| Woody Allen
- między Bogiem a prawdą |
Tadeusz Sobolewski, Gazeta Wyborcza
Dwa mniej znane filmy Woody'ego Allena ukazały się na płytach
DVD: "Wspomnienia z gwiezdnego pyłu" (1980) i jego arcydzieło
nawiązujące do Dostojewskiego i Bergmana "Zbrodnie i wykroczenia"
(1989)
W sztuce Woody'ego Allena, której warszawska premiera szykuje
się w teatrze Polonia, na pytanie, czy Bóg istnieje, wyrocznia
mówi: Tak, istnieje. Bohater wpada w rozpacz: gorszej wiadomości
być nie mogło, bo teraz będę odpowiadać za to, co zrobiłem!
Woody Allen zawsze stawiał przeklęte pytania, ale dawał widzowi
luksus lekceważenia ich, obracania w śmiech. Mógł sobie na to
pozwolić, ponieważ sztuka stanowiła jego azyl. Musiał wierzyć
w kino tak mocno, jak bohaterka "Purpurowej róży z Kairu",
która wie, że film to udawanie, a mimo to widzi w nim swoja religię.
Wygnanie z raju
Aktem wiary w sztukę i kino są "Wspomnienia z gwiezdnego
pyłu", czarno-biały film z 1980 roku, który ukazał się właśnie
na DVD - parodia "Osiem i pół" Felliniego, w której
Woody Allen gra reżysera-gwiazdę, bufona, narcyza i mizantropa
uwikłanego w burzliwe związki z trzema kobietami (m.in. Charlotte
Rampling). Reżyser ten, ku zaskoczeniu swoich producentów (w rzeczywistości
Allen także ich zaskoczył), zaczyna kręcić poważne, metaforyczne,
egzystencjalne dramaty. I choć widownia tęskni do jego "dawnych
śmiesznych komedii", jego nowy film znów okazuje się sukcesem.
Bohaterowie, wzięci z życia, choć okrutnie skarykaturowani, wychodzą
z kina zachwyceni: jakie to głębokie! Dla tego egotycznego mężczyzny
samo kino (będące czymś w rodzaju mentalnej masturbacji) jest
aktem miłości, empatii, pojednania ze światem.
"Życie jest nieprzewidywalne i niesprawiedliwe. Ludzkie
szczęście chyba nie znajduje się w planie stworzenia. Tylko my,
mając zdolność kochania, nadajemy sens wszechświatowi. Potrzebujemy
mnóstwa miłości, żeby chciało nam się żyć. Ale wszechświat jest
bardzo zimny..."
W późniejszych filmach Allena - tych z przełomu lat 80. i 90.
- nastąpiło jakby wygnanie z raju. 50-letni reżyser nie mieścił
się już w roli błazna, ale cofał się przed rolą moralisty - czego
nie uniknął jego wielki poprzednik Chaplin, głosząc z ekranu wielkie
prawdy w "Dyktatorze" (Allen nie lubi tego filmu) i
"Światłach rampy". Okres, w którym Allen podejmuje w
kinie wielkie pytania, łączy się ze zmianami w jego życiu, z rozwodem
z Mią Farrow i publicznym zdemaskowaniem rodzinnej sielanki.
Allen poważnieje. Nie przestając bawić, przekracza kolejną barierę,
tak jak to zapowiadał we "Wspomnieniach z gwiezdnego pyłu",
ale robi to inaczej niż pretensjonalny reżyser z tamtego filmu.
Szczytowym aktem intelektualnej szczerości wobec widza są "Zbrodnie
i wykroczenia" z 1989 roku. Udało się tam zachować imponującą
równowagę między ironią błazna a pytaniami jak z Dostojewskiego.
Moralność nieobowiązkowa
W finale spotykają się dwa wątki. Wątek serio - to historia doktora
Rosenthala (Martin Landau), sławnego okulisty, szanowanego filantropa,
ojca rodziny, który obstalowuje zbrodnię doskonałą: wynajmuje
mordercę, żeby sprzątnąć kłopotliwą kochankę, która grozi zniszczeniem
jego reputacji. Równolegle prowadzony jest wątek reżysera nieudacznika
(Woody Allen) przeżywającego kryzys małżeński, sypiącego na prawo
i lewo wisielczymi dowcipami w rodzaju: "Przestałaś ze mną
sypiać 20 kwietnia. Zapamiętałem tę datę, bo to urodziny Hitlera"
lub "Ostatni raz byłem w kobiecie, kiedy zwiedzałem Statuę
Wolności". Reżyser jest nieszczęśliwie zakochany w swojej
asystentce (Mia Farrow). Ona jednak wybiera człowieka, którym
on gardzi.
Allen gra swoje przeciwieństwo - idealistę, który swoimi filmami
chce "zmieniać świat", nieść ludziom nadzieję, realizując
dokumenty o walce z białaczką. Ten bezkompromisowy artysta spotyka
się z doktorem Rosenthalem i wtedy okazuje się, jak wiele ich
łączy. Rosenthal zrealizował w swoim życiu to, o czym reżyser
skrycie marzył: usunął przeszkodę, pozbywając się wyrzutów sumienia.
Tym samym Rosenthal w swoim życiu spełnił "najgorsze obawy"
reżysera: że - mianowicie - Boga nie ma. Gdyby z tego zrobić film
- zastanawia się reżyser - morderca musiałby przyznać się do zbrodni,
"bo skoro nie ma Boga, człowiek sam odpowiada za wszystko.
No i mielibyśmy tragedię". Ale tak bywa tylko w kinie - odpowiada
Rosenthal.
Rozmowa toczy się na żydowskim przyjęciu. Wszyscy uczestnicy,
łącznie z Woodym, noszą na głowach kipy - zarówno ci, co wierzą,
jak ci, co nie wierzą. Swoim postaciom Allen napisał kwestie,
które brzmią równie przekonująco. Bo czy nie jest tu tak jak u
Dostojewskiego, że wszystkie postacie reprezentują myśli autora?
Zarówno ślepnący rabin, który oświadcza, że nie mógłby żyć bez
wiary, jak doktor Rosenthal, który po spełnieniu zbrodni nie ma
wyrzutów sumienia i czuje się wolny (jak bohater późniejszej filmu
Allena "Wszystko gra")?
"Woody Allen zawsze stawiał przeklęte pytania, ale dawał
widzowi luksus lekceważenia ich, obracania w śmiech. Mógł sobie
na to pozwolić, ponieważ sztuka stanowiła jego azyl"
W kluczowej scenie kolacji ciotka nihilistka atakuje rabina pytaniem:
"Naprawdę wierzysz, że Bóg karze występnych po tym, jak w
Europie bezkarnie wymordowano sześć milionów Żydów?" "Ludzie
są z natury przyzwoici!" - odpowiada rabin. "Nie ma
żadnej natury!" - woła ciotka. "Więc nie ma moralności?"
"Jest dla tych, którzy chcą. Nieobowiązkowa". "A
jeżeli popełnię zbrodnię?" Na to ciotka z szelmowskim uśmiechem:
"Historię piszą zwycięzcy! Kto wymiga się od kary i odrzuci
etykę, staje się wolny".
Woody Karamazow
Sednem filmu Allena jest pytanie ciotki, które przypomina pytania
Nietzschego i Dostojewskiego: "Wolisz Boga czy prawdę?"
Ciekawe, że ten dylemat istnieje nawet w potocznym języku. Mówi
się przecież: "między Bogiem a prawdą", co oznacza:
"żeby nie skłamać". Allen pyta: Jak nie skłamać, a zarazem
dawać ludziom nadzieję? Odpowiedź zawarta w "Zbrodniach i
wykroczeniach" jest polifoniczna, wielostronna, daleka od
wszelkiej ideologii. Żart służy Allenowi do rozbicia nierozwiązalnych
dylematów. W filmie "Cienie we mgle" pytają Kleinmana:
"Czy wierzy pan w Boga?" On: "Już trzecia osoba
zadaje mi to pytanie, a ja nawet nie wiem, czy sam istnieję!".
Gdzie indziej Allen mówi: "Nie dość, że Bóg nie istnieje,
to jeszcze spróbujcie znaleźć dentystę podczas weekendu!".
Przypomina w tym bohatera "Notatek z podziemia" Dostojewskiego,
którego monolog również można by wygłaszać z broadwayowskiej offowej
sceny: "Niech to wszystko diabli wezmą! Za to, żeby mi nie
przeszkadzano, gotów jestem cały świat sprzedać za kopiejkę. Niech
ginie świat, bylebym tylko zawsze pił sobie herbatę!".
Ale przecież nie jest tak, że w tym filmie cynik i nihilista ma
bezwzględną rację. Allen Boga nie tyka, nie jest to bowiem możliwe
ani z punktu widzenia wiary, ani tym bardziej niewiary - on tylko
żartuje, zarówno z wiary, jak i z niewiary. Nie przywiązuje się
do żadnego poglądu. Scena bluźnierczej kolacji sederowej nie dzieje
się w rzeczywistości - jest ożywionym wspomnieniem doktora Rosenthala,
który na podobnej zasadzie jak doktor Borg z filmu "Tam,
gdzie rosną poziomki" Bergmana widzi swoją przeszłość, a
w niej - moment zachwiania się wiary w sprawiedliwego Boga, który
go naznaczył na całe życie.
Postać ślepnącego rabina w "Zbrodniach i wykroczeniach"
sugerowałaby zanik wiary we współczesnym świecie, choć nie jest
to pewne, bo w tradycji ślepcy reprezentowali wewnętrzną mądrość.
Pamiętajmy też, że w tym przewrotnym filmie ten, który leczy wzrok,
jest zbrodniarzem. Postacią, która niesie przesłanie nadziei,
jest tu filozof Levy (postać fikcyjna). Jego nazwisko to aluzja
do włoskiego pisarza Primo Leviego, który wiele lat po przeżyciu
Zagłady i opisaniu swoich doświadczeń obozowych popełnił samobójstwo.
"Życie jest nieprzewidywalne i niesprawiedliwe - mówi w filmie
Levy słowami Woody'ego Allena. - Ludzkie szczęście chyba nie znajduje
się w planie stworzenia. Tylko my, mając zdolność kochania, nadajemy
sens wszechświatowi. Potrzebujemy mnóstwa miłości, żeby chciało
nam się żyć. Ale wszechświat jest bardzo zimny...".
Zarówno wiara, jak niewiara niesie ból. Każda z tych postaw jest
niewystarczająca. Sądy o Bogu są tak samo niepewne, jak nasze
sądy o ludziach. Ten sam człowiek w oczach zakochanej w nim asystentki
jest "romantyczny, ciepły", a w oczach zazdrosnego reżysera
pozostaje cynikiem i karierowiczem.
"Na pytanie, czy Bóg istnieje, wyrocznia mówi: Tak, istnieje.
Bohater wpada w rozpacz: gorszej wiadomości być nie mogło, bo
teraz będę odpowiadać za to, co zrobiłem!"
Woody Allen ustami swoich postaci mówi mniej więcej to, co Iwan
Karamazow w powieści Dostojewskiego: "Nie to byłoby zdumiewające,
że Bóg istnieje, ale że taka myśl... mogła strzelić do łba takiemu
dzikiemu, okrutnemu bydlęciu, jak człowiek... Postanowiłem sobie
nie myśleć o tym, czy człowiek stworzył Boga, czy Bóg człowieka?...
Tobie też radzę nie zastanawiać się nad kwestią Boga: Istnieje
czy nie? To zagadnienia z gruntu obce umysłowi stworzonemu z wyobrażeniem
trzech tylko wymiarów...".
A gdyby dokończyć myśl Karamazowa? "Nie Boga odrzucam, zrozum,
ale świata, który stworzył, świata Bożego nie akceptuję... Jestem
pewien, że cała ta haniebna komedia ludzkich sprzeczności pryśnie
jak żałosny miraż, że wreszcie w finale, w wiekuistej harmonii
zdarzy się coś tak drogocennego, że starczy na odkupienie wszelkiej
ludzkiej zbrodni... Tak będzie, ale ja tego nie akceptuję i nie
zamierzam akceptować" (przekład Adama Pomorskiego).
Czy tak nie mógłby powiedzieć wielki błazen Woody Allen? Ale czy
nie dochodzi tu również do głosu żal za utraconą w dzieciństwie
wiarą, o której doktor Rosenthal mówi, że jest ona luksusem?
Źródło: Gazeta Wyborcza