| Woody Allen
- Chciałbym być poważny. |
Rozmawia Elżbieta Ciapara
Głównym bohaterem "Końca z Hollywood" jest Val Waxman,
reżyser, który traci wzrok, a musi nakręcić film...
Woody Allen: I nie ma bladego pojęcia, że nakręcił arcydzieło. Niewidomy
twórca to swoista metafora. Sztuka nie jest dziełem oczu, ale umysłu.
Nie ma jednak nic wspólnego z kontrolą, manipulacją, wyrachowaniem.
Rodzi się w podświadomości.
Ale producentom nie podoba się film Waxmana, podobnie jak amerykańskim
krytykom. Tylko Francuzi się nim zachwycają.
-Odwołałem się do moich doświadczeń. Francuzi pierwsi się na mnie
poznali. Podobały im się już moje wczesne filmy, "Bierz forsę
i w nogi", "Bananowy czubek". Tak więc także w moim
przypadku potwierdził się mit, rozpowszechniony wśród Amerykanów
- Francuzi pierwsi doceniają to, co u Amerykanów dobre. To oni odkryli
Williama Faulknera, Edgara Allana Poe i wygląda na to, że także
mnie. He, he, he.
Skąd wziął się pomysł, żeby nakręcić film o niewidomym reżyserze?
-Najpierw myślałem o niewidomym chirurgu, który musi przeprowadzić
operację - z pewnością miałby z tym poważny problem. Ale potem przyszło
mi do głowy, że powinien to być raczej reżyser filmowy, bo kręcenie
filmu trwa miesiącami i przez cały ten czas trzeba udawać, że ma
się określoną wizję, a każdego dnia trzeba podejmować milion decyzji,
które wymagają tego, by widzieć, o czym się mówi.
Zawsze zaczyna Pan pracę nad scenariuszem od wymyślenia bohatera?
-Różnie z tym bywa. Czasami mam pomysł na postać, która wydaje mi
się szczególnie śmieszna, i dopiero potem muszę wymyślać odpowiednią
dla niej historię. Czasami jednak zaczynam od pomysłu na jedną zabawną
sytuację i zastanawiam się, jak ją wykorzystać.
Czy to prawda, że nie daje Pan swoim aktorom całego scenariusza
do czytania?
-Owszem. Przy kręceniu "Końca z Hollywood" jedynie
Treat Williams dostał cały scenariusz. Reszta obsady znała tylko
swoje sceny. Nigdy nie daję aktorom pełnego scenariusza, bo po pierwsze
oni wcale go nie chcą. Nie są zainteresowani kilkudziesięcioma scenami,
w których ich bohater w ogóle się nie pojawia. Szkoda im czasu na
taką bezcelową lekturę. Nie udostępniam całego scenariusza także
dlatego, bo nie chcę przedwcześnie zdradzać swoich pomysłów. A poza
tym lubię, kiedy aktorzy nie wiedzą zbyt wiele o całej intrydze.
Są wtedy bardziej spontaniczni. Kiedy znają wszystkie niespodzianki,
grają w sposób mechaniczny. A tak są bardziej otwarci, chętniej
eksperymentują. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś powiedział
mi: "Nie zagram w twoim filmie, dopóki nie przeczytam całego
scenariusza". Jeżeli spodoba im się rola, nie dbają o resztę
scenariusza.
"Koniec z Hollywood" otwierał tegoroczny festiwal w
Cannes. Przyjechał Pan na uroczysty pokaz, chociaż nie przepada
Pan za takimi imprezami.
-To był kompletny odlot. Wyprawa do nierealnego świata. Dla
kogoś takiego, jak ja - przedstawiciela klasy średniej, który nie
lubi ruszać się z domu - pobyt tam kojarzył się z wizytą w domu
wariatów. Nie zdążyłem wysiąść z samolotu, a już otoczyła mnie chmara
fotoreporterów. Potem konferencja prasowa, próba przed wieczorną
galą, znowu spotkanie z dziennikarzami, a wieczorem skok w smoking,
marsz po schodach z czerwonym dywanem. Na widowni wszyscy wstają
na mój widok z miejsc i klaszczą. Coś takiego może być przyjemne
przez pięć-dziesięć sekund. Ale potem to już horror - sterczysz
na środku sali, a wszyscy klaszczą. Czułem się potwornie głupio.
Nie wiem, jak ktoś może coś takiego lubić... Traktuję to jako zło
konieczne. Powiedziano mi, że to pomoże w promocji mojego filmu.
Ale trudno mi w to uwierzyć, bo takie szopki nigdy nie pomogły żadnemu
z moich filmów. Oczywiście z pewnością także nie zaszkodziły, ale
było to marnowanie pieniędzy. Wziąłem udział w promocji filmu w
USA. Udzieliłem iluś tam wywiadów prasowych i telewizyjnych - i
co? Film wszedł na ekrany, spodobał się krytykom, ale do kin przyszło
dokładnie tyle samo widzów, co na mój poprzedni film, którego nie
promowałem.
Deklaruje się Pan jako wielbiciel twórczości Ingmara Bergmana.
W niektórych Pana filmach czuć fascynację jego kinem.
-Uważam Bergmana za najwybitniejszego twórcę w historii kina.
Chciałbym robić poważne filmy, takie jak jego, a nie komedie. Wolę
je także jako widz. Proszę mnie źle nie zrozumieć. To nie znaczy,
że nie lubię komedii w ogóle czy że nie cenię Charliego Chaplina,
Bustera Keatona czy Ernesta Lubitscha. Bardzo lubię ich filmy. Gdybym
jednak mógł wybierać, wolałbym mieć talent na miarę Bergmana, Eugenea
O'Neilla czy Czechowa - kogoś poważnego i poważnie traktowanego.
Ale przecież kręci Pan nie tylko komedie - "Hannah i jej
siostry", "Wnętrza"...
-"Wnętrza" to był dla mnie wyjątkowo trudny film.
Przeżyłem na planie istny horror. Ciężko mi się go kręciło, a potem
i tak go nikt nie chciał oglądać, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych.
Jakoś niezbyt mi to poważne kino wychodzi. Co innego z komediami.
W niektórych Pana filmach, w tym właśnie we "Wnętrzach",
czuć też inspirację rosyjską literaturą.
-Bo podobnie jak wielu Amerykanów jestem jej wielkim entuzjastą.
Wysoko cenię twórczość Dostojewskiego, Tołstoja, oczywiście Czechowa.
Moim ulubionym pisarzem jest Turgieniew. Rosjanie byli mistrzami
powieści. Zajmowali się problemami egzystencjalnymi, naprawdę ważnymi.
Ich powieści mają głębię, jakiej nie znajdzie się ani u Anglików,
ani nawet u Francuzów. Cenię powieść rosyjską z tych samych powodów,
dla których cenię kino Bergmana.
A dlaczego tak bardzo kocha Pan Nowy Jork?
-Bo to wspaniałe miasto. Oczywiście nie bez znaczenia jest fakt,
że tu dorastałem. Ale to naprawdę niezwykłe miejsce. Zwłaszcza Manhattan
- niewielka wyspa, na której można znaleźć wszystko, o czym się
zamarzy i czego tylko dusza zapragnie. Wszystko tam jest. Teatry,
moda, Wall Street, znane wydawnictwa, siedziba Narodów Zjednoczonych
(prawdziwa wieża Babel), kina, a przede wszystkim sztuka w każdej
możliwej formie, i to sztuka prawdziwa. Na obszarze dziesięciu-dwunastu
przecznic Manhattanu jest więcej dzieł sztuki niż na całym pozostałym
obszarze Ameryki. Wystarczy, że wyjdę z domu po gazetę czy na loda,
a w ciągu kilku sekund mogę znaleźć się w miejscu, w którym jest
więcej Renoira czy van Gogha niż w jakimkolwiek innym miejscu Ameryki.
Co wieczór imprezy jazzowe, spektakle baletowe. Nie sposób we wszystkim
uczestniczyć - tyle tego jest. My, nowojorczycy, już się do tego
przyzwyczailiśmy, nie uważamy tego za coś niezwykłego. Nowy Jork
to wspaniałe miasto, bardzo ekscytujące, kipiące energią.
Czy nie zmieniło się po 11 września ubiegłego roku?
-Ciągle mnie pytają, czy Nowy Jork nie utracił czegoś bezpowrotnie
po 11 września, czy bardzo się zmienił? Uważam, że wcale się nie
zmienił. Byłem w Europie trzy dni po zamachach. Ludzie wokół mnie
załamywali ręce i powtarzali: "Wasze życie już nigdy nie będzie
takie samo, Nowy Jork już nigdy nie będzie taki sam". Patrzyłem
na nich zdziwiony: "O czym wy mówicie?!". Oczywiście to,
co się stało, to straszna, niewyobrażalna tragedia, ale w Nowym
Jorku tragedie zdarzały się już wcześniej, podobnie jak wszędzie
na świecie. Na przykład w San Francisco było okropne trzęsienie
ziemi. Co roku na świecie występują powodzie, inne żywioły pustoszą
całe regiony. Ataki terrorystyczne też nie są rzadkością. Ale wszędzie
tam, kiedy mija szok, ludzie otrząsają się i żyją dalej. Już dwa
dni po 11 września życie w Nowym Jorku, z wyjątkiem fragmentu Manhattanu,
toczyło się jak dawniej. Ludzie grali w baseball, spotykali się
w kawiarniach, szli na przedstawienia teatralne i do kina. Tak samo
było po zabójstwie prezydenta Kennedy'ego. Szok trwał dzień czy
dwa, a potem wszystko wróciło do normy. I tak samo stało się po
11 września. Nowy Jork i nowojorczycy się nie zmienili. Nadal potrafimy
się śmiać. Ale tragedia 11 września wywarła wpływ na amerykańskie
kino. Na przykład we wszystkich nowo powstałych filmach zaczęto
komputerowo wykasowywać wieże World Trade Center. To najgłupsza
rzecz, o jakiej słyszałem. Nie rozumiem, jaki to może mieć sens.
Boją się, że ludzie na widok wież będą mdleć w kinie?! Przecież
to idiotyzm. Nie sądzę, żeby którykolwiek z prawdziwych, poważnych
twórców zdecydował się na coś takiego. Natomiast ci, co kręcą kinową
konfekcję i myślą tylko o zyskach, najwidoczniej boją się, że jakiekolwiek
przypomnienie 11 września może uderzyć ich po kieszeni. Stąd te
idiotyczne posunięcia.
Nie myślał Pan, żeby nakręcić jakiś film w całości poza Nowym
Jorkiem?
-Nie, bo nigdy nie zmęczy mnie kręcenie w Nowym Jorku. Poza
tym nie lubię ruszać się z domu. Może ewentualnie mógłbym nakręcić
film w Paryżu, bo Paryż pod wieloma względami przypomina Nowy Jork.
Ale po co miałbym wyjeżdżać z Nowego Jorku? Mogę tu znaleźć każdy
potrzebny mi plener. Kręciłem filmy, których akcja rozgrywała się
w Kalifornii, Chicago, w Europie, a nie ruszałem się dalej niż dziesięć,
góra dwadzieścia przecznic od mojego domu.
Nigdy nie ciągnęło Pana do Kalifornii? W końcu to symbol amerykańskiego
kina.
-Nie mógłbym mieszkać w Los Angeles. Nie odpowiada mi tamtejszy
klimat. Nie lubię, kiedy na okrągło świeci słońce. Lubię, kiedy
pory roku się zmieniają. Lubię deszczową jesień, lubię śnieg zimą,
lubię obserwować nadejście wiosny. W Nowym Jorku każda pora roku
jest inna, w Kalifornii wszystkie wyglądają tak samo. To przygnębiające.
Nie odpowiada mi także, że to miasto żyje tylko kinem i telewizją.
Nic innego ich tam nie obchodzi. W Nowym Jorku spotykam na ulicy
przedstawicieli różnych światów i profesji. W Kalifornii 99,9% napotkanych
na ulicy ludzi albo robi filmy, albo w nich gra, albo usiłuje się
do tego mikroświata dostać. Cóż za nudne towarzystwo!
Za to nudne nie są bohaterki Pana filmów. Pełno u Pana silnych
wewnętrznie kobiet, równorzędnych partnerek dla mężczyzn, a często
nad nimi dominujących.
-Bo ja lubię towarzystwo kobiet. Wolę je od towarzystwa mężczyzn.
Zawsze uważałem, że gdyby na świecie panował matriarchat, to świat
byłby spokojniejszy i lepszy. Poza tym w komediach najbardziej lubię
motyw wojny płci, konfliktu między kobietą a mężczyzną, kiedy żadna
ze stron nie ma zdecydowanej przewagi. Lubię, kiedy kobiety są równie
silne wewnętrznie i inteligentne co mężczyźni, bo tak jest i ciekawiej,
i zabawniej. Angażuję więc kobiety, które nie tylko są znakomitymi
aktorkami, ale także są trudnymi przeciwniczkami dla mężczyzn.
Ktoś niedawno zauważył, że są to także piękne kobiety.
-No cóż... Większość aktorek to piękności. Tak jak większość
aktorów jest przystojniejsza od przeciętnego faceta, którego można
spotkać na ulicy. Przynajmniej jeśli chodzi o Amerykę. Czasami mam
problemy z obsadzeniem tej czy innej męskiej roli, bo potrzebuję
kogoś zwyczajnego, przeciętnego. Trudno takiego znaleźć w Ameryce,
bo wszyscy aktorzy są sexy, świetnie zbudowani, wyjątkowi. Angażuję
więc Anglików. Tak samo jest z aktorkami. Przez to nasze kino jest
mniej realne od francuskiego czy meksykańskiego - tam można zobaczyć
ludzi, którzy wyglądają jak prawdziwi ludzie, a nie chodzące ideały.
Poza kinem ma Pan jeszcze jedną pasję - jazz. Gdyby mógł Pan
zacząć życie od nowa, jaką karierę Pan by wybrał - twórcy filmowego
czy muzyka jazzowego?
-Chciałbym być pianistą, wirtuozem fortepianu. A gdybym mógł
dostać czyjś talent, to poprosiłbym o talent Burta Powellsa. Powells
był amerykańskim muzykiem jazzowym. Prawdziwym geniuszem jazzowym.
Chciałbym mieć jego talent i moją osobowość. Dałoby to zabójczą
kombinację...