Tygodnik "Wprost", Nr 851 (21 marca 1999)
Jacek Szumlas, Paryż
Jacek Szumlas: - W swym najnowszym filmie "Celebrity"
podejmuje pan - poza głównym tematem sławy - wątek dotyczący powiązań
między tradycyjną religijnością i seksem. Kolejna prowokacja?
Woody Allen: - Związek seksu i religijności to kwestia, która zawsze
interesowała szeroką publiczność. Nigdy nie ukrywałem, że to także
mój ulubiony temat. Dlatego też sięgnąłem po niego w swych dwóch
ostatnich filmach. Niewiele jest zagadnień we współczesnym kinie,
które mnie jako reżysera w ogóle obchodzą. Podobnie jest ze stylem
filmów. Filmy akcji i kino opierające się na efektach specjalnych
zupełnie mnie nie pociąga. Uważam, że najciekawszym tematem, jaki
może podjąć reżyser, są związki między kobietami i mężczyznami oraz
takie sprawy, jak problem wiary w istnienie Boga, a także śmierć
i właśnie ludzki seksualizm.
- W pańskim filmie Kenneth Branagh zachowuje się i mówi w sposób
typowy dla pana. Czy pan narzucił mu taki styl gry?
- Przeciwnie, nie chciałem, żeby Kenneth grał Woody?ego. Zależało
mi natomiast na tym, by aktor grający tę rolę umiał pokazać nerwowe
napięcie typowe dla postaw życiowych i codziennych zachowań nowojorczyków.
To musiało wyglądać jednocześnie komicznie i neurastenicznie. Branagh
gra człowieka nerwowego i niespokojnego, ale przy tym na wskroś
sympatycznego. Takie właśnie aktorskie zadanie postawiłem przed
Kennethem Branaghiem. Wprawdzie już oglądając materiały zdjęciowe
z planu, ku własnemu zaskoczeniu stwierdziłem, że Kenneth idealnie
zrozumiał i uchwycił tę postać, ale na tym kończą się podobieństwa
między nami. Poza tym dzieli nas poważna różnica wieku. Nawet gdybym
ja zagrał tę rolę 25 lat temu, okazałbym się pewnie śmieszny, ale
nie byłbym w stanie ukazać głębszych cech tej postaci, bo nie mam
tak rozwiniętego talentu aktorskiego jak Kenneth Branagh. Tylko
ktoś o takiej skali umiejętności aktorskich jak on mógł nadać postaci
całe bogactwo i złożoność.
- Kenneth Branagh to aktor o niekwestionowanym talencie, potwierdzonym
przyznaniem Oscara.
- Potrafi bez porównania lepiej niż ja grać przed kamerą, a także
koncepcyjnie rozbudowywać powierzane mu role. Pasjonuje mnie obserwowanie
tego procesu, w którym aktor, studiując postać, jeszcze przed pierwszym
ujęciem nadaje jej głębię. Bardzo mi to imponuje.
- Czy z tych samych powodów obsadził pan Leonarda DiCaprio długo
przedtem, zanim stał się megagwiazdą?
- O zaangażowaniu Leonarda DiCaprio przesądziło wprawdzie zrządzenie
losu, ale nie był to taki zupełny przypadek, jak mogłoby się wydawać.
Uczciwość moich reżyserów od castingu zawsze się opłaca. Przyjaźnię
się z Diane Keaton, poszedłem wiec obejrzeć film z jej udziałem
zatytułowany "Pokój Marvina". Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem
tego młodego człowieka. Zadzwoniłem do Diane z gratulacjami i od
razu zapytałem, kim jest ów Leonardo DiCaprio, który wydawał mi
się młodym, ale świetnie zapowiadającym się aktorem. Wówczas Diane
zaproponowała, bym go sobie obejrzał w filmie "Co gryzie Gilberta
Grape?a", co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że DiCaprio
jest naprawdę świetny. Później, kiedy jego nazwisko zaproponowano
na casting, rozpoznałem je i od razu zatelefonowałem, oferując mu
rolę.
- A DiCaprio miał już wtedy za sobą rolę w "Titanicu".
- Ta superprodukcja weszła na ekrany dwa miesiące później i okazało
się, że w obsadzie mojego skromnego filmu figuruje supergwiazda.
- Gwiazdorstwo, chęć błyszczenia, wyróżniania się na tle przeciętniaków
- to także pański ulubiony temat.
- W Stanach Zjednoczonych w ostatnich latach pojęcia "sława"
i "gwiazdorstwo" zyskały nowy, szerszy wymiar. Sława stała
się obiektem powszechnych marzeń. Rozgłos jest stanem powszechnie
pożądanym i coraz bardziej cenionym. Prawdopodobnie to efekt działania
telewizji i niepowstrzymanego rozrastania się czasu antenowego.
To są przecież nie kończące się setki godzin, które trzeba nieustannie
zapełniać. Dochodzi do paradoksalnej sytuacji, że niemal każdy,
o kim jest choć odrobinę głośno, może mieć swój autorski program
w telewizji. Obawiam się, że niebawem zabraknie widzów, ponieważ
każdy będzie chciał zostać gwiazdą telewizyjną mniejszego lub większego
formatu. Na ekrany trafią wszyscy: prawnicy, lekarze, chirurdzy
plastyczni, kucharze, urzędnicy. Odnoszę wrażenie, że nasze stulecie
to przede wszystkim epoka powszechnego angażowania się w show-business.
Krzysztof Zanussi
Woody Allen jest pewnym fenomenem kinematografii amerykańskiej,
ponieważ jest twórcą-autorem. Cała produkcja hollywoodzka zakłada
pewien kolektywizm w powstawaniu dzieł, a Allen wyłamuje się z tej
zasady. Tworzy filmy, w których sam jest autorem scenariusza, główną
postacią, reżyserem. Ma bardzo osobisty styl, kwalifikujący go właściwie
bardziej jako Europejczyka w Ameryce. Allen jest twórcą nowojorskim,
przenikniętym duchem przyczółka Europy w Ameryce. Jest twórcą również
bardzo żydowskim w tym sensie, że reprezentuje pewną międzynarodowość
społeczności rozsianej po całym świecie i mającej głębokie korzenie
w kulturze starotestamentowej. Jego głęboka ironia, dystans do świata,
mroczny czasem humor - to wszystko jest cechą tej kultury i cały
świat jest w jakiś sposób z tą kulturą obeznany. Ironia stosowana
w filmach przez Woody?ego Allena ratuje go przed popadnięciem w
różne ideologiczne pułapki. Nawet psychoanaliza, której kiedyś ulegał
dość bezkrytycznie, została przez niego wykpiona i to kpiarstwo
jest jego wielką siłą, to go odróżnia od całej twórczości reżyserów
amerykańskich, dla których dystans i ironia są najczęściej niedostępne.
Nieprzypadkowo filmy Allena cieszą się większą popularnością w Europie
niż Stanach Zjednoczonych. Fakt, że ten twórca utrzymuje się na
rynku tak długo w dobrej kondycji reżyserskiej, już kwalifikuje
go do rzędu klasyków. Woody Allen przejdzie do historii kina jako
osobny element tej kultury. Nie wszystkie filmy Allena mnie zachwycają,
ale każdy chce się obejrzeć, ponieważ są one nieporównanie inteligentniejsze
i bardziej oryginalne niż większość produkcji hollywoodzkich.
- Jeden z bohaterów pańskiego filmu wyraża opinię, że społeczeństwo
można oceniać na podstawie tego, jakich wybiera sobie idoli. Jakie
jest pańskie zdanie na temat społeczeństwa, w którym pozycję "gwiazdy
socjometrycznej" osiągnęli Woody Allen czy Kenneth Branagh?
- Jeżeli chodzi o Kennetha Branagha i aktorów podobnych mu rangą,
to ich pozycję uważam za jak najbardziej zrozumiałą. Jeżeli natomiast
społeczeństwo do roli gwiazdy wybiera kogoś takiego jak ja, to ono
samo zdecydowanie wymaga pomocy.
- Sława - tak, ale za cenę tytanicznej pracy.
- Są ludzie, którzy właśnie z tego powodu w pełni zasłużyli na sławę
i uwielbienie, na przykład Fred Astaire czy Barbra Streisand. Ja
jednak obserwuję zjawisko odwrotne - coraz częściej rozgłos zdobywają
ludzie, których udziałem nie powinien się on stać nigdy i w żadnym
wypadku, ponieważ ich popularność to kwestia przypadku lub absurdalnej
sytuacji, w jakiej się znaleźli. W swym filmie zilustrowałem to
przykładem mężczyzny, który podczas napadu terrorystycznego wystąpił
w roli zakładnika. Gdy wraca do Stanów Zjednoczonych, zyskuje z
dnia na dzień ogromną popularność. Wkrótce też pisze książkę, zarabia
na niej duże pieniądze i w rezultacie staje się naprawdę wielką
sławą. Dla mnie to bardzo interesujące zjawisko. Intrygują mnie
ludzie, którzy starają się zyskać sławę bez szczególnego powodu
i własnych zasług, chociaż wewnętrznie buntuję się przeciwko temu
i nie umiem zaakceptować takiego stanu rzeczy. Ciągle mi się wydaje,
że jedyna normalna i możliwa do przyjęcia sytuacja to ta, w której
sławę zyskuje się w następstwie stworzenia jakiegoś dzieła - mniej
ważne w jakiej dziedzinie.
- Jak Woody Allen radzi sobie z popularnością. Czy pana opinia na
temat sławy zmieniła się od czasów, gdy był pan osobą znacznie mniej
znaną?
- Kiedy byłem bardzo młody, wyobrażałem sobie, że sława oznacza
życie nie tylko bardziej przyjemne, ale także pozbawione problemów.
Dopiero kiedy sam stałem się sławny, zdałem sobie sprawę z tego,
jak wiele problemów pojawia się w ludzkim życiu wraz ze sławą. Nie
będę oryginalny, jeżeli powiem, że sława oznacza mniej prywatności;
nie można spacerować po ulicach, nie będąc rozpoznawanym. Stajemy
się również tematem publikacji dziennikarzy, którzy piszą o nas
rzeczy nie zawsze prawdziwe i sprawiedliwe. Sława to także paparazzi,
którzy mogą cię zaskoczyć w najmniej spodziewanej sytuacji. Tyle
że na te uciążliwości należy spojrzeć trzeźwo. To są rzeczy nieprzyjemne,
ale najczęściej nie zagrażają zdrowiu albo życiu, więc przesadzają
ci, którzy twierdzą, że sława to potworność.
- Wielu aktorów, którzy całe lata poświęcają temu, by zyskać sławę,
kiedy już ją zdobędzie, narzeka, często obłudnie, że w ich życiu
zaczął się koszmar.
- Sława to również przywileje, a nawet drobne i cenne korzyści,
które czynią życie osoby sławnej znośniejszym. Po pierwsze, można
żądać wysokich, choć pozostających w dysproporcji do tego, co się
faktycznie robi, honorariów. Można też dostać stolik w każdej restauracji
i bilety do teatru. Weekendy trzeba rezerwować dla lekarzy troszczących
się o nasze zdrowie. Jeżeli nawet zostanę zatrzymany za przekroczenie
prędkości, zamiast dostać mandat, daję autograf. Nie należy więc
ze sławy czynić dramatu.
- Nie zagrał pan w swoim najnowszym filmie i nie wystąpi pan
w następnym. Niebawem natomiast będziemy mogli pana zobaczyć w filmowym
duecie z Sigourney Weaver. To pański wybór czy też nie otrzymuje
pan innych propozycji aktorskich?
- Głównych ról nie proponowano mi nigdy, chociaż bardzo chętnie
bym je przyjął. Jeżeli jakiś reżyser zaprasza mnie na plan, są to
zazwyczaj niewielkie role. Z Sigourney Weaver zagrałem w epizodzie
tylko dlatego, by wyświadczyć grzeczność reżyserowi. Proszę jednak
pamiętać, że nie jestem aktorem - jestem komikiem. Reżyserzy są
tego świadomi i pewnie z tego powodu nie proponują mi dużych ról.
Moje pojawienie się na ekranie często nie jest odbierane w kategoriach
sztuki aktorskiej. Widownia oczekuje, że powiem zabawny monolog
albo zainscenizuję skecz o charakterze kabaretowym, a to może rozsadzać
koncepcję filmu.
- Wielu ludzi zagrało w pańskich filmach samych siebie, ostatnio
na przykład słynny miliarder Donald Trump. Jemu też pisał pan rolę
czy pozwolił mówić własnymi słowami?
- Teksty, które wygłasza Donald Trump, zostały dla niego napisane
właśnie dlatego, że nie jest aktorem. Zawodowych aktorów zachęcam
na planie do improwizacji, ponieważ dodanie jakiegoś tekstu czy
gestu od siebie zazwyczaj wzbogaca napisaną wcześniej kwestię. Donaldowi
Trumpowi zależało na tym, by znaleźć się w moim filmie, kiedy więc
zapytałem, czy pozwoli mi kręcić w swoim kasynie w New Jersey, on
odpowiedział: "Oczywiście, ale za to chcę dostać rolę w pańskim
filmie". Zgodziłem się od razu, bo wiem doskonale, że Trump
i bez udziału w moim filmie jest dostatecznie sławny. Może wyburzać
ogromne budynki tylko po to, by w ich miejsce stawiać nowe.
- Pański film zaczyna się i kończy wezwaniem o pomoc. Czy ta scena
ma jakieś szczególne znaczenie? Czy umieszczając ją w swym filmie,
chciał pan w formie symbolicznej powiedzieć coś o społeczeństwie?
- Pomocy wzywa główny bohater, grany przez Kennetha Branagha, ale
jest to także wezwanie pochodzące od społeczeństwa, w którym on
żyje i które poniekąd reprezentuje. Społeczeństwo jest tak silnie
opętane pragnieniem sławy, że staje się to powszechną patologią.
Tymczasem mój bohater w przyspieszonym tempie dochodzi do wniosku,
że dążenie do sławy może się stać autodestrukcyjną obsesją. On też
pierwszy orientuje się w rozmiarach tego zagrożenia i wzywa pomocy.
- Istotną rolę w pańskich filmach odgrywa jazz. Żona Binga Crosby'ego
zwykła mówić żartem: "Mój mąż jest graczem w golfa, który okazjonalnie
śpiewa". Jak by pan zareagował, gdyby pańska żona powiedziała:
"Mój mąż jest jazzmanem, który okazjonalnie kręci filmy"?
- Nic nie mogłoby mnie bardziej ucieszyć. Jednak mój talent muzyczny
w żaden sposób nie może się równać z moimi zdolnościami reżyserskimi
czy pisarskimi. Inna sprawa, że bardzo chciałbym być w przyszłości
wspominany jako muzyk jazzowy, który czasem robił filmy.