| FELIETON:
Arest o kinie Woody'ego Allena |
Darek Arest, filmweb.pl
Bohaterowie "Snu Kasandry" - bracia z tak zwanego "dobrego
domu" - długo obmyślają plan morderstwa. Nie mają wprawy
- żadni z nich marines - zwykłe mieszczuchy. Wczoraj rzucona propozycja,
która przedwczoraj wydałaby się żartem, dziś jest poważnym zadaniem
wymagającym użycia właściwego narzędzia. Wybór pada w końcu na
drewniany pistolet - prymitywną konstrukcję, która w dzieciństwie
pozwoliła skutecznie uprzykrzać życie podwórkowym kotom. Pomysł
jest dobry, bo jak zidentyfikować narzędzie zbrodni, które morderca-majsterkowicz
wyprodukował w zaciszu swego garażu, by po wszystkim spalić w
ogródku, na tyłach domu? Po morderstwie pozostanie jedynie lekko
przybrudzone sumienie i, rzecz jasna, trup.
Bracia, rozglądając się nerwowo wokół, śledzą swój cel - nic się
jeszcze niby nie stało, bo sami przed sobą wciąż nie przyznali,
że zdecydowali zabić. Zachowują się jak widzowie w kinie - ciekawi,
co zdarzy się za moment. Wszystko to nie wygląda wcale zbyt poważnie.
Dorośli mężczyźni ściskają w spoconych dłoniach drewniane pistolety,
a chociaż przyznali sobie moc decydowaniu o życiu i śmierci, idą
chwiejnym krokiem, jakby miotała nimi siła przeznaczenia. Gdy
spotykają się twarzą w twarz ze swoją ofiarą - to w ich oczach
maluje się przerażenie. W końcu uderzają: niefachowo, niezręcznie
i bez przekonania - zupełnie nie jak na filmach. Pewnie trochę
się tej dziecinnej nieporadności wstydzą, ale mimo wszystko rzecz
staje się poważna. Jest trup.
Z "poważnymi" filmami Allena są same kłopoty. Wszystko
stąd, że niezwykle "poręczny" artysta, zdążył niespodziewanie
stać się już dobrem publicznym. Znacie kogoś, kto nie lubi Woody'ego
Allena (rzecz jasna poza samym Allenem)? Już nawet nie chodzi
o to, że inteligentnej i obdarzonej poczuciem humoru formie życia,
niemal "wypada" dobrze bawić się na jego komediach.
Jego po prostu lubić jest bardzo łatwo. Za erudycyjne dowcipy,
za dystans, autoironię, absurd... Pisząc o nim, wystarczy gęsto
cytować go w nawiasach, a tekst sam stanie się bardziej błyskotliwy.
Nawet jeśli ktoś lubi tylko patrzeć na niskiego facecika, który
śmiesznie mówi, to i jego proste upodobania zostaną pobłogosławione
- wszak bez względu na zawartość film, pod którym podpisał się
twórca "Zeliga", jest z założenia "intelektualny"
("Wszystko dlatego, że noszę te okulary w rogowej oprawie,
a moje filmy nie przynoszą zysków").
Gdy zamiast corocznej komedii, serwuje coś na kształt thrillera,
fani wydają się być zniesmaczeni. A nie mógłby już usiąść na swoim
starym, inteligenckim, żydowskim tyłku? Poczekać na honorowego
Oskara, wystawny pogrzeb i ekskluzywne wydanie swoich dzieł wszystkich?
Chociaż wydaje się, że do Allena wszyscy mówią: kocham Cię, to
kochaliby go bardziej, gdyby już nie mógł spieprzyć swego wizerunku.
Kochaliby bardziej Allena - trupa.
Tymczasem Nowojorczyk wierzga: najpierw umyślił sobie, żeby robić
ponure bergmanowskie dramaty, a teraz eksperymentuje z różnymi
konfiguracjami zbrodni i kary. Wszystkich swoich widzów uczynił
mieszkańcami Nowego Jorku, a teraz zachciało mu się przenieść
do Europy. Produkuje tam już czwarty film i niewątpliwie otworzył
tym samym nowy etap swojej twórczości. Deklaruje, że gusta publiczności
go nie obchodzą, i że woli żyć raczej w swoim mieszkaniu, niż
na srebrnym ekranie. Na honorowego Oskara pluje, bo ma już 3 niehonorowe
(nominowany był 16 razy) i zajmuje się wyłącznie istotnymi kwestiami
("nie dość, że nie ma Boga, to jeszcze spróbuj znaleźć hydraulika
w weekend!").
W dodatku wcale nie zmienił się aż tak, jak mogłoby się to wydawać.
Pomiędzy nim, a jego bohaterami ciągle istnieje silna symetria.
Reżyser "Wszystko gra" i "Snu Kasandry" jest
trochę jak morderca z drewnianym pistoletem - w nowej formule
filmowej wydaje się być nie na swoim miejscu, nieporadny i trochę
śmieszny. I dlatego właśnie: dramatyczny i wiarygodny. Bo przecież
- wyłączając przeróżnych Rambo i Hanibali - kiedy się zabija,
to w ogromnej większości czyni się to po raz pierwszy.