Dorota Chrobak, dwutygodnik.com
Choć od premiery filmu "Annie Hall" Woody'ego Allena
upłynęło ponad 30 lat, niezmiennie uważa się go za arcydzieło.
Warto jednak zweryfikować tę opinię.
Z pewnością "Annie Hall" to przełomowe dzieło w dorobku
Woody'ego Allena. Wcześniejsze filmy reżysera (by wymienić "What's
Up, Tiger Lily?" [1966] czy "Wszystko co chcielibyście
wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać [1972]"), mimo
największej dla niego sympatii, trzeba uznać po prostu za bezpretensjonalne
komedie - niezwykle śmieszne, ale pozbawione głębszej refleksji.
Ten sam los miał zresztą spotkać i "Annie Hall" - pierwotnie
film był pomyślany jako komedia kryminalna. W trakcie licznych
przeróbek scenariusza wątek kryminalny został jednak wycięty (po
latach powrócił w odświeżonej formie jako "Tajemnica morderstwa
na Manhattanie" [1993]), drugoplanowy zaś wątek miłosny wysunął
się na plan pierwszy. Co ciekawe, temu powolnemu, ale konsekwentnemu
odchodzeniu od kina gatunkowego towarzyszył swoisty ekshibicjonizm
Allena.
Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że "Annie Hall"
to jego najbardziej osobisty film, w którym po raz pierwszy ujawnił
się jako samoświadomy twórca, uczciwe zdający widzowi raport ze
swoich wad i słabości. Ten "skok w dorosłość" okazał
się także nieodwracalny w znaczeniu artystycznym. Większość elementów,
które składają się na strukturę "Annie Hall", będzie
odtąd powracać w kolejnych filmach reżysera.
Jest więc "Annie Hall" z jednej strony kwintesencją
stylu Allena, z drugiej zaś - przewodnikiem po lejtmotywach jego
twórczości. Spróbujmy w tym miejscu wymienić najbardziej charakterystyczne
z nich:
1. Bohater jako alter ego reżysera - neurotyczny intelektualista,
cierpiący na lęki i obsesje (które z powodzeniem można uznać za
zakamuflowaną formę egoizmu), mimo poczucia humoru pozbawiony
radości życia. Warto wspomnieć, że początkowo "Annie Hall"
miała nosić tytuł "Anhedonia", co oznacza niezdolność
do odczuwania przyjemności.
2. Środowisko towarzyskie jako lustrzane odbicie bohatera, a nawet
odbicie odbicia - a więc zwielokrotnienie lęków i frustracji,
które w sobie nosi (zamiast rozwiewać, tylko je potęguje). W trzech
słowach można je określić jako: histeryczne, hermetyczne i snobistyczne.
Pierwszy z brzegu przykład to kapitalna scenka przed wejściem
do kina, podczas której zblazowani nowojorczycy toczą - w ich
mniemaniu - uczone dysputy. Gdy rozmowa schodzi na twórczość Marshalla
McLuhana, ten zjawia się osobiście, by zmieszać wszystkich z błotem.
3. Korzenie (rodzina, pochodzenie) traktowane jako traumatyczne
obciążenie. W przypadku "Annie Hall" jest to choćby
wspomnienie koszmarnego dzieciństwa spędzonego w domku pod rollercoasterem,
czego efektem jest niemożliwa do okiełznania nerwica.
4. Efemeryczność związków międzyludzkich, zwłaszcza tych o charakterze
erotycznym, nieumiejętność ich budowania i utrzymania, podkreślanie
łatwości, z jaką się rozpadają.
5. Miłość do Nowego Jorku jako swoiste remedium na nieudane życie
osobiste. Jest to na dobrą sprawę jedyne w pełni trwałe, czyste
i - co chyba najistotniejsze - pozbawione zahamowań uczucie w
życiu Woody'ego Allena.
Sam scenariusz "Annie Hall" także okaże się szablonem,
według którego Allen zbuduje swoje kolejne fabuły. Oto kobieta
i mężczyzna żyją razem, przy czym jej zależy na związku, natomiast
jego stosunek najlepiej określa popularne amerykańskie sformułowanie
"on-off". Krótko mówiąc, teoretycznie jest zaangażowany,
ale równocześnie wykazuje wyraźne "tendencje odśrodkowe"
(w ciągu całego filmu Allen ani razu nie mówi do Annie: "Kocham
cię"). Gdy jednak dochodzi do rozstania, okazuje się, że
to kobieta radzi sobie znacznie lepiej niż mężczyzna i szybko
znajduje nowego (czytaj: lepszego) partnera. On poniewczasie orientuje
się, że popełnił błąd - jest już jednak za późno. Podobny, by
nie powiedzieć identyczny schemat scenariuszowy znajdziemy między
innymi w "Mężach i żonach" (1992), "Celebrity"
(1998) czy "Słodkim draniu" (1999).
Czy jednak sam fakt wykrystalizowania się Allenowskiego stylu
wystarczy, by uznać "Annie Hall" za szczytowe osiągnięcie
w twórczości reżysera? Z dzisiejszego punktu widzenia sprawa nie
wydaje się już tak oczywista. Równie dobre, o ile nie lepsze,
okazały się późniejsze filmy Allena: "Manhattan" (1979)
czy "Hannah i jej siostry" (1986). Poza tym "Annie
Hall" nie jest pozbawiona wad, zwłaszcza pod względem formalnym.
Drastyczne cięcia montażowe (film skrócono z niemal dwóch i pół
godziny do 93 minut) sprawiają, że scenariusz chwilami się rwie,
przypomina ciąg luźno powiązanych ze sobą scenek, a nie zwartą
strukturę. Zaś liczne dygresje (np. sekwencje z dzieciństwa) tylko
pogłębiają wrażenie fabularnego chaosu. Daleko "Annie Hall"
do konsekwencji i precyzji, jakimi cechują się choćby "Zbrodnie
i wykroczenia" (1989).
Wydaje się, że o sukcesie filmu zadecydował przede wszystkim fakt,
iż idealnie trafił on w swój czas. Był pierwszym obrazem, który
tak inteligentnie i dosadnie podsumował stan ducha tzw. inteligencji
nowojorskiej. Zapoczątkował też modę na krawaty u pań, a fragmenty
dialogów wprowadził do języka potocznego (np. "widoczna linia
majtek" czy "pająki wielkości buicka"). Nie tylko
okazał się celną diagnozą czasów, w których powstał, ale też stał
się ich symbolem. Cztery Oscary - w tym dla najlepszego filmu
i reżysera - są tego najlepszym dowodem. Nie od dziś wiadomo,
że nagrody Akademii to znakomity wyznacznik nie tego, co naprawdę
dobre, ale tego, co modne. Trzeba powiedzieć uczciwie: żadnemu
późniejszemu filmowi Allena ta sztuka się nie udała.