Marek Gładysz: Co skłoniło Pana, żeby powrócić do lat 40.? Muzyka
jazzowa z tamtej epoki, której słucha Pan na okrągło?
Woody Allen: Były dwa powody. Po pierwsze, kocham tamte czasy.
Lata 20., 30. i początek 40. - to najlepszy okres w historii Nowego
Jorku. Wtedy to miasto było kipiało życiem dzięki niezliczonym nocnym
klubom, kabaretom, teatrom; no i oczywiście wszędzie rozbrzmiewał
jazz, muzyka Cole'a Portera, George'a Gershwina, Duke'a Ellingtona,
Louisa Armstronga. Styl tamtych lat był niepowtarzalny. Ci faceci
w kapeluszach i garniturach na miarę, kobiety z niezwykłymi fryzurami
i z papierosami, na których zostawały ślady szminki... To epoka,
która niezwykle mnie inspiruje słuchowo i wizualnie. Bawi odtwarzanie
tego wszystkiego na ekranie, bo rezultat jest, moim zdaniem, zawsze
atrakcyjny dla widza.
Poza tym, "Klątwy skorpiona" nie mogłem usytuować w innym
okresie. Obecnie hipnoza jest postrzegana jako jedna z metod leczenia,
coś "medycznego" par excellence. Natomiast na początku
lat 40. hipnotyczny trans był utożsamiany z magią. Bywalcy kabaretów
się tym wprost zachwycali. Byli przekonani, że stosując hipnozę,
można zrobić z ludźmi wszystko - sprawić, że dwoje ludzi się w sobie
zakocha, że ktoś popełni zbrodnię etc. Teraz wiemy, że tak nie jest,
ale w tamtych latach hipnoza była traktowana jako rodzaj wudu.
Dlaczego punktem wyjścia intrygi jest właśnie seans hipnotyczny?
- Nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się wewnątrz człowieka.
Każdy z nas ciągle oszukuje siebie. Na przykład co dzień spotykamy
kobiety, które mówią, że są bardzo samotne i do szczęścia potrzebują
tylko dobrego męża. Inni twierdzą, że do szczęścia brakuje im urlopu,
wypadów do nocnych klubów, lepszej pracy, przeprowadzki z Teksasu
do Nowego Jorku czy do Kalifornii. Jednak kiedy zajrzymy w tych
ludzi głębiej, widzimy, że każdy z nich podświadomie pragnie zupełnie
czegoś innego. A tak naprawdę, to w ogóle nie wiadomo, czego każdy
z nas chce.
Szalenie trudno jest zrozumieć, co się dzieje w naszych sercach
i umysłach. Można oczywiście spróbować psychoanalizy i - przy odrobinie
szczęścia, po długim czasie - dowiedzieć się nieco więcej o sobie.
Znacznie bardziej spektakularne wydają się jednak momenty magicznego
olśnienia. Właśnie hipnoza jest w moim filmie sposobem na szybkie
spojrzenie w głąb ludzi. Jeden "strzał" (Allen klaszcze
z impetem w dłonie), pstryknięcie palców i dwoje głównych bohaterów
nagle zdaje sobie sprawę, że są w sobie zakochani! A nienawiść,
z którą się obnoszą wobec siebie, to tylko fasada zbudowana ze strachu
przed zawodem miłosnym, przed cierpieniem.
Pomoc hipnotyzerów, psychoanalityków czy psychiatrów przydałaby
się chyba nam wszystkim.
- Potrzebujemy pomocy, ale w zasadzie nigdy jej nie otrzymujemy!
Hipnoza ułatwia ludziom uporządkowanie życia prywatnego tylko w
filmach! Chwytamy się jednak wszystkiego. Psychoanaliza jest prawdopodobnie
jedną z niewielu rzeczy, która w tzw. prawdziwym świecie może nam
pomóc. Jednocześnie tak bardzo zmienia sposób, w jaki oglądamy samych
siebie, że powoduje to wiele rozczarowań. To z kolei jest przyczyną
kolejnych problemów.
Gdyby dał się Pan ponieść najgłębiej ukrytym instynktom, najskrytszym
pragnieniom, jakby Pan skończył?
- Najśmieszniejsze jest to, że prawdopodobnie ciągle nie wiem,
jakie są moje najskrytsze pragnienia i najgłębiej ukryte instynkty!
Być może okazałoby się, że najbardziej szczęśliwy byłbym, siedząc
cały dzień przed telewizorem i oglądając mecze z puszką piwa w ręku;
że nie potrzebuję ani tych wszystkich moich książek, ani niczego
innego w tym stylu. Nie wykluczam, że gdybym miał odwagę spojrzenia
w siebie, to przestałbym robić filmy i zająłbym się wyłącznie grą
na klarnecie. Jednak ja chyba się boję zbyt dużej wiedzy o samym
sobie. To tak jak z Edypem - jak za dużo zobaczysz, to możesz się
przerazić.
To dlatego nigdy nie poddał się Pan hipnozie?
- Nigdy, bo myślę, że po prostu zacząłbym się śmiać! Podejrzewam,
że nie byłbym w stanie wystarczająco się skoncentrować, to chyba
nie dla mnie. Ten cały rytuał związany z wprawianiem kogoś w hipnotyczny
trans jest zbyt teatralny.
To samo mówił bohater "Klątwy skorpiona", a jednak
wpadł w hipnotyczny trans.
- To prawda! Mówi się często, że ludzie, którzy najbardziej
się wzbraniają, są najłatwiejszymi klientami hipnotyzerów. Może
tak by było i w moim przypadku, ale ja po prostu nie chcę. Głównym
powodem tego, że nigdy nie poddałem się hipnozie, jest strach przed
odkryciem jakichś strasznych rzeczy o samym sobie. Na przykład,
że miałem już inne życie 200 lat temu, że zdarzyły się wtedy jakieś
okropne historie... Albo wpadłbym w hipnotyczny trans i nigdy bym
z niego nie wyszedł! I co wtedy?! (śmiech)
Rzeczywistość jest sama w sobie bardzo nieprzyjemna. Byłoby genialnie,
gdybyśmy mogli żyć w filmach. Niestety, to niemożliwe, wiec musimy
się uczyć żyć w "prawdziwym świecie", co jest bardzo,
bardzo, bardzo przykre. Trzy razy "bardzo"!
Czy radą na potrójnie przykrą naukę życia w tzw. prawdziwym świecie
mogą być trzy flirty, jak w przypadku bohatera "Klątwy skorpiona"?
- Oczywiście, szczególnie z tak pięknymi kobietami jak w tym
filmie. Tym bardziej że chodzi o panie, których zachowaniem mogłem
kierować na planie filmowym jak w lalkowym teatrze... To byłoby
trudne w prawdziwym świecie! (śmiech)
Bohaterowie Pana filmów zdają się często trochę zagubieni w relacjach
z kobietami. Proszę wybaczyć, jeżeli pytanie jest zbyt prywatne,
ale czy Pan boi się płci słabej?
- Nie! Lubię płeć słabą! Powiem więcej: wolę płeć słabą od płci
brzydkiej! I to nie tylko z powodów oczywistych dla każdego heteroseksualisty.
Jeśli spojrzy pan z dystansu na filmy, które zrobiłem, zauważy pan,
że wszystko, co dobre, dzieje się właśnie za sprawą kobiet. No,
prawie wszystko. Moje filmy stają się dużo bogatsze dzięki m.in.
takim aktorkom, jak Diane Keaton, Judy Davis, Anjelica Huston, Meryl
Streep, Jodie Foster czy Madonna. Poza tym zawsze uważałem, że -
w ogólnym rozrachunku - kobiety są mniej uciążliwe niż mężczyźni,
mniej agresywne, rozsądniejsze i - oczywiście - bardziej opiekuńcze.
Sądzę, że gdyby panie rządziły światem, to byłby on spokojniejszy,
mniej konfliktowy.
Można odnieść wrażenie, że Betty Ann Fitzgerald, którą gra Helen
Hunt, jest ikoną współczesnej, dynamicznej kobiety, umieszczoną
deus ex machina w latach 40. Samodzielna, kompetentna, wydaje w
pracy polecenia mężczyznom, ale zupełnie nie panuje nad swoim życiem
prywatnym.
- Spójrzmy na kontekst obyczajowy początku lat 40. Wtedy kobieta
na stanowisku, która podejmuje decyzje, wydaje polecenia itd., była
rzadkością. Musiała więc być szalenie kompetentna. Jednak - jak
to często się zdarza - ludzie niesamowicie kompetentni w życiu profesjonalnym
są jednocześnie bezradni w życiu prywatnym. Ktoś może być światowej
sławy chirurgiem czy genialnym artystą, a jednocześnie osobą okropną
i godną pożałowania w życiu prywatnym. I tak jest w przypadku Betty
Ann Fitzgerald. W latach 40. autorytarna kobieta na stanowisku dużo
bardziej onieśmielała mężczyzn niż dziś. Jest to więc jeszcze bardziej
wyraziste. W ostatnich latach mężczyźni np. otwarcie protestują
przeciwko seksualnemu molestowaniu przez szefowe. Pół wieku temu
nie wiedzieliby, jak reagować - to by ich przerastało. Byli bowiem
przyzwyczajeni, że kobiety zostają w domu albo zajmują się jakimiś
błahymi pracami.
Taką typową seksowna sekretareczką z tamtej epoki jest w filmie
Jill, którą gra Elizabeth Berkley. Wszyscy chcą się z nią przespać,
ale nikt nie traktuje jej poważnie. Trzecia kobieta - Laura Kensington
- jest również stereotypową postacią kina tamtych lat - rozpieszczona,
piękna panienka z bogatej rodziny, która się nudzi i szuka mocnych
wrażeń. Zawsze wpada w tarapaty, z których wyciągają ją nadziani
rodzice.
Notabene niełatwe było znalezienie do tej roli takiej aktorki jak
Charlize Theron, bo wprawdzie w Hollywood i Nowym Jorku pełno jest
atrakcyjnych kobiet, ale większość z nich nie ma poczucia humoru.
Charlize staje się teraz gwiazdą w Stanach - wszyscy proponują jej
role, bo szalenie trudno znaleźć piękną kobietę, która jest jednocześnie
świetną aktorka z dużym poczuciem humoru.
Kryteria, którymi kieruje się Pan przy wyborze aktorek, stosuje
Pan również wobec kobiet w życiu?
- Jeżeli kobieta nie jest inteligentna, to można się powiesić
z rozpaczy. Choćby była nie wiem jak piękna, jeżeli ma pusto pod
kopułą, to już po drugim rendez-vous mężczyzna zaczyna pałać do
niej nienawiścią. Laura to wariatka. Po jednym weekendzie spędzonym
z taką kobietą natychmiast bym się pewnie zamknął przed nią na klucz
w pokoju. Bohater filmu zakochuje się w Helen Hunt, bo ma o czym
z nią rozmawiać.
Gdy kobieta jest zabawna, stanowi to miły plus, choć oczywiście
nie jest to najważniejsze. Nie musi być też piękna - ale zdecydowanie
powinna być seksowna. Jest to oczywiście subiektywne. Widziałem
już wiele pięknych pań, które na mnie nie działały, nie miałem ochoty
pójść z nimi do łóżka. Na przykład niektóre topmodelki - smukłe,
zgrabne, ale lodowate. Nie miały tego "czegoś", co sprawia,
że człowiek zaczyna szybciej oddychać. Z drugiej strony kobiety,
które nie są uważane za nadzwyczaj piękne, mają właśnie często to
"coś" - są błyskotliwe, zabawne i pełne innych zalet,
które sprawiają, że nagle... (Allen pstryka palcami) paff! - dzwon
zaczyna głośniej bić w klatce piersiowej. No i właśnie wtedy mężczyzna
zaczyna na ogół robić z siebie wariata!
Granie we własnych filmach sprawia Panu przyjemność?
- Tak, ale chciałbym, żeby grali też w nich inni znani aktorzy.
Problem polega na tym, że ci, których chcę, zawsze są zajęci. Myślę
o Tomie Cruisie, Tomie Hanksie czy Dustinie Hoffmanie. To świetni
aktorzy, którzy bez problemu odnajdują się w rolach romantycznych,
a jednocześnie mają zmysł komiczny. Trudno im jednak złożyć jakąkolwiek
propozycję, bo trzeba byłoby się za to wziąć z ponad pięcioletnim
wyprzedzeniem. Trochę łatwiej jest z aktorkami, bo kobiet, które
są w stanie zagrać w moich filmach, jest więcej niż mężczyzn. Poza
tym kobiety rzadziej stawiają pieniądze na pierwszym miejscu. Sławni
aktorzy często zapewniają, że uwielbiają moje filmy, bardzo mnie
cenią jako reżysera, ale nie mogą zejść poniżej 10 mln dol. za rolę.
Tłumaczą, że byłoby to niedobre dla ich image'u. Dla mnie 10 mln
to budżet całego filmu! Ludzie myślą, że kręcenie w prawdziwych
mieszkaniach, budynkach, a nie w studiu to wybór artystyczny. Ująłbym
to w inny sposób - przede wszystkim to jest znacznie tańsze! (śmiech).
Nigdy nie mam dużego budżetu, ale za to mam naprawdę świetnego scenografa
- Santo Loquasto. Zawsze powtarzam mu, że mamy za mało pieniędzy,
żeby np. odtworzyć świat lat 20. czy 40. w studiu, i proszę, żeby
coś znalazł. I wtedy on zaczyna szukać ulic, budynków, pomieszczeń.
Oczywiście czasami trzeba podwiesić dodatkowe reflektory i inne
drobne rzeczy, ale jest tego niewiele. Robimy tak od dawna i zawsze
nam się jakoś udaje - dzięki niemu!
Czy wrześniowy zamach terrorystyczny w Stanach Zjednoczonych
zmienił coś w Pańskim sposobie widzenia świata?
- Absolutnie nic. Sądzę, że to, co się wydarzyło, nie będzie
miało wpływu na pracę żadnych twórców, którzy - jak ja - chcą poważnie
podchodzić do tego, co robią. Natomiast w kinie komercyjnym będzie
to wyglądało prawdopodobnie nieco inaczej. Hollywoodzkie koncerny
zaczną się bać, że filmy o terrorystach, o wybuchających bombach
etc. nie będą już się tak dobrze sprzedawały; że tego typu historie
przestaną być dochodowe. I pewnie przestaną je robić. To chyba jedyna
dobra rzecz w tym wszystkim - przestaniemy być zalewani beznadziejnymi
filmami o "porywaniu bomby atomowej" czy o czymś takim.
Natomiast prawdziwi artyści, tacy jak Martin Scorsese, Francis Coppola
czy David Mamet - cokolwiek by o nich powiedzieć - będą pisali i
kręcili tak, jak robili to dotąd.