Petar Petrović, kultura.polskieradio.pl
Ci wszyscy, którzy utożsamiają Woodego Allena ze śmiesznym paranoikiem
i neurotykiem, w którego rolę często wcielał się w swoich filmach,
mogą poczuć się trochę rozczarowani. W rozmowach z dziennikarzem
Ericem Laxem wychodzi na to, że w rzeczywistości jest on człowiekiem,
który prowadzi perfekcyjnie uporządkowane życie i ma nad nim całkowitą
kontrolę.
Eric Lax po raz pierwszy rozmawiał z Allenem w 1971 roku, gdy
ten mając 36 lat, miał opinię ciekawie zapowiadającego się reżysera
komediowego. Na jego koncie znajdowały się już m.in. "Bananowy
czubek" i "Bierz forsę i w nogi", ponad 15 lat
pracy jako komik i publikacje w "New York Times". Tego
pierwszego spotkania dziennikarz nie wspomina zbyt dobrze, twierdząc,
że obydwaj byli bardzo spięci, a wywiad okazał się "kompletną
katastrofą". Dopiero ich kolejne spotkanie, które miało miejsce
na łodzi koło San Francisco, stało się podstawą ich późniejszej
przyjaźni i prawie 500-stronicowej biografii jednego z najwybitniejszych
reżyserów w historii kina. Książka nie jest jednak chronologicznym
zapisem rozmów, ale podzieloną tematycznie opowieścią o różnych
sprawach z życia Allena, takich jak reżyserowanie, muzyka czy
pisanie. Ciężko też wyczuć okres trzydziestu lat, które dzielą
pierwsze od ostatniego spotkania, gdyż wydaje się, że reżyser
nie uległ w tym czasie wielkim zmianom. W rezultacie, miłośnicy
jego twórczości, otrzymują odpowiedź na wiele, często bardzo szczegółowych
pytań i odkrywają postać autora, który, jak sam podkreśla, w życiu
miał dużo szczęścia.
"Dyscyplina to jego drugie imię" - mówi o swoim rozmówcy
Eric Lex. Dodaje także, że utożsamianie ekranowego dziwaka, granego
przez Allena, z nim samym, nie ma za wiele wspólnego z rzeczywistością.
Co więcej, okazuje się być on jego zaprzeczeniem. Z jednym tylko
wyjątkiem. Reżyser "Manhattanu" jest hipochondrykiem
i ma fioła na punkcie zdrowia. Ale nie interesują go analizy freudowskie,
które przedkłada nad wypady na mecze koszykarskie Knicksów. To,
co wydaje się w największy sposób łączyć go z filmową postacią
to autoironia i cynizm do efektów swojej pracy. Mówi: "Nie
uważam się za jakiegoś wielkiego komika. Sądzę, że mam ten sam
problem z moimi filmami, jaki miałem na początku z moim kabaretem:
wierzę, że jak już widzowie ściągną do kina, to będzie im się
podobać występ czy film." Jego marzeniem jest to, by kręcić
obrazy kasowe, takie jak te o Jamesie Bondzie, które "zagonią
miliony do kin". Dodaje, że bynajmniej nie chodzi mu o zyski,
które najchętniej przeznaczyłby na jakąś fundację. Czyżby dręczyła
go więc ta sama żądza odnoszenia spektakularnych sukcesów, która
stawała się nieraz źródłem rozpaczy wielkiego ulubieńca Allena,
szwedzkiego reżysera Ingmara Bergmana? Czy może jest to jednak
kolejna zgrywa doświadczonego komedianta? Zabawa z widzem... pardon,
z czytelnikiem.
Wspominając rozmaite sceny ze swych filmów, które były później
szczegółowo analizowane przez krytyków i jego fanów, reżyser z
rozbrajającą szczerością potrafi stwierdzić, że u niego przekazy
"zawsze są niezamierzone". Twierdzi, że nie sprawia
mu żadnej trudności zrobienie lekkiej komedii, która rozśmieszy
publiczność, choć najbardziej dumny jest ze swoich dramatów, takich
jak choćby "Wszystko gra". Jego sposobem na stworzenie
interesującej fabuły jest zapisywanie różnych ciekawostek na karteluszkach,
które później wkłada do papierowej torby. Z niej to, w przypływie
artystycznego wyczerpania, wyjmuje później na chybił trafił pomysł
na scenę lub cały film. Allen podkreśla także, że nie jestem komikiem,
który chce grać Hamleta. Twierdzi, że nigdy nie interesowała go
kariera aktora dramatycznego, nigdy też nie napisałbym dla siebie
roli dramatycznej. Dziwi się jednak, że: "ludzie od razu
wysnuwają mylne wnioski, mówiąc, że kręcę komedię, ale jej nienawidzę,
albo że uważam, iż dramat jest wspaniały, a komedia to zero."
Podkreśla, że zawsze uważał komedie za coś wspaniałego, ale osobiście
przedkłada dobrą sztukę dramatyczną nad dobrą komedię.
Mimo że często daje do zrozumienia, że nie przykłada wielkiego
znaczenia do efektu większości swoich obrazów, to jednak przestrzega
młodszym filmowców przed szukaniem swoich reżyserskich fundamentów
poprzez zapoznawanie się z tomami rozpraw o kręceniu filmów, wiedzy
technicznej czy historii idei filmowych. Dla niego to wszystko
jest praktycznie bez znaczenia. "Tu chodzi o to co masz w
sobie. Jeśli ktoś ma coś do powiedzenia jako reżyser, powie to.
Znajdzie sposób. (...) chodzi o to co mówisz, a nie w jaki sposób.
(...) Kiedy patrzy się w kamerę, najlepszym przewodnikiem jest
zdrowy rozsądek."
Jedną z pasji, którą Allen stara się godzić z filmem jest muzyka
jazzowa. To też kolejny dowód na to, że ma on wszystko pozapinane
na ostatni guzik. Nie dość, że kręci jeden film rocznie, to w
dodatku znajduje czas na to by dawać koncerty już od prawie 30
lat. Okazuje się, że kręcenie filmów w Nowym Yorku, to nie tylko
sprawa miłości do tego miasta, ale sposób na zaoszczędzenie czasu.
Czasu, który poświęca graniu na klarnecie. Reżyser wspomina, że
już jako nastolatek ćwiczył na tym instrumencie, słuchając płyt
George'a Lewisa. Robił to widocznie na tyle skutecznie, że gdy
razem z Preservation Hall Jazz Band nagrywał muzykę do filmu "Śpioch",
puzonista tego zespołu powiedział mu, że gra zupełnie jak jego
stary przyjaciel... Lawis. Okazję do sprawdzenia słuszności tych
słów mieliśmy 28 grudnia, gdy Allen wraz z New Orleans Jazz Bad
Eddego Daviesa przyjechał do Warszawy na zaproszenie STX Jambore.