| Pięć
minut z Woody Allenem. |
Roman Lewandowski
Docieranie do gwiazd filmowych i zadanie im kilku pytań
przypomina coraz częściej kontakty z głowami państw. Woody Allen
był w Paryżu przez dwa dni i z zegarkiem w ręku oraz według precyzyjnego
rozkładu przyjmował w miejscowym hotelu Le Bristol dziennikarzy.
Wszystko z okazji premiery filmu "Klątwa Skorpiona".
Korespondencja z Paryża
Na Woody'ego Allena można ciągle liczyć. Kokietując w filmie
wpływową sekretarkę biurową (nagrodzoną Oscarem Helen Hunt), mówi
do niej: "Pani mąż, nie wiem, może się powiesił, ale skoro
była pani jego żoną, wcale się temu nie dziwię". Zaś blondynce,
nienasyconej nimfetce (gra ją pochodząca z RPA Charlize Theron),
kiedy ta mówi do niego: "Lubię raczej mężczyzn dobrze zbudowanych,
młodych i atletów" - odparowuje: "Świetnie, jak do mnie
jutro wpadniesz, zrobię najpierw kilka pompek".
Fabuła filmu została osadzona w latach 40. Na atmosferę Nowego Jorku
miały wówczas niemały wpływ rozmaite niebieskie ptaki (coś jak nasz
Kwinto z filmów Machulskiego), wywodzące się nierzadko z Europy
Wschodniej. Woody Allen jako agent ubezpieczeniowy C.W. Barret wpada
w łapy takiego właśnie nowojorskiego Wschodnioeuropejczyka (który
mówi bez obcego akcentu, albowiem jest... z Brooklynu) i stąd całe
jego perypetie. Wschodnioeuropejczyk z Brooklynu jest hipnotyzerem
i dzięki temu rządzi częściowo jego wolą i postępkami, a Woody Allen
nie jest zwykłym agentem ubezpieczeniowym, ale agentem detektywem
zajmującym się odzyskiwaniem skradzionych precjozów.
Po pokazie odbyła się konferencja prasowa, której głównym tematem
stało się jednak nie kino, lecz wydarzenia 11 września w Nowym Jorku.
Woody Allen wracał do spraw kina mówiąc m.in., że "może w końcu
uda się pozbyć tych wszystkich debilnych i brutalnych filmów, pełnych
efektów specjalnych", o porwaniach samolotów i pożarach wieżowców,
dodając, że "byłaby to jedyna dobra strona tej tragedii".
Następnie był maraton wywiadów indywidualnych, które - wobec mrowia
zaproszonych dziennikarzy - okazały się i tak grupowe. Udało nam
się zadać kilka pytań.
Dlaczego umieścił pan akcję akurat w latach 40.?
-Ten film miał się dziać w latach 40., ponieważ hipnoza w dzisiejszych
czasach jest pojęciem bardzo wystudiowanym. Bardzo klinicznym, nieromantycznym,
a w latach 40. była czymś bardzo zagadkowym, magicznym. Ludzie byli
nią uwiedzeni. Oczywiście, akcja mogłaby toczyć się także w latach
30. - ale nie wcześniej. Również nie później, bo odkąd zaczęliśmy
poznawać mechanizmy rządzące hipnozą, magia się ulotniła.
Czy sugeruje pan, że kobietę można oczarować i utrzymać przy
sobie dzięki hipnozie?
-Dzisiaj rozumiemy, że zachowanie przy sobie kobiety dzięki
hipnozie jest niemożliwe. Lecz w latach 40. jeszcze w to wierzono.
Dziś jesteśmy zbyt skomplikowani, aby w to uwierzyć. Nie wiemy,
kim jesteśmy w środku. Tego nikt nie wie o sobie do końca. Tylko
przypadek, jakiś niezwykły splot okoliczności pozwala nam zrozumieć,
kim jesteśmy wewnątrz.
Czy robiąc filmy zaznawał pan owego stanu ducha, że wiedział
pan, kim jest naprawdę?
-Może tylko troszeczkę, ale generalnie ciągle siebie oszukujemy.
Tu jest problem.
W jakim punkcie pana artystycznej drogi umieściłby pan swój film,
np. w porównaniu z "Zeligiem"?
-Nie widzę specjalnej możliwości porównania tych filmów. "Zelig"
był rodzajem filmu dokumentalnego o - powiedzmy - pewnej postaci,
a drugi jest romantyczną komedią.
Wyobraźmy sobie - trochę po allenowsku - że gdzieś w Chinach
jest pana odpowiednik, który ma wszystkie pana przymioty, oprócz
jednego - nie ma możliwości robienia filmów i komunikowania się
za ich pośrednictwem z całym światem. Co miałby pan do powiedzenia
takiemu człowiekowi?
-To był jeden z tematów mojego filmu, który zrobiłem wiele
lat temu "Wnętrza". Że artysta ma filozoficzne uczucia,
wizje artystyczne, a nie jest w stanie ich przekazać dalej. I jest
w bardzo trudnej i bardzo smutnej sytuacji. I naprawdę takiej osobie
nie mam nic do przekazania ani do powiedzenia, żadnego posłania.
Taka osoba musi sama znaleźć sposób, aby się z tym zmierzyć. Nie
mówię tu o sytuacji, kiedy nie można tworzyć z powodów politycznych
czy braku środków. Myślę o człowieku, który ma pomysły, ale nie
ma talentu do robienia filmów.
Ale nam chodzi właśnie o Chińczyka, który ma talent, ale nie
ma pieniędzy...
-Jeżeli ma talent - wtedy powiedziałbym mu to samo, co sobie
wiele razy powtarzałem. Jeśli z jakichś powodów skończą się pieniądze
na filmy, jeśli przestaną je przyznawać, to trzeba spokojnie siąść
w domu i zacząć wszystkie swoje pomysły filozoficzne, literackie,
wyrażać inaczej. Więc gdyby skończyły mi się pieniądze na filmy,
tobym pisał sztuki teatralne albo książki. I starałbym się dalej
wyrażać siebie samego. To bardzo ważne. Dzięki temu czujesz się
lepiej. A jeśli jesteś dostatecznie dobry, drogi kolego z Chin czy
z Polski, to pewnego dnia będziesz publikowany. I będziesz się komunikował
z innymi ludźmi.
|
|