenia na sztukę - tak jak
pozostałe jego filmy były szukaniem wspólnych rozwiązań w sprawach
obyczajowych czy partnerskich.
Partner w życiu i na planie
Właśnie - partnerskich, bowiem w życiu Allena partnerstwo
zawsze odgrywało rolę szczególną. Z trzech żon tylko jedna nie
była aktorką. Louise Lasser, z którą rozstał się w 1969 roku,
zagrała w jego trzech pierwszych filmach. Dwa kolejne związki
- przypadające na najbardziej owocny okres jego twórczości -
oparte były na partnerstwie. Pierwszy, z Diane Keaton, zaczął
się w 1970, od broadwayowskiej premiery sztuki "Zagraj
to jeszcze raz" i przetrwał kilka lat, aż do czasu "Annie
Hall", która obydwojgu przyniosła najbardziej prestiżowy
sukces w karierze: Oscary i Złote Globy dla filmu roku, za rolę
Keaton oraz reżyserię i scenariusz Allena. W momencie wręczania
Oscarów uważana przez niemal dekadę za wzorzec dla show-biznesu
para nie była już ze sobą, jakkolwiek ciągle pozostają w przyjaźni.
Keaton nadal grała w filmach Allena, w tym w "Manhattanie"
- równie ważnym co "Annie Hall". Po latach zaś pospieszyła
mu z pomocą przy realizacji "Tajemnicy morderstwa na Manhattanie"
- filmie realizowanym w chwili rozstania z Mią Farrow.
Mia Farrow pojawiła się w życiu Allena na początku lat 80.,
przy okazji "Seksu nocy letniej" i została na około
dziesięć lat. W jej karierze był to okres szczególny: gwiazda
"Dziecka Rosemary", znana bardziej ze skandali wieńczonych
załamaniami nerwowymi niż zapadających w pamięć ról, u boku
Allena rozkwitła, odsuwając w niepamięć zarówno poprzednie nieudane
związki jak i niepowodzenia artystyczne. Tyle że w tym opartym
na partnerstwie związku partnerstwa było coraz mniej. W miarę
jak rozbłyskiwała gwiazda Mii, Allen gasł i... smutniał. Jego
komedie stawały się coraz poważniejsze, coraz mniej w nich było
żywiołowego Allena z poprzedniej dekady, coraz częściej dochodzili
do głosu Bergman i śmiertelnie poważny Czechow. Co więcej, stroniący
od rozgłosu i świata celebrities reżyser musiał weń wkroczyć,
towarzysząc swej partnerce w licznych akcjach charytatywnych,
w które się angażowała. No i ten jej dzieciniec - kilkanaścioro
adoptowanych chłopców i dziewczynek różnych ras i wyznań. Styl
bycia Farrow, która w środowisku aktorskim ma opinię partnerki
trudnej, egocentrycznej i kłótliwej, odciskał na Allenie coraz
wyraźniejsze piętno. Wreszcie przejął obowiązujący w tych kręgach
sposób mówienia nie wprost: prawdę o związku zmierzającym donikąd
i ratowaniu się poprzez romans ze znacznie młodszą kobietą wyznał
w filmie. Gdy Mia zrozumiała przesłanie "Mężów i żon",
wybuchła burza, wobec której oskarżenie o zdradę było błahostką.
Symbol zinstytucjonalizowany
Po deszczu zawsze przychodzi słońce. U boku trzeciej żony,
młodszej o 35 lat niedawnej pasierbicy Farrow, Soon-Yi Previn,
Woody Allen najpierw odzyskał zdolność śmiechu a następnie -
twórczą równowagę. Powstające z regularnością jednego tytułu
rocznie filmy zaczęły wymagać określonego tła. Tak jak w latach
70. opowiadane w nich historie nie mogłyby rozgrywać się gdzie
indziej niż w Nowym Jorku. Więcej, ułożone w jeden ciąg wykazują
pewną prawidłowość: specyfika Nowego Jorku jest taka sama niezależnie
od okresu historycznego. I niezależnie od wybranego gatunku
filmowego a raczej jego pastiszu - klasycznego kryminału, musicalu
czy melodramatu. To umiłowanie miasta zostało docenione w sposób
szczególny: na ceremonii rozdania Oscarów w roku 2002, po tragedii
11 września, właśnie Woody Allen zaprezentował montaż filmów
nowojorskich. W odczuciu miłośników kina wybór był nieprzypadkowy,
choć sam reżyser kokieteryjnie twierdził, że zrobił to, ponieważ
inni nowojorscy filmowcy byli zajęci. Nie mniej istotne było
też to, że dotąd Allen starannie unikał oscarowych uroczystości,
twierdząc, że ma inne zobowiązania. Te inne zobowiązania sprowadzały
się zazwyczaj do grania na klarnecie w klubie jazzowym: hobby,
z którego potrafił uczynić sztukę a nawet - rodzaj religii.
Nie chodzi tylko o to, że przysposabianym przez niego i Soon-Yi
dzieciom nadaje się imiona na cześć muzyków jazzowych. Jazz
jest takim samym elementem jego kina jak Nowy Jork, przewijająca
się przez ekran postać pisarza czy charakterystyczny, ten sam
od dziesięcioleci krój czcionki napisów czołowych.
Bo kino Woody Allena to rodzaj instytucji: każdy film na pierwszy
rzut oka wygląda na kolejny rozdział tej samej książki. Bardziej
wnikliwe spojrzenie ujawni jednak, że - w przeciwieństwie choćby
do Bergmana i Antonioniego, należących do tego samego grona
twórców kręcących przez całe życie jeden film - od pewnego czasu
kino Allena układa się w cykle. Jest w nim miejsce na eksperyment
formalny (wycieczki właśnie w świat Bergmana czy Felliniego),
przede wszystkim jednak liczy się Nowy Jork w różnych okresach
historycznych (od lat 20. i 30. po najbardziej aktualną współczesność).
Ale także - wnikliwa obserwacja środowiskowa (neurotyczny bohater
z ambicjami artystycznymi), wreszcie w pełni świadome sięganie
do amerykańskiej tradycji filmowej. Efektem są próby ze sprawdzonymi
gatunkami (od burleski i musicalu po komedię romantyczną) we
własnej formule filmowego spektaklu. Spektaklu, którego twórca
pozostaje niemal zawsze na scenie, bynajmniej nie tylko obnażając
charaktery i zachowania postaci w momentach, które sam uzna
za właściwe. Przy założeniu, że punkt wyjścia jest zawsze taki
sam, to od niego zależeć będzie, w którą stronę skieruje uwagę
widza.
Drżyj, Kalifornio!
Jest to pozycja tyleż wygodna, co piekielnie niebezpieczna,
choć trudno uwierzyć w demiurgiczną moc cherlawego neurotyka
w okularach. Ale Allen potrafi być nieprzyjemny - jak wówczas,
gdy rozprawiał się ze światem Mii Farrow, opisując go w "Celebrity",
i obecnie, kiedy w filmie "Koniec z Hollywood" zaatakował
branżę jako skrajnie niekompetentną na każdym poziomie: od produkcji
i realizacji po krytykę. Atak na dwa filary show-biznesu - instytucję
gwiazd i kreujący ją aparat - dla wielu mógłby się skończyć
fatalnie. Ale nie dla Woody Allena, zachowującego w kinie amerykańskim
pozycję twórcy niszowego i - co tu mówić - nieszkodliwego wariata,
którego wprawdzie warto wspierać (co ostatnio czynią Steven
Spielberg i Jeffrey Katzenberg, od czasu "Drobnych cwaniaczków"
dystrybuując, a od "Klątwy skorpiona" uczestnicząc
w produkcji jego filmów), ale nie trzeba się nim specjalnie
przejmować.
Swój status dochodzący siedemdziesiątki Allen wykorzystuje zresztą
z całą bezczelnością, na jaką stać komika, znającego amerykańskie
gusty i rynek. "Życie i całą resztę" można odczytać
jako katalog wszelkich wątków i tematów Allenowskich - z Nowym
Jorkiem, zwyczajami panującymi w branży rozrywkowej i toksycznością
związków bohatera, gdzie w zasadzie zmienia się tylko jedno:
sam reżyser pojawia się w roli drugoplanowej. Na pierwszy plan
wysuwa parę młodych, Jasona Biggsa - aktora związanego przede
wszystkim z komediami w rodzaju "American Pie" - i
Christinę Ricci, gwiazdę mimo młodego wieku niezwykle doświadczoną
(40 ról!).
"Życie i cała reszta" to przede wszystkim stwierdzenie
faktu: Allen zawsze obracał się wokół tych samych zjawisk i
kompleksów. Odmłodzenie bohaterów nie jest przypadkowe - to
jednoznaczna sugestia, że w jego filmach poruszane są sprawy
nieprzemijające, by nie powiedzieć - wieczne. To prawda, że
młodszy o ponad 40 lat od reżysera Biggs niemal upodabnia się
(także fizycznie, naśladując gesty i ruchy) do postaci zarezerwowanej
dotąd dla Allena - pisarza-neurastenika, próbującego przebić
się do sławy, a do tego uwikłanego w związek z niewłaściwą kobietą.
Czyżby więc nic się nie zmieniło? Przeciwnie, na ekranie zmieniło
się prawie wszystko. Dotychczas Allenowski bohater szukał wyjścia
z pułapki, w jakiej się znalazł, a rozwiązaniem problemu było
uświadomienie go sobie - tak jak na kozetce u psychoanalityka.
Tym razem Woody Allen posuwa się dalej. Zachowując dla siebie
pozycję mentora, hoduje sobie następcę: nie tylko przeprowadza
Biggsa przez nowojorsko-branżowy gąszcz, zdradzając mu (własne?)
metody rozwiązywania problemów, ale jeszcze każe mu wszystko
zaczynać od nowa w innym miejscu. W miejscu, którym sam dotąd
pogardzał - w Hollywood. Drżyj, Kalifornio!
Nie wolno bezkarnie szydzić z Allena, szczególnie jeśli samemu
nie jest się bez winy. Świat rzeczywisty nie zmienia się tak
szybko, jak byśmy tego chcieli. Problemy pozostają, dotykają
wszystkich bez względu na wiek, a następcy nie widać. Co będzie,
jeśli Woody Allena, psychoanalityka milionów, zabraknie? Lepiej
nie myśleć.