| Woody Allen
się starzeje. |
Barbara Hollender, rp.pl
Allen igra z moralnością, zbrodnią, karą, poczuciem winy. Daje
nura w dylematy rodem z Dostojewskiego. Niestety, dość nieprzekonująco.
Do kin wchodzi jego najnowszy film - "Sen Kasandry".
W wywiadach coraz częściej powtarza, że jego największym idolem
jest Ingmar Bergman, a on sam, skromny komik, marzy o robieniu
poważnych filmów pełnych egzystencjalnych dramatów. A ja tęsknię
za dawnym Allenem, trochę ironicznym, trochę niepewnym swej wartości,
trochę niespełnionym, który miał tak dużo do powiedzenia, śmiejąc
się z siebie.
Jego styl wykluł się w 1976 roku w "Annie Hall". Wówczas
narodził się ów znerwicowany intelektualista niedający sobie rady
z życiem, kobietami, światem. Pełen kompleksów, wiecznie borykający
się z obsesjami seksualnymi, wiarą, potencją twórczą. Potem wracał
w tym wcieleniu na ekran w przepięknym "Manhattanie",
"Zeligu", "Hannie i jej siostrach", "Mężach
i żonach", "Jej wysokości Afrodycie". Widzowie
byli przekonani, że zawsze opowiada o sobie. On sam zaprzeczał.
Zapewniał, że naprawdę jest skromnym mieszczuchem, który chodzi
na spacery do nowojorskiego Central Parku, pracuje od dziewiątej
do piątej, a jedyną jego fanaberią jest to, że czasem pogra na
klarnecie.
Cierpienia twórcy
Nikt mu jednak nie wierzył. Zwłaszcza że w swoich filmach sam
grał. We własnym swetrze i sztruksowych spodniach, tych samych,
w których paparazzi fotografowali go na ulicach Nowego Jorku z
Diane Keaton, Mią Farrow, wreszcie SoonYi. Dla świata facet z
ekranu to był on, Allen. Może również dlatego tak dramatycznie
zabrzmiał jego głos dziesięć lat temu, gdy w "Przejrzeć Harry'ego"
opowiadał o pisarzu, który nie jest w stanie tworzyć. Czuło się
w tym filmie autentyczny ból i zmęczenie. Potem w "Życiu
i całej reszcie" Allen powołał do życia swoje alter ego -
młodego pisarza, który łudząco przypominał bohatera "Annie
Hall" czy "Manhattanu". Jakby chciał powiedzieć,
że twórca, niezależnie od czasu, w jakim żyje, jest skazany na
te same wątpliwości i cierpienia duszy.
Były i takie okresy, gdy Allen próbował uciekać od dylematów,
które go dręczyły. Bawił się różnymi gatunkami - od filmu kryminalnego
("Morderstwo na Manhattanie") przez musical ("Wszyscy
mówią: kocham cię"), aż do kina gangsterskiego ("Drobne
cwaniaczki"). Te filmy, choć inteligentne, nie zadowalały
nikogo. Dla masowej publiczności były zbyt wyrafinowane, dla fanów
Allena - zbyt hollywoodzkie.
Dzisiaj Allen skłania się ku podobnej filozofii. Próbuje opowiadać
o innych, nie o sobie. Wyrzekł się swojego naturalnego zaplecza
- Nowego Jorku. Pracuje w Europie - kręcił już w Wenecji i Barcelonie,
przede wszystkim jednak pokochał Londyn z jego mglistym klimatem
i szarym światłem. I coraz częściej znika z ekranu. Film, który
właśnie wchodzi do polskich kin, też jest bez Allena.
"Sen Kasandry" to historia dwóch braci. Terry i Ian
są sympatycznymi, zwykłymi chłopakami, ale życie wtłacza ich w
sytuacje, które ich przerastają. Ian prowadzi z ojcem małą restauracyjkę,
Terry jest mechanikiem samochodowym. Ian marzy o założeniu sieci
hoteli w Kalifornii. Terry to hazardzista i brak szczęścia sprawia,
że popada w poważne długi. Obaj są na skraju przepaści, gdy zjawia
się w Londynie ich wuj, bogaty człowiek, nieraz już przez nich
wykorzystywany jak skarbonka. Tym razem jednak, apelując o rodzinną
lojalność, wuj prosi o przysługę: chce, by bratankowie zabili
jego wspólnika. W zamian gotowy jest spełnić ich marzenia o fortunie.
Allen igra z moralnością, zbrodnią, karą, poczuciem winy. Daje
nura w dylematy rodem z Dostojewskiego.
Spojrzenie bez finezji
Niestety, dość nieprzekonująco. Przed trzema laty we "Wszystko
gra" Allen przejmująco opowiedział o zbrodni w angielskich
klasach wyższych, o roli przypadku w życiu, ambiwalencji ocen.
Pytał: jak człowiek sam przed sobą może usprawiedliwiać własną
niegodziwość? Jak daleko może się posunąć, by zaspokoić żądzę
władzy i bogactwa?
W "Śnie Kasandry" dotyka podobnych problemów. Ale skrzący
się dowcipem allenowski dialog nie sprawdza się w niższych londyńskich
klasach, a spojrzenie na życie, choć przewrotne, nie ma finezji,
do jakiej się przyzwyczailiśmy. I co w filmach nowojorczyka rzadko
się zdarza, czas zaczyna się dłużyć, a widz mimowolnie spogląda
na zegarek. Niewiele pomagają nawet znakomici aktorzy - Ewan McGregor
i Colin Farrell w rolach braci i wyśmienity Tom Wilkinson jako
wuj Howard.
W tej opowieści o bezkarności zbrodni nie ma niczego zaskakującego.
Jednak nie warto rozdzierać szat i opowiadać o końcu Woody'ego
Allena. Zrobił w życiu niejedną woltę i nieraz - po serii słabszych
tytułów - zadziwiał swoich fanów. Jestem więc pewna, że nieraz
jeszcze powróci w świetnej formie. Może również na ekran. Bo czyż
starość intelektualisty nie kryje w sobie dramatów i tajemnic?
I czy ktoś potrafi o tym opowiedzieć z podobnym dystansem i lekko
ironicznym, ale ciepłym poczuciem humoru jak Woody Allen?