Rafał B. Niemojewski
Rafał B. Niemojewski : Dla fanów z Europy jest pan modelowym nowojorczykiem
- egocentrykiem z nieuleczalną nerwicą i ciętym humorem. Zgadza
się pan z tym?
Woody Allen: Jak najbardziej czuję się modelowym nowojorczykiem.
Ale uważam się również za wzorowego Amerykanina. Na amerykańskiej
prowincji można znaleźć ludzi, którzy uważają, że nowojorczycy są
egoistycznymi, wyrodnymi Amerykanami, ale nikt nie kwestionuje tego,
że są Amerykanami. Z kulturowego punktu widzenia Nowemu Jorkowi
zapewne bliżej jest do Europy niż do Kansas. Ale nie jesteśmy w
Europie. Nie mamy tutaj ruchów separatystycznych i w najbliższym
czasie nie planujemy odłączenia się od reszty Stanów i stworzenia
księstwa Nowy Jork. Choć z drugiej strony, z fiskalnego punktu widzenia,
byłoby to zapewne bardzo interesujące.
Czy w Nowym Jorku czuje się pan wystarczająco bezpiecznie, aby
tam mieszkać, pracować i wymyślać dowcipy?
- Każdy, kto decyduje się żyć w tym mieście, ryzykuje. Od zawsze
było wiadomo, że Nowy Jork jest łatwym celem i nie pozostanie odporny
na ataki terrorystyczne. Byłem świadkiem tragedii z 11 września
i nawet przez myśl mi nie przeszło, aby opuścić miasto. Proszę mi
wierzyć - wręcz przeciwnie. Podobnie jak większość nowojorczyków
czuję się teraz jak nigdy dotąd przywiązany do tego miejsca. Trudno
mi wyobrazić sobie życie gdzieś indziej. Nie sądzę, żebym był w
stanie przeżyć więcej niż 48 godzin poza granicami Manhattanu.
Z wyjątkiem Wszyscy mówią: kocham cię, w którym pojawiło się
kilka scen nakręconych w Paryżu i w Wenecji, wszystkie pana "miejskie"
filmy realizowane były wyłącznie w Nowym Jorku. Nakręci pan kiedyś
film za granicą?
- Nie. To by było zbyt ryzykowne dla mojego zdrowia. Mam całą
masę specyficznych nawyków żywnościowych, które mogą być zaspokojone
jedynie w mojej dzielnicy. Przed każdą podróżą zagraniczną przechodzę
intensywne kursy survivalu.
W pańskich filmach oglądamy zwykle tylko jedną dzielnicę - elegancką
Upper East Side...
- To, co oglądają państwo na ekranie, to moja wizja Nowego Jorku,
która z pewnością jest wyidealizowana. Zakątki, atmosfera i postacie,
które pokazuję, są starannie wyselekcjonowane. Wszystkie te elementy
rzeczywiście istnieją w Nowym Jorku, ale jest tam także wiele rzeczy,
które nie są takie idealne. To widać, kiedy porównamy Nowy Jork
z moich filmów z Nowym Jorkiem widzianym okiem Martina Scorsese
albo Spike'a Lee. Każdy reżyser ma przywilej bycia wybiórczym. Tak
jak fotograf w swoim kadrze zawiera tylko te elementy, które mu
pasują, a resztę pozostawia poza zasięgiem obiektywu.
Meryl Streep powiedziała kiedyś, że trywializuje pan swój talent,
opowiadając historyjki o nowojorskiej śmietance towarzyskiej...
- Gdybym miał dobrą historię o farmerach, bez wahania bym ją
zrealizował. Niestety, nowojorska śmietanka kompletnie zawładnęła
moim umysłem. Weźmy na przykład Wszyscy mówią: kocham cię. Mógłbym
z tego filmu zrobić opowieść o przeciętnej rodzinie z przedmieść,
ale uznałem, że film będzie o wiele zabawniejszy, jeśli przedstawię
w nim rodzinę bogaczy. Dlatego, że będą mogli udać się w podróż
po Europie, spędzić weekend w Wenecji, a potem pojechać na zakupy
do Paryża. Dlatego, że będzie ich stać na apartament przy 5 Alei,
jadanie w najlepszych restauracjach, ekstrawaganckie prezenty i
wielokrotne rozwody. Uznałem, że będzie to bardzo zabawne.
Czy tak wygląda również pana dzień powszedni?
- Niezupełnie. Wywodzę się z niezamożnej rodziny z Brooklynu...
Ale mieszka pan właśnie przy 5 Alei...
- Owszem, ale w rzeczywistości nadal identyfikuję się z klasą
średnią. W przeciwieństwie do moich sąsiadów, każdego ranka wstaję
do pracy. Czasami całe dnie spędzam nad maszyną do pisania. W wolnym
czasie uwielbiam oglądać kosza w telewizji, tak jak przykładny przedstawiciel
amerykańskiej klasy średniej. Mam jednak wielką słabość do uprzywilejowanego,
arystokratycznego stylu życia. Uwielbiam sceny rodzajowe z życia
bogatego nowojorskiego mieszczaństwa. Na przykład, kiedy rodzice
debatują nad tym, do której z elitarnych prywatnych szkół posłać
pociechy. Dawniej, kiedy rankiem odprowadzałem swoje dzieci do szkoły,
a była to mała, ekskluzywna szkoła w bogatej dzielnicy, często widywałem
takich rodziców. Były wśród nich matki, które swoje rodzicielskie
obowiązki wypełniały w przerwie porannego treningu. Przychodziły
ubrane w dresy i adidasy, a na to miały nałożone futro z norek i
kaszmirowy szalik, na ramieniu zaś elegancką skórzaną torebkę. To
właśnie podobało mi się w nich najbardziej: elegancja i luksus bez
względu na okoliczności.
Ostatnio w swoich filmach coraz częściej powraca pan do Nowego
Jorku lat 20. i 30. Dlaczego?
- Głównie ze względów estetycznych. Lata 20., 30., a także i
40. były niezwykle bogate wizualnie. Wystarczy tylko spojrzeć na
ubiory z tamtego okresu - olbrzymie futra i finezyjne kapelusze,
wyrafinowane meble i fantastyczne automobile, takie jak Bugatti...
wszystko to przyciągało wzrok. Była to również epoka rozkwitu życia
artystycznego - teatru, kabaretu i jazzu. Epoka Duke'a Ellingtona
i Earla Hinesa. Złoty wiek Nowego Jorku. Lubię stylizować swoje
filmy, ponieważ gdy kręci się je w dzisiejszych realiach, trudno
uczynić je estetycznymi.
Uważa pan, że dzisiejszy Nowy Jork jest brzydki?
- Nie jest brzydki, ale znacznie mniej interesujący. Proszę
tylko spojrzeć na ten pokój hotelowy. Jest schludny, poprawnie zaprojektowany,
ale brak mu charakteru. Gdybyśmy tak przerobili go na lata 20.,
od razu nabrałby uroku. Proszę spojrzeć na ulice współczesnego Nowego
Jorku - ludzie biegający z komórkami, fast foody, telewizory w każdym
oknie, korki, nie wspominając już o tym, jakie ohydne samochody
się dziś produkuje. To naprawdę przygnębiający widok.
Czy dlatego właśnie nowojorczycy słyną z depresji i częstych
wizyt u psychoanalityka?
- Nie sądzę, żeby to miało jakiś związek. Większość nowojorczyków
praktykuje psychoanalizę dla sportu.
A jak postępy w pana osobistej terapii?
- Moja terapia to robienie filmów. To tak jak z pacjentami zakładów
dla psychicznie chorych: lekarze zachęcają ich do drobnych zajęć
manualnych, żeby zająć im ręce, którymi mogliby zrobić coś nikczemnego.
Podobnie jest w moim przypadku. "Majsterkowanie" przy
filmie jest jedyną rzeczą, dzięki której utrzymuję równowagę psychiczną.
Praca jest czymś bardzo zdrowym i pożytecznym. Gdybym nie miał nic
do roboty, zostałbym zapewne przestępcą. Oczywiście, sławnym przestępcą.
Zważywszy na to, że co roku przygotowuje pan nowy film, wymiar
sprawiedliwości nie ma się jeszcze o co martwić. Jaki jest sekret
tej niezwykłej artystycznej potencji?
- Może sprawiam wrażenie wiecznie zapracowanego, ale wcale tak
nie jest. Wypracowałem sobie cykl roczny, który rozpoczyna się wczesnym
latem. Pisanie scenariusza zajmuje mi zwykle od sześciu do ośmiu
tygodni. W momencie, w którym kończę scenariusz, wszystko jest już
gotowe do produkcji. Większość reżyserów dopiero wtedy zaczyna mozolny
proces pozyskiwania funduszy, który czasem ciągnie się nie tylko
miesiącami, ale i latami. Ja fundusze przygotowane mam jeszcze przed
rozpoczęciem pisania. Poza tym moje filmy kosztują bardzo niewiele.
Jak to możliwe? Przecież zawsze zatrudnia pan najbardziej rozchwytywane
gwiazdy?
- Wszyscy aktorzy, którzy dla mnie pracują, zarabiają dokładnie
tyle samo, bez względu na to, jak bardzo są sławni. Wysokość ich
pensji równa jest aktualnej minimalnej stawce ustalonej przez związek
aktorów, co dla większości z nich oznacza absurdalnie niską gażę.
To jest jedna z moich żelaznych zasad. Dzięki temu gwiazdy mają
okazję zastanowić się nad priorytetami.
Przy tych wszystkich oszczędnościach znany jest pan z notorycznego
powtarzania gotowych ujęć, a nawet całych scen.
- Mój styl pracy na planie przypomina pisarstwo. Wiadomo, że
żaden pisarz nie zanosi do wydawcy tekstu świeżo wyciągniętego z
maszyny do pisania. Najpierw trzeba go przeczytać i poprawić, a
czasem nawet zmienić cały rozdział. Kłopot w tym, że w przypadku
filmu każda taka poprawka kosztuje fortunę. Mimo to zawsze odkładam
z budżetu trochę pieniędzy na powtórne ujęcia.
Napisał pan scenariusze do wszystkich swoich filmów. Myślał pan
kiedyś o adaptacji tekstu innego autora?
- Raczej nie. A to dlatego, że pisanie scenariusza jest moim
ulubionym etapem pracy nad filmem. Czuję się bardziej pisarzem niż
reżyserem. Jedyny interes, jaki mam w robieniu filmów, to możliwość
przełożenia moich słów na obraz.
Jak dziś, po 35 latach kariery, postrzega pan swoje pierwsze
filmy?
- Po pierwsze, to wcale ich nie oglądam. Czasem podchodzą do
mnie na ulicy ludzie i recytują zdanie z filmu, który zrobiłem 30
lat temu, a ja wychodzę na idiotę, bo nie rozumiem, o co im chodzi.
Nie oglądam swoich starych filmów, żeby nie spalić się ze wstydu.
I nie trzeba nawet sięgać 30 lat wstecz. Wystarczy spojrzeć na moje
ostatnie dokonania. Za każdym razem, kiedy przychodzi mi do głowy
pomysł na film, jestem przekonany, że jest genialny i że wyjdzie
z tego prawdziwe arcydzieło. Dopiero gdy kończę zdjęcia, zdaję sobie
sprawę z tego, że owszem, stworzyłem prawdziwe arcydzieło - arcydzieło
miernoty. Myślę sobie: "Dlaczego się nie udało? Miałem taki
genialny pomysł. Woody, spójrz na ten film... jest beznadziejny".
Aby uniknąć myśli samobójczych, staram się jak najszybciej pozbyć
gotowego filmu. Oddaję go w ręce publiczności z nadzieją, że jej
się spodoba, ponieważ nie będzie świadoma tego, jak wiele genialnych
pomysłów zrujnowałem i jak wiele błędów popełniłem. Bardzo się staram,
żeby moje filmy były doskonałe - tak jak wielkie dzieła sztuki.
Niestety, udaje mi się to bardzo rzadko i to zwykle zupełnie nieoczekiwanie.
Sztuka jest dziełem przypadku.