Petar Petrović, kultura.polskieradio.pl
Nie bez zapału, choć z lekkim niepokojem, zabrałem się za lekturę
niewielkiego objętościowo zbioru opowiadań Woody'ego Allena -
"Czysta anarchia". Niestety, każdą kolejną kartkę przewracałem
z coraz większym zażenowaniem i rozczarowaniem. Woody jak mogłeś
mi to zrobić?! Z rezygnacją zamknąłem książkę i odłożyłem na półkę.
Nie pozostało mi nic innego jak włączyć sobie "Annie Hall"
i pomyśleć o tym, czy zdążę jeszcze tego samego wieczoru obejrzeć
"Hannah i jej siostry".
Nie jeden felieton czy recenzja dotycząca twórczości ostatnich
lat Woody'ego Allena rozpoczynała się od stwierdzenia, że coś
się z reżyserem dzieje niedobrego. Jego najnowszy film "Sen
Kasandry" spełnia wszystkie cechy antyallenowskości. Po pierwsze
neurotyczny reżyser nie zagrał w nim żadnej roli (jest to wada
dla tych, którzy twierdzą, że jego najlepsze filmy w dużym procencie
są udane właśnie ze względu na jego grę), po drugie akcja była
niemiłosiernie spłycona, postacie niepogłębione i przedstawione
z prostym podziałem cech charakteru, po trzecie całkowicie zabrakło
tego specyficznego poczucia humoru reżysera, cynicznego spojrzenia
na świat, które obroniłoby film przed nadmiernym patosem. "Sen
Kasandry" obejrzałem i... natychmiast o nim zapomniałem.
Muszę się też przyznać, że przyłączyłbym się do całkiem licznej
grupy wyznającej teorię spiskową jakoby to nie Allen zrobił ten
film, tylko jego niezbyt zdolni asystenci.
Filmy Allena można kochać, można nie znosi, jednak nawet najwięksi
wrogowie (chociaż sam nie znam ich zbyt wielu) przyznają, że jego
obrazy łączy specyficzny, odróżniający od każdego innego działa,
klimat. Mimo że autor kręci się wokół bliźniaczych i ciągle powtarzanych
tematów, to zawsze potrafił i śmieszyć i zmuszać przy tym do refleksji.
Za to właśnie kochają go miliony. Jednak, moim zdaniem, "Czystą
anarchią" nie poszerzy grona swoich odbiorców. Lektura zawartych
w nim opowiadań skutecznie przekonuje mnie do tezy, że Allen się
skończył, choć co roku będzie nas raczył nowym dziełem. A ja co
roku będę wierzył, że może nastąpi upragniony przełom, wytęskniony
nawrót do czasów jego świetności.
Tematyka opowiadań zawartych w "Czystej anarchii" i
sposób prowadzenia akcji skonstruowany jest w taki sposób, by
finał okazał się zarówno zabawny jak i absurdalny. Bohaterem większości
opowiastek jest zaś znany wszem i wobec typ allenowski, z całym
tym swoim tchórzostwem, ironią i niesamowitą zdolnością do wpadania
w kłopoty. W części opowiastek znajdziemy ducha nowojorskiej klasy
średniej przełomu lat 70 i 80, które z taką świeżością, ironią
i prostotą wykreował i do której nas przyzwyczaił. Autor dołożył
wszelkich starań, by nie zabrakło ani ironicznego humoru ani niespodziewanych
zwrotów akcji, a każda historia z założenia ma być jak najbardziej
oryginalna i różniąca się od poprzedniej. Aż do przesady, aż do
pastiszu i niestety zbyt często dotykając zwykłego kiczu. Allen
często rozwija swoją historię na bazie prawdziwych wydarzeń, przywołanych
choćby z "New York Timesa", a resztę dopełnia jego wyobraźnia.
Autor skupia się przede wszystkim na ostrej i często przejaskrawionej
krytyce otaczających nas absurdów, które w jego rękach, otrzymują
nowe kształty i jaskrawsze barwy. W swoich miniaturach Allen naśmiewa
się z New Ageowców i ich duchowości, która niczym ośmiornica swoimi
mackami omotuje naiwnych. Przygląda się wymianie listów pomiędzy
rodzicami "wschodzącej reżyserskiej gwiazdy filmowej",
a organizatorem obozu dla początkujących reżyserów, na którym
to pierwsze kroki stawiał młodzian. Od listu do listu, od słowa
do słowa, dowiadujemy się o nowych okolicznościach powstania spornego
filmu, który jak się okazuje przyniósł zysk, stając się przy tym
zarzewiem gwałtownego konfliktu. Allen opowiedział też historię
małżeństwa, które dowiaduje się kilku niemiłych uwag na swój temat
z książki pisanej przez zatrudnianą przez nich nianię. W gronie
osiemnastu miniaturek znajdziemy też zeznającą przed sądem Myszkę
Micky i dowiemy się dlaczego warto inwestować w dobre przedszkole
dla swojego dziecka.
W zasadzie Allen w "Czystej anarchii" nie wychodzi ani
na moment poza swój zaklęty krąg stale powtarzanych motywów: śmierć,
skomplikowana miłość, ironiczne podeście do świata, płytkość i
obleśność środowiska amerykańskich, napuszonych elit
no bo dziwny
jest ten świat i nie da się go poukładać, mówi w praktycznie każdym
filmie. Mało jest reżyserów, którzy potrafiliby tak dobrze oddać
atmosferę i "duchowość" swojego rodzinnego miasta, mało
jest też takich, którzy z takim czarem i urokiem opowiadaliby
o swoich, wydawałoby się krepujących, nawykach i nerwicach. Klocki,
które rozłożyło przed nami życie, zamiast starać się ułożyć w
jakąś znośność całość, Allen bierze do ręki, podsuwa pod swoje
grube szkła i z rezygnacją pokazuje nam, że w żaden sposób nie
da się ich logicznie połączyć. I choć język książki momentami
bardzo przypomina jego ekranowe dialogi, to jednak na papierze
wydaje się razić sztucznością i pewnym wymuszeniem. Specyficzne
poczucie humoru, które w jego filmach jest więcej niż dodatkiem,
ba jest jego integralną częścią, tutaj blednie, żółknie i rozpada
się w proch zapomnienia. Tak jak jego ostatnie filmy.