OBSADA:
Emmet Ray:
Sean Penn Hattie:
Samantha Morton Blanche:
Uma Thurman Bill Shields:
Brian Markinson Al Torrio:
Anthony
LaPaglia Ellie:
Gretchen Mol Sid Bishop:
Vincent Guastaferro
Pan Haynes:
John Waters Hazel:
Constance Shulman
Iris:
Kellie Overbey Harry:
James Urbaniak Omer:
Marc
Damon Johnson Don:
Darryl Alan Reed Chester Weems:
Dick
Monday Reżyser:
Josh Mowery William Weston:
Fred Goehner
Django Reinhardt:
Michael Sprague Joe Bedloe:
Brad Garrett
Woody Allen:
Woody Allen Ben Duncan:
Ben Duncan
RECENZJE:
(Zygmunt Kałużyński - POLITYKA)
Kolejny film Woody Allena, w którym rozwija on swój ulubiony temat, jego zdaniem
nie dość obsłużony przez kino: środowisko amerykańskiego przemysłu widowiskowego.
Tym razem jest to monografia jakoby czołowego gitarzysty jazzowego z lat 30. Emmeta
Raya, przedstawiona tak jak zazwyczaj robi się rekonstrukcje życiorysowe: wypowiedzi
osób, które znały artystę, jego nagrania, pamiątki po nim... Różnica w porównaniu
z podobnymi dokumentami polega na tym, że oglądamy również jego osobiste koleje.
Łączył on spontaniczny geniusz muzyczny z infantylizmem, egoizmem i fałszywą opinią
o sobie samym. Jego ulubioną rozrywką jest strzelanie z rewolweru do szczurów,
przyglądanie się przejeżdżającym pociągom oraz kleptomania: kradnie popielniczki,
by je zaraz potem wyrzucić, prócz tego cechuje go nonszalancja wobec kolejnych
towarzyszek życia, którym uporczywie tłumaczy, że jako wyjątkowy talent nie ma
wobec nich zobowiązań. Charakter ten jest oryginalną kreacją Allena: dorównuje
on tu pisarzom, którzy tworzą postaci jak żywe, co mówię, lepsze niż żywe. Jest
tu uderzający problem psychologiczny: osoba przeciętna czy nawet mniej: niedojrzała
wewnętrznie, w której -gdy bierze się do swojej sztuki, wybucha geniusz, który
mieszka w niej, zdawałoby się, jako potęga skądinąd, druga dusza, rodzaj demona.
A jednak, stwierdza Allen, jedno łączy się z drugim: gdy Ray uświadamia sobie,
że kochał kalekę-niemowę Hattie, którą samolubnie porzucił, okazuje się, że jego
talent również nie ma już oparcia. Zaś następnym wielkim tematem filmu jest jazz
epoki klasycznej, uwielbiany przez Allena (on sam uprawia klarnet): film przynosi
istny koncert gitary solo, w tym oryginalne nagrania Django Reinhardta (1910-1953),
do którego Ray żywi kult i mdleje, gdy się styka z owym mistrzem, skądinąd pochodzącym
z Europy. Znakomity film, nasączony typowym dla Allena połączeniem humoru z sentymentem
oraz dwie kreacje: Samanthy Morton, która nie mówi ani jednego słowa oraz Seana
Penna, który mówi w nadmiarze, a jednak ani przez chwilę nie jest tego za dużo.
Jerzy Wójcik
Mistrz ekranowych mistyfikacji, Woody Allen, zaprosił widzów na półtoragodzinną,
dowcipną komedię muzyczną "Słodki drań". Przy okazji serwuje na ścieżce
dźwiękowej serię standardów: z "Mystery Pacific", "Clarinet Marmalade",
"Limehouse Blues", "Parlez-moi d'amour". Opowiada historię
kariery geniusza gitary epoki swinga - Emmeta Raya, który bardzo lubił poszpanować
przed damami, popijać i postrzelać do szczurów.
Scenariusz miał Allen gotowy
od dawna, sięgnął tylko do szuflady, odkurzył go, przerobił trochę i ruszył na
plan. Jak przed laty w "Zeligu", tak i w "Słodkim draniu"
wymyśloną postać bohatera "ulepił" z legend Ameryki o rozmaitych Jankach
Muzykantach, którzy robili kariery, stawali się gwiazdorami.
Emmet Ray, muzyk
z przedmieścia dużego miasta, mitoman, drobny oszust i kleptoman, uznał się za
geniusza gitary i co najmniej "drugiego gitarzystę na świecie" - za
absolutnego mistrza uchodził wówczas paryski Cygan Django Reinhardt. Najpierw
Ray przekonał o tym kilku podobnych sobie instrumentalistów, którzy zgodzili się
z nim grywać do kotleta, następnie - właściciela ekskluzywnego lokalu, później
- ważnych impresariów. I tak legenda rosła. Łatwo dawały się skusić kiczowatemu
blichtrowi kobiety, ale i cwaniaków nabierał również.
Ciekawa fabuła, klarownie
zarysowane konflikty pozwalają widzowi delektować się i opowieścią, i muzyką.
Forma paradokumentu dodaje mu wiarygodności; anegdoty opowiadane o Rayu przez
rzekome autorytety jazzu i traktowane jak wspomnienia, z obecnością Allena na
ekranie włącznie - ilustrują doskonale proces narodzin mitów. Błyskotliwa mistyfikacja.
Reżyser sprytnie miesza konwencje, sposoby narracji. Bawi dowcipnymi dialogami,
wzrusza ckliwymi melodiami, ironizuje. Oglądamy jeszcze jeden udany eksperyment
prześmiewcy na materii kina.
Sean Penn stworzył znakomitą kreację żądnego
poklasku bufona-prymitywa. Świetna jest Samantha Morton w roli Hattie, wrażliwej
niemej adoratorki gitarzysty i opuszczonej kochanki. Penna nominowano do Oscara,
ale statuetki nie otrzymał, Samantha Morton również. Szkoda. To prawdziwe kino
zabawne i refleksyjne równocześnie zasługuje na uwagę.
Fikcyjna biografia raz jeszcze Marta Olszewska
Najnowszy
film Woody Allena, "Słodki drań", podejmuje wątki i tematy stale obecne
w twórczości reżysera, z dystansem i humorem poruszając zagadnienie wyobcowania
oraz powikłań w stosunkach międzyludzkich
Bohater tej barwnej opowieści, której
akcja umieszczona została w latach dwudziestych, jest postacią fikcyjną, wykreowaną
jednak dla potrzeb filmu na osobę istniejącą realnie - poznajemy ją nie tylko
przez szereg retrospekcji, przywołujących najistotniejsze momenty jej życia, ale
też poprzez wypowiedzi pojawiających się na ekranie "przyjaciół i znajomych",
prezentujących biografię protagonisty i dokumentujących niejako jego egzystencję
Podobny zabieg stylizacyjny zastosował Allen już w słynnym "Zeligu"
- również udającym biografię filmie o człowieku-kameleonie, który zrobił niespodziewaną
karierę, wzbudzając swoim pojawieniem się niemałe zamieszanie i sensację, po czym
zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach.
Postacią równie zagadkową jest
bohater "Słodkiego drania", Emmet Ray (Sean Penn) - ponoć wybitny gitarzysta
jazzowy, który zamiłowanie do kobiet i hazardu łączy z upodobaniem do alkoholu,
dziwną pasją strzelania do szczurów oraz z kleptomanią. Gnębi go prócz tego poczucie
niższości wobec, jak mu się zdaje, niedoścignionego mistrza jazzu, Django Reinhardta,
na widok którego zdarzyło się nieszczęśnikowi nawet zemdleć. Niepowodzenia i komplikacje
w życiu osobistym zdają się równoważyć sukcesy twórcze oraz uznanie w środowisku
muzycznym. Do czasu jednak - pewnego dnia bowiem, depresja i poczucie bezcelowości
własnej egzystencji popychają Raya do porzucenia dotychczasowego życia i zerwania
wszelkich kontaktów z otoczeniem. Biografia urywa się zatem w którymś momencie,
informując jedynie, że dalsze losy Raya są nieznane. (Podobnie jak Zeliga).
Przeprowadzona z przymrużeniem oka analiza ekscentrycznej sylwetki artysty (na
którego portret złożyły się ponoć biografie kilku rzeczywistych postaci ze świata
muzyki) sprzyja prezentacji złożoności i nieprzeniknioności ludzkiej psychiki
oraz podjęciu powracającego uporczywie w filmach Allena tematu relacji twórczości
do zasad moralnych. Zawikłania osobowości bohatera, uniemożliwiające normalny
kontakt z otoczeniem, zdają się świadczyć w tym filmie, jak zresztą we wszystkich
poprzednich obrazach reżysera, o braku stymulującego wpływu talentu artystycznego
na jakość życia emocjonalnego. Właściwe zaś wielu postaciom wykreowanym przez
autora "Przejrzeć Harrego" poczucie alienacji, rzutujące na związki
z życiowymi partnerami, ujawnia się tu chociażby w wyborze przez Raya na towarzyszkę
życia Hattie - niemej dziewczyny, o (mówiąc eufemistycznie) nie najwyższym poziomie
intelektualnym. Wspólna bodajże wszystkim ludziom bariera komunikacyjna w sferze
relacji z najbliższymi nawet (a może zwłaszcza) ludźmi, prowadzi w tym przypadku
do związania się z niemową, co i tak niczego nie ułatwia -komplikacja układów
męsko-damskich dotyczy bowiem nie tylko aspektu porozumienia werbalnego.
Powyższe
zagadnienia prezentowane są, jak zawsze w filmach Allena, z niezwykłym humorem,
włączając w to niekiedy paradoksalnie sprzeczne relacje i opinie o bohaterze,
wygłaszane do nas z ekranu przez bliższych i dalszych znajomych Raya, a świadczące
o niemożności odkrycia istoty danej osobowości, wynikającej również z wielości
oblicz, jakimi dysponuje każdy człowiek
Nadzwyczajnej lekkości temu satyrycznemu
obrazowi nadają barwne tło obyczajowe (środowisko muzyków i atmosfera klubów jazzowych
lat 20-tych), komizm sytuacji i dialogów oraz znakomita obsada aktorska - poza
wymienionym już, rewelacyjnym Seanem Pennem - Samantha Morton i Uma Thurman.
Niewątpliwym walorem filmu jest także muzyka, stanowiąca nie tylko ilustrację
opowieści, ale też niemal jej równorzędny temat. Zamiłowanie Allena do jazzu zaowocowało
umieszczeniem tu mnóstwa wysmakowanych utworów, należących do standardów muzyki
synkopowej
Wszystko to sprawia, że film ogląda się znakomicie, choć osobiście
wolę chyba bardziej zjadliwe i drapieżne satyry Allena.
Dagmara Romanowska
(
film.onet.pl)
Miłość Woody'ego Allena do jazzu jest powszechnie
znana. Wszyscy słyszeli o jego występach w klubach w Nowym Jorku i Paryżu. Niektórzy
oglądali dokument z jego tournée europejskiego "Wild Men Blues" w reżyserii
Barbary Kopple (1997). W "Słodkim draniu" Allen na powrót pełni rolę
reżysera, a także wciela się w jednego z kilku ekspertów zajmujących się życiem
i twórczością znanego w latach 30-tych gitarzysty Emmeta Raya. Autor po raz kolejny
sięga do formy sfingowanego dokumentu i świetnie się przy tym bawi, a wraz z nim
my.
Ray jest tak autentyczny, iż trudno uwierzyć, że nigdy nie istniał.
Wiele w tym zasługi Seana Penna, któremu zresztą rola ta przyniosła nominację
do Oscara. Ray kocha kobiety, ale z żadną nie potrafi się związać na stałe. Jego
ulubionymi zajęciami (poza grą na gitarze) są oglądanie pociągów oraz strzelanie
do szczurów. Emmet uwielbia też alkohol, dobre samochody, jest kapryśny i marzy
o sławie. Wymyślił sobie, iż jako gwiazda powinien mieć swój księżyc i na nim
pokazać się publiczności podczas występu. Drewniany rogal jednak urywa się z linek,
a Ray o mały włos nie przypłaca swojego marzenia skręceniem karku. Podając się
za sprzedawcę bierze udział w prowincjonalnym konkursie talentów i ledwo udaje
mu się uciec przed rozgniewanymi kłamstwem tubylcami. Cały czas konkuruje z "pierwszym
na świecie" gitarzystą - Django Reinhardtem i ilekroć ma okazję go spotkać,
mdleje, płacze lub po prostu ucieka. Gdy wreszcie osiąga dojrzałość artystyczną
i znajduje się u szczytu sławy - znika i pozostawia po sobie jedynie znakomite
nagrania. W swoim scenariuszu Allen kreuje postać muzyka-łajdaka, który ma w sobie
coś zarówno z Butcha Cassidy i Sundance Kida, jak i członków nowojorskiej bohemy
artystycznej.
W porównaniu z wcześniejszymi filmami autora "Manhattanu",
"Słodki drań" wydaje się skromniejszy i spokojniejszy, mniej w nim niż
zwykle ironii i drwiny, mniej typowo "allenowskich" dialogów. Z drugiej
jednak strony reżyserowi chyba tylko raz, a mianowicie w "Zeligu" (1983),
udało się sportretować głównego bohatera z tak dużą dozą ciepła i przyjaźni. "Słodki
drań" jest rodzajem hołdu złożonego przez twórcę innym wielkim artystom,
ale także pewnym mitom, które się wokół nich wykształciły. Losy Raya to przecież
"modelowe" życie mistrza - pełno w nim przygód, kłopotów (szczególnie
z pieniędzmi, kobietami i alkoholem), wzlotów i upadków. To natomiast, co po nim
pozostaje, to z kolei różne, często mieszające prawdę z fikcją relacje mówiące
o tym, jakim był człowiekiem i artystą ...
Jak zwykle Allen dobrał wspaniałą
obsadę, może z wyjątkiem Umy Thurman, która na tle Seana Peana i Samanty Morton
(także nominowanej do Oscara) wypada dość blado i nieciekawie. Nowojorczyk znowu
nas wzrusza i pozostawia w oczekiwaniu na kolejny film.
Anna
Osmólska-Mętrak (
film.onet.pl)
W latach 30., w złotej epoce jazzu,
było dwóch wirtuozów gitary: Emmett Ray w Nowym Jorku i paryski Cygan, Django
Reinhardt. Tylko oni dwaj się liczyli, nikt nie mógł się z nimi równać. Nawet
przeciętnie zorientowany miłośnik jazzu puknie się zapewne w czoło, co też ta
kobieta wypisuje! To tak, jakby ktoś powiedział, że najlepszymi gitarzystami rockowymi
nie byli Jimmi Hendrix i Carlos Santana (zresztą wciąż jest!), ale jakiś Johnny
String z Oklahoma City i Janek Szarpidrut z Gostynina. No tak, ale właśnie o tym
usiłuje nas przekonać Woody Allen przy pomocy kilku wybitnych znawców przedmiotu,
odtwarzając z niezwykłą starannością perypetie osobiste i przebieg kariery artystycznej
jednego z wymienionych na wstępie geniuszy muzycznych, Emmetta Raya (Sean Penn).
O
tym, że Woody Allen jest wielkim znawcą i miłośnikiem jazzu, szczególnie tego
z lat 30., wiedzą chyba wszyscy. Wystarczy zaś przypomnieć choćby "Zeliga",
a jasne też będzie upodobanie reżysera do wszelkiego rodzaju mistyfikacji i fałszywych
dokumentów. Domyślamy się już zatem, że w przypadku "Sweet and Lowdown"
mamy do czynienia z fałszywą biografią fikcyjnego bohatera. Zresztą tak naprawdę
Allen ani na chwilę nie wprowadza nikogo w błąd, bawi się tylko paradokumentalną
konwencją, rekonstruując wydarzenia, które nigdy nie zaistniały. Chociaż może
nie tak zupełnie do końca; budując bowiem postać Raya, opierał się na losach kilku
jazzmanów, działających naprawdę w latach 30. w Nowym Jorku. Emmett Ray to jeden
z najbarwniejszych, najbardziej soczystych, najzabawniejszych charakterów, jakie
udało się stworzyć Allenowi w ostatnich latach. Świadomy swego talentu wirtuoz,
grający "sweet and lowdown", przy tym zadufany w sobie egocentryk, do
tego okazjonalny alfons, piramidalny kabotyn i mitoman, kobieciarz traktujący
swoje partnerki z szorstką arogancją, proponujący im na randkach swoją ulubioną
rozrywkę: przyglądanie się przejeżdżającym pociągom i strzelanie do szczurów.
Wydaje
się, że jedynym jego słabym punktem, jedynym kompleksem a wręcz obsesją jest ten
drugi, ten "Cygan" z Paryża, Django Reinhardt, z którym konfrontacji
boi się jak ognia. A przecież ten w gruncie rzeczy wstrętny i odrażający typ,
nie potrafiący utrzymać związków z kobietami, które nie wiedzieć czemu naprawdę
go kochają i są mu oddane, nie budzi w nas negatywnych uczuć. Poza rozbawieniem,
wzbudza sympatię, czasami wręcz czułość, a w końcowych sekwencjach, kiedy odsłania
wreszcie swoje cierpiące, przegrane oblicze, po prostu współczucie. Nie przesadzę,
jeśli powiem, że jest to w największym stopniu zasługa Seana Penna, który stworzył
porywającą, brawurową kreację, jedną z najlepszych w swojej karierze, a nominacja
do Oscara była w tym przypadku całkowitym pewnikiem.
Podobnie jak dla
jego partnerki, brytyjskiej aktorki Samanthy Morton, wcielającej się w postać
pełnej ciepła i słodyczy, trochę niezdarnej i trochę bezradnej, niemej Hattie,
wielbiącej bezkrytycznie Emmetta, znoszącej wszystkie jego kaprysy, ale odnajdującej
w końcu własne miejsce i niezależność. Uma Thurman w roli żony Emmetta, Blanche,
wypada na tym tle dużo mniej przekonująco. Ciekawe czy te dwie aktorskie nominacje
pomogą nowemu filmowi Allena znaleźć dystrybutora w Stanach, bo już od pewnego
czasu wiadomo, że jego twórczość napotyka za Oceanem na jakieś trudne do zrozumienia
opory. A przecież cóż bardziej atrakcyjnego od komedii muzycznej, szczególnie
w dobie, kiedy wszelkiego rodzaju filmy muzyczne przeżywają prawdziwy renesans.
My, Europejczycy, darzymy jednak Allena miłością wierną i, mam nadzieję, dozgonną.
Film już w lutym miał premierę w Paryżu, wkrótce przyjdzie kolej na Londyn,
Rzym i, oczywiście, Warszawę. I choć już słyszę te głosy, jak przy okazji "Przejrzeć
Harry'ego" - że to znowu "mniejszy" Allen, to mnie nawet ten najmniejszy
sprawia zawsze niezmienną radość i satysfakcję. I każe czekać z niecierpliwością
na następną porcję inteligentnej, wyrafinowanej rozrywki.

MUZYKA
Z FILMU:
Wykonawcy: 
gitara
Howard Alden
kontrabas
Kelly Friesen
puzon
Joel Helleny
fortepian
Dick Hyman
klarnet
Ken Peplowski
gitara
Bucky Pizzarelli
perkusja
Teddy Sommer
trąbka
Byron Stripling
śpiew
Carol Woods
Spis
utworów 1. I'll See You In My Dreams - Dick Hyman Group/Howard Alden
2. Caravan - Bunny Berigan & His Orchestra
3. Sweet Georgia Brown
- Dick Hyman Group/Howard Alden
4. Unfaithful Woman - Dick Hyman Group/Howard
Alden
5. Viper Mad - Sidney Bechet And Noble Sissle's Swingsters
6.
Wrap Your Troubles In Dreams (And Dream Your Troubles Away) - Dick Hyman Group/Howard
Alden
7. Old-Fashioned Love - Dick Hyman Group/Howard Alden
8. Limehouse
Blues/Mystery Pacific - Dick Hyman Group/Howard Alden
9. Just A Gigolo -
Dick Hyman Group/Howard Alden
10. 3:00 A.M. Blues - Dick Hyman Group/Howard
Alden
11. All Of Me/The Peanut Vendor - Dick Hyman Group/Howard Alden
12. It Don't Mean A Thing (If It Ain't Got That Swing) - Dick Hyman Group/Howard
Alden
13. Shine - Dick Hyman Group/Howard Alden
14. I'm Forever Blowing
Bubbles - Dick Hyman Group/Howard Alden
15. There'll Be Some Changes Made
- Dick Hyman Group/Howard Alden