OBSADA: Prowadzący w chórze greckim:
F. Murray
Abraham Lenny Weinrib:
Woody Allen Armanda Weinrib:
Helena
Bonham Carter Żona Buda:
J. Smith-Cameron Bud:
Steven
Randazzo Linda Ash/Judy Cum:
Mira Sorvino Laius:
David
Ogden Stiers Jocasta:
Olympia Dukakis Oedipus:
Jeffrey
Kurland Ojciec Amandy:
Donald Symington Matka Amandy:
Claire
Bloom Max Weinrib:
Jimmy McQuaid Jerry Bender:
Peter Weller
OPIS: Para
małżeńska adoptuje dziecko. Jego iloraz inteligencji jest tak wysoki, że wstrząśnięci
opiekunowie postanawiają odnaleźć biologiczną matkę. Poszukiwania kończą się sukcesem,
jednakże odnaleziona kobieta bynajmniej nie jest geniuszem.
Życie jest dziwne, ale piękne.
Woody Allen jest
najbardziej europejskim spośród wszystkich twórców amerykańskich. Nie ma w nim
typowego dla Amerykanów samozadowolenia, za to pełno neurastenicznych lęków, niedopowiedzeń,
wątpliwości. Jego poczucie humoru też daleko odbiega od tego, z czego śmieją się
Jerry Lewis, Bette Midler czy nawet Bill Cosby. Bohaterami jego filmów też nie
są kowboje, milionerzy, biznesmeni i politycy, ale intelektualiści ze wszystkimi
swoimi obciążeniami i nieustannie stawianymi pytaniami.
"Jej Wysokość
Afrodyta" to komedia dla Allena typowa. Jej bohater Lenny (grany oczywiście
przez samego reżysera) jest pisarzem i dziennikarzem sportowym, którego żona --
historyczka sztuki, postanawia adoptować dziecko. Chłopczyk -- Max staje się oczkiem
w głowie przybranych rodziców, Lenny wariuje na jego punkcie. Ale w małżeństwie
coś się psuje, Lenny i Amanda są sobą znudzeni i zmęczeni. Lenny zaczyna rozglądać
się za kochanką. I wtedy wpada na genialny pomysł: skoro ma absolutnie piękne
i genialne dziecko, to znaczy, że urodziła je absolutnie piękna i genialna kobieta.
Lenny zaczyna szukać biologicznej matki swojego syna. I znajduje. Tylko że Linda
Ash okazuje się istotą bardzo seksowną i bardzo. .. prostą. Jest, występującą
pod pseudonimem Linda Orgazm, aktoreczką filmów porno, na co dzień zarabiającą
na życie jako prostytutka. I tu zaczyna się najlepsza zabawa.
Woody Allen
rysuje wspaniałe portrety ludzi -- owego intelektualisty Lenny'ego, jego żony,
Amandy, prostytutki Lindy -- prostej, ale dobrej i pełnej tęsknot, prymitywnego
chłopaka ze wsi, za którego Lenny chce wydać Lindę "dla dobra dziecka, które
kiedyś zapyta o swoją matkę". Tworzy też Allen niezliczoną liczbę przezabawnych
sytuacji, opierających się na dowcipie cieniutkim, inteligentnym. W"Afrodycie"
mnóstwo jest cudownych dialogów, przy których widza brzuch zaczyna boleć od śmiechu.
Woody Allen jest rzeczywiście w wielkiej formie. Zresztą jako reżyser i jako aktor.
Na dodatek znalazł dla siebie w tym filmie dwie wspaniałe partnerki. Helena Bohnam-Carter,
kojarząca się głównie z kostiumowymi rolami u Jamesa Ivory'ego, świetnie zagrała
współczesną kobietę -- intelektualistkę z Manhattanu. Ale wszystkich przeskoczyła
w aktorskiej maestrii mało znana Mira Sorvino wroli Lindy Ash. Ta wysoka postawna
dziewczyna ma vis comica i wielki talent.
Wszystko, co opowiada Allen
o ludzkim losie ma charakter intymnego wyznania. Szczerej opowieści o sobie samym,
o swoich niespełnieniach i lękach. Allen patrzy jednak na swój los intelektualisty
z dystansem i przymrużeniem oka. Dlatego wprowadza bardzo zabawny grecki chór,
który komentuje zdarzenia, usiłuje bohatera filmu przestrzec przed błędami, uchronić
przed życiową katastrofą. Ten chór też jest po "allenowsku" zdystansowany
i inteligentny. I znów zobaczymy w nim aktorów, którzy teoretycznie do komedii
nie pasują, jak choćby Murray Abraham.
Humor, inteligencja, wyśmienite
aktorstwo to jeszcze nie wszystkie atuty "Jej Wysokości Afrodyty". Bo
ten film jest przede wszystkim wspaniałym hymnem na cześć uczuć, miłości, przyjaźni,
tolerancji. I samego życia z jego głupotami, niesprawiedliwościami, niebezpiecznymi
zakrętami. "Jej Wysokość Afrodyta" ma w sobie pokłady pogody. Ciekawe,
że ten radosny film Allen zrobił jakby "na przekór", w czasie, gdy miał
mnóstwo kłopotów, gdy zawaliło mu się życie, Mia Farrow oskarżała go o seksualne
napastowanie własnego nieletniego dziecka, a opinia publiczna występowała przeciwko
niemu. I właśnie w takich chwilach Allen zrobił film, którego pointę na końcu
wyśpiewuje grecki, jazzujący chór: "Życie jest piękne! "
Barbara
Hollender
