| Kto stoi
za "Vicky Cristina Barcelona" |
Paweł T. Felis, Gazeta Wyborcza
Woody Allen - erotoman melancholijny
Przez ostatnich kilka lat niemal przy każdym nowym filmie Allena
pojawiają się oskarżenia o wtórność i spadek artystycznej formy,
ale głosy, że twórca "Annie Hall" się skończył, można
włożyć między bajki.
Zmieniło się jego kino, to prawda - sam Allen coraz rzadziej pojawia
się na ekranie (ostatnio w "Scoop" oraz "Życiu
i całej reszcie"), coraz chętniej rezygnuje ze swojego nieodłącznego
bohatera, przerażonego światem i rozgadanego neurotyka, coraz
bardziej też poważnieje. Tyle że poważny był zawsze, ale w takich
filmach jak "Wszystko gra" czy "Sen Kasandry"
nie chowa się już za maską kpiarza, a o życiu, śmierci, miłości
i seksie mówi tonem, który wypróbowywał już dawniej: w bergmanowskiej
"Innej kobiecie" (1988), czechowowskim "Wrześniu"
(1987) czy wyraźnie inspirowanych Dostojewskim "Zbrodniach
i wykroczeniach" (1989).
W "Vicky Cristinie Barcelonie" widać zresztą, jak zmienia
się również Allenowski humor - to pełna błyskotliwych dialogów
komedia, ale pozbawiona prostych gagów, błazeńskiej szarży. O
ile w "poważnych" filmach Allen wciela się (nie bez
ironii) w postać mentora, o tyle w komediach odsłania bez ogródek
twarz gorzko pozbawionego złudzeń, ale jednak romantyka.
Jedno pozostało niezmienne - filmy Allena to kino autotematyczne,
jakby reżysera najbardziej fascynował sam proces tworzenia historii
i uwodzenia widza. Cudzysłów, który wprowadza w "Vicky Cristinie
Barcelonie" opowiadający zza kadru narrator, obecny był już
w "Manhattanie" (kilka alternatywnych wersji początku,
czyli pierwsze zdania rzekomej powieści o Nowym Jorku), "Annie
Hall" (Alvy-Allen zwracał się wprost do kamery), "Przejrzeć
Harry'ego" czy genialnie umownej, kreowanej na naszych oczach
i poddawanej deziluzji "Klątwie skorpiona".
Reżyserski demiurg, którego obecność zakłóca naszą wiarę w ekranowy
świat, w przypadku Allena uporczywie nie chce być niewidzialny:
czasem przypomina o sobie dzięki sztuczkom iluzjonistów (ostatnio
we "Wszystko gra") czy specjalistów od efektów specjalnych
(wychodzący z ekranu bohater "Purpurowej róży z Kairu"),
czasem też dzięki profesji filmowych bohaterów (aktorzy, reżyserzy,
malarze, pisarze). Nie przypadkiem w "Vicky Cristinie Barcelonie"
wszyscy parający się sztuką to artyści poszukujący. Jak Javier
Bardem z furią rzucający farbę na płótno, który niemal dosłownie
powtarza słowa znane z "Manhattanu": "Esencją sztuki
jest znalezienie sposobu na wyrażenie uczuć, o których nie wiedzieliśmy,
że je mamy".
"Nowy Jork jest jego miastem i zawsze nim będzie" -
deklarował w "Manhattanie" Woody Allen, który przez
kilkadziesiąt lat kazał poruszać się swoim bohaterom po dobrze
sobie znanych muzeach i restauracjach, księgarniach i sklepach.
Allenowski Nowy Jork był jednak zawsze miastem oglądanym przez
różowe okulary i pięknie zmyślonym. Podobnie jak nierealistyczny
jest przeżarty cynizmem i pogonią za pieniądzem Londyn, dla którego
Allen pierwszy raz "zdradził" Nowy Jork we "Wszystko
gra" - i jak Barcelona, w której zrealizował "Vicky
Cristinę ", bo dostał pieniądze na film od hiszpańskiego
producenta.
Jeśli Manhattan, to "Błękitna rapsodia" Gershwina, jeśli
stolica Hiszpanii, to zaczynający i kończący nowy film utwór zespołu
Giulia y los Tellarini. Allen nie udaje nawet, że chce to miasto
zrozumieć - świadomie patrzy na nie jak jego bohaterki, turystki.
"Przyleciałem do Barcelony" - notował w swoim dzienniku
reżyser. "Zakwaterowanie pierwsza klasa. Hotelowi obiecano
w przyszłym roku pół gwiazdki, pod warunkiem że podciągną bieżącą
wodę".
Długo pracował Allen na gębę erotomana - swoim burzliwym życiem
osobistym i filmami, w których bezpruderyjnie analizował drobiazgowo
erotyczne obsesje i fobie, obśmiewał sypialnianą intymność i pokazywał
swojego bohatera jako samca dążącego zawsze do jednego. Psychoanalitycy,
którzy pojawiali się w tych filmach często, byliby pewnie jednomyślni:
to nie erotomania, ale tęsknota za idealnym związkiem.
Idealista wychodził z Allena mimochodem od dawna. W "Vicky
Cristinie Barcelonie", jednej z jego najbardziej gorzkich
komedii, happy endu nie ma, a na dodatek z seksu, a tym bardziej
z miłości, już się nie żartuje. "Miłość się kończy"
- mówi w pewnym momencie Juan Antonio, przywołując słowa, które
od przypadkowej kobiety usłyszał kiedyś bohater "Annie Hall".
Sam jednak wciąż chce tego, co nieosiągalne - jak Allen jest przecież
melancholikiem.
Penelope Cruz: Kolejka górska nad przepaścią
Allen: "Jest bardziej rozerotyzowana, niż sobie wyobrażałem.
Podczas pierwszego spotkania moje spodnie stanęły w ogniu".
Almodóvar: "Mieszanka dobroci, niewinności, szaleństwa. Bank
emocji". Frears: "Wenus. Cała historia europejskiego
kina w jednej twarzy".
Stephen Frears zaprosił ją do udziału w "Krainie Hi - Lo",
kiedy zobaczył epizod w jej wykonaniu w "Drżącym ciele"
Almodóvara. Almodóvar wiedział, że chce z nią pracować, po obejrzeniu
"Jamón, Jamón". Allen stworzył dla niej postać Marii
Eleny w "Vicky Cristina Barcelona", zachwycony rolą
w "Volver". Przekazują sobie wyobrażenie o Cruz, piszą
dla niej role, ale to ona rządzi ich filmami.
Urodziła się w Madrycie. Ojciec jest mechanikiem samochodowym,
matka fryzjerką. Dzieciństwo wspomina jak życie w komunie: "Byliśmy
trochę hipisami. Sprzątaliśmy wszyscy razem, słuchając oper".
Jako jedni z pierwszych w dzielnicy mieli wideo. Jako dziecko
występowała w reklamach. Skończyła szkołę baletową.
Pierwszy raz spotkała Almodóvara na początku lat 90., podczas
przesłuchań do "Kiki". "Zrobiliśmy kilka prób,
powiedział, że jestem za młoda, ale że zadzwoni do mnie, kiedy
zacznie pracę nad kolejnym scenariuszem".
Kiedy dostała Oscara za rolę w filmie Allena, Almodóvar napisał
jej portret dla New York Timesa": "Zmierzwione włosy,
dekolt, od którego trudno oderwać wzrok, krzyk jako naturalna
forma komunikacji. Do tej szkoły należały Sophia Loren, Claudia
Cardinale, Anna Magnani. Na ich rolach wzorowana była Raimunda
w "Volver". Potrzebowałem mieszanki dobroci, niewinności,
trochę szaleństwa. Z Penélope to było dosyć proste, bo ona taka
właśnie jest. A nawet gdyby nie była, potrafi zagrać wszystko.
Jest bankiem emocji". Jako Raimunda wzrusza, śpiewając klasyczne
tango z lat 30., albo bawi, jak w scenie, w której po zabójstwie
tłumaczy sąsiadowi, który zauważył ślady krwi na jej szyi: "Kobiece
sprawy". Cruz: "W złości bywam jak kolejka górska nad
przepaścią".
Almodóvar mówi, że scenariusze tworzone z myślą o niej przepisuje
kilka razy, żeby jak najbardziej wykorzystać charakter Cruz. Tak
było z Raimundą. "Nie ma w hiszpańskim kinie tradycji atrakcyjnych,
cudownych gospodyń domowych. Więc posłużyłem się wzorami z włoskiego
kina". Ważny był - jak mówi Almodóvar - "duży, przyciągający
ją do ziemi tyłek". Według niego symbol optymizmu. Skonstruowano
go specjalnie dla Cruz, która jako tancerka chodzi lekko, jakby
unosiła się nad ziemią. Tymczasem ta postać miała mieć mocne,
ciężkie kroki, bo była kimś przygniecionym przez życie.
W Hollywood Cruz grała często egzotyczne piękności z hiszpańskim
akcentem, obok Matta Damona, Toma Cruise'a, Johnny'ego Deppa.
Po kilku takich rolach Almodóvar powiedział: "Mogę udzielić
ci jakiejś rady? Wracaj do Hiszpanii".
W "Vicky" mówi przede wszystkim po hiszpańsku. Kiedy
kłóci się z Bardemem po angielsku, jej akcent staje się komiczny.
Rolę Marii Eleny potraktowała bardzo serio. "Przychodziłam
do Woody'ego z notesem o jej przeszłości, a on się ze mnie śmiał.
Rysowałam potwory, które ona mogła rysować. Wymyślałam, co się
stało, kiedy ktoś jej powiedział, że jest geniuszem, jak to ją
zniszczyło. Miałam na ten temat mnóstwo teorii".
Chciała grać kogoś zniszczonego przez nadmierną wrażliwość, kto
żyje w innej rzeczywistości niż reszta. Scena, w której z Bardemem
i Johansson pije kawę w ogrodzie, masując skroń, z błędnym wzrokiem,
być może jest przykładem tego, co wymyśliła w zeszytach pokazywanych
Allenowi.
Ma 34 lata, dostała trzy hiszpańskie nagrody Goya, dwie Europejskie
Nagrody Filmowe, nagrodę dla najlepszej aktorki na festiwalu w
Cannes, za rolę Marii Eleny w "Vicky Cristina Barcelona"
Oscara i nagrodę BAFTA. W Hiszpanii jutro premiera "Przerwanych
objęć", najnowszego filmu Almodóvara z jej udziałem. Skończyła
pracę nad "Dziewięć" Roba Marshalla, musicalowym remake'u
"Osiem i pół" Felliniego. Almodóvar: "Mój film
jest skończony. Cruz pokaże coś, czego jeszcze w kinie nie widzieliśmy".
Javier Bardem - macho w trampkach
"Nie wierzę w Boga, ale wierzę w Ala Pacino" - mówił
w wywiadzie dla "The New York Timesa" Javier Bardem.
Po Antonio Banderasie to ostatnio drugi aktor filmów Almodóvara,
który przeżywa właśnie swój amerykański sukces. W dzieciństwie
był ministrantem ("służba przy ołtarzu - pierwsze doświadczenie
aktorskie"), dzięki matce - znanej aktorce Pilar Bardem -
po raz pierwszy pojawił się na planie w wieku sześciu lat, a jako
13-latek przez dwa miesiące występował w teatrze. Studiował jednak
malarstwo - w filmach pojawiał się wtedy jako statysta wyłącznie
dla pieniędzy.
Sporo zawdzięcza Almodóvarowi ("Wysokie obcasy" i "Drżące
ciało"), ale jeszcze więcej Julianowi Schnablowi - za świetną
rolę Reinalda Arensa, prześladowanego przez kubańskie władze pisarza
homoseksualistę w "Zanim zapadnie noc" (2000), otrzymał
nominację do Oscara i Złotego Globu. Intensywne wówczas lekcje
angielskiego przydały się kilka lat później przy okazji "To
nie jest kraj dla starych ludzi" Coenów (Oscar za drugoplanową
rolę płatnego mordercy).
"Hiszpanie są okrutni: krytykują to, co robię, i mówią, że
się sprzedałem" - mówi wychowany w Madrycie Bardem. To on
zgłosił się do Allena, żeby zagrać w jego filmie i spotkać się
na planie ze swoją partnerką Penelopé Cruz, z którą po raz pierwszy
pracował na planie "Szynki, szynki" Bigasa Luny 17 lat
temu. Jeśli wierzyć opublikowanym wyimkom z dziennika Allena,
przed każdą sceną płakał, że nie potrafi grać bez wskazówek reżysera.
Nie musiał za to brać lekcji malowania - do dziś maluje obrazy,
ale zarzeka się, że nigdy ich nie upubliczni.
Scarlett Johansson - perła i kłopoty
"Złożyłem propozycję roli Scarlett Johansson" - zapisał
Allen w swoim dzienniku (wydrukowanym w "Guardianie").
"Powiedziała, że zanim ją przyjmie, scenariusz musi zostać
zaakceptowany przez jej agenta, matkę i matkę agenta. W trakcie
negocjacji zmieniła agentów, następnie matki. Ma talent, ale może
sprawiać kłopoty".
Zwykle jednak Allen mówi o niej w superlatywach: piękna (filmowy
Juan Antonio: "masz śliczne, duże, zmysłowe usta"),
inteligentna, utalentowana, zabawna. Nakręciła z Allenem już trzy
filmy (wcześniej "Wszystko gra" i "Scoop"),
co do tej pory udawało się tylko partnerkom reżysera - Diane Keaton
i Mii Farrow.
Jej dziadkowie byli Żydami, którzy wyemigrowali z Polski po II
wojnie. Szykowana do aktorskiej kariery od dziecka, zajęcia w
studiu Lee Strasburga zaczęła już jako ośmiolatka. Notorycznie
opuszczała zajęcia w szkole, bo jako nastolatka większość czasu
spędzała na planie. Olśniła jednak dopiero w "Między słowami"
Coppoli i "Dziewczynie z perłą" Webbera, po których
zaczęła wieść życie gwiazdy i - poza filmami Allena - kiepsko
wybierać kolejne role.
Ma dopiero 25 lat, 163 cm wzrostu i spore ambicje: chce reżyserować
i produkować filmy, pisać, a na dodatek śpiewać. Na jej solowym,
wydanym rok temu albumie "Anywhere I Lay My Head" z
coverami Toma Waitsa chórki zaśpiewał w dwóch utworach sam David
Bowie.