Tygodnik "Wprost", Nr 995(23 grudnia 2001)
Rozmawia Piotr Moszyński
Piotr Moszyński: Ostatni pana film to prosta historia o uczuciach.
Czyżby pozbył się pan cynicznego stosunku do świata?
Woody Allen: Zawsze w kinie najbardziej interesowały mnie relacje
między kobietą i mężczyzną. "Klątwa skorpiona" opowiada
o tym, że ludzie okłamują siebie, nie są wobec siebie uczciwi w
kwestiach uczuć. Wszyscy myślimy, że siebie znamy, ale prawda jest
przeważnie inna. Weźmy na przykład mężczyznę żyjącego samotnie.
Mówi on sobie: "Chciałbym spotkać kobietę, z którą mógłbym
się ożenić!". Co robi? Chodzi do nocnych klubów, wyjeżdża na
wakacje. Gdy mu się jednak dobrze przyjrzeć, nie chce nikogo spotkać.
Często trudno jest dotrzeć do prawdy o sobie. Można próbować psychoanalizy,
co czasami pomaga. W "Klątwie skorpiona" użyłem łatwiejszej
sztuczki, czyli hipnozy.
Czyli film to tylko opowieść o życiu z psychologicznym podtekstem?
- Film to prosty gatunek sztuki. Jeśli mam jakiś pomysł i mam ochotę
go zrealizować, robię to. Staram się próbować wszystkich gatunków
filmowych, ale zależy mi na jednym: żeby to, co robię, podobało
się widzom. Widzowie łatwiej uchwycą przesłanie filmu, jeśli mają
do czynienia z poważną historią, bliską ich życiu. W historii kina
było jednak kilka komedii, które również prowokowały do głębokich
przemyśleń, na przykład "Światła wielkiego miasta" Chaplina.
Ten film więcej mówi o miłości niż wiele poważnych dzieł.
Skąd się bierze pana ironiczny stosunek do religii, która przecież
w życiu pana bohaterów odgrywa ogromną rolę?
- Nie jestem religijny, więc nie czuję respektu przed żadną religią.
Uważam, że wszystkie religie były fałszywe, oszukańcze i szkodliwe.
Zarówno judaizm, jak i chrześcijaństwo. To, że jestem Żydem, ułatwia
wywołanie śmiechu, gdy opowiadam niektóre żarty. Słowo "Żyd"
stało się zresztą wytrychem, bo ludzie są na tym tle przewrażliwieni.
Powiesz "żyd" i wszyscy wybuchają śmiechem. Powiesz "katolik"
i wszyscy wybuchają śmiechem. To zupełnie jak z seksem. Uważam,
że wszyscy ludzie należą do tej samej religii i wszelkie wyznania
postrzegam jak kluby zrzeszające miłośników pielgrzymek, masonów
itd. Nie rodzimy się żydami, katolikami czy muzułmanami, tylko przyłączamy
się do nich i dajemy im pieniądze, po czym uzyskujemy w ten sposób
usprawiedliwienie naszej niechęci do innych. Nagle jestem z tymi,
a nienawidzę tamtych. Nie ma to żadnego związku z religią - w jej
głębszym, indywidualnym sensie.
Czy robiąc film, narzuca pan sobie jakieś ograniczenia, ulega
presji politycznej poprawności?
- Żaden prawdziwy artysta nie wprowadzi zmian do swojego dzieła
pod wpływem zewnętrznej presji. Dzieło sztuki może opowiadać o dowolnej
sprawie, dotyczyć Holocaustu, terroryzmu, czegokolwiek. Jeśli to
jest naprawdę dzieło sztuki, poruszy ludzi. Ale jeśli patrzy się
na takie miejsca jak Hollywood, gdzie obecnie nagle przerabia się
wszystkie niewygodne filmy ze strachu o wpływy, to już nie ma sensu.
Powiedziałbym, iż jedyną dobrą rzeczą, jaka z tego wszystkiego wynika,
jest to, że nie zobaczymy wielu straszliwych horrorów klasy B.
Czy to, co się dzieje w świecie, jest dla pana tylko materiałem
na scenariusz, czy traktuje pan rzeczywistość serio?
- Nie jestem ślepy na rzeczywistość. Dostrzegam kraje rozpaczliwie
biedne, pustoszone przez AIDS. Dopóki istnieją takie miejsca, dopóty
będą niepokoje, ludzie będą skłonni do terroryzmu itp. Wiele rzeczy
musi się zmienić, na przykład Palestyńczycy i Izraelczycy nie mogą
się wiecznie zwalczać. Podobnie katolicy i protestanci w Irlandii
Północnej. Aby te problemy rozwiązać, nie wystarczy za każdym razem,
kiedy ktoś podniesie głowę, próbować ją ściąć. Lepiej rozmawiać
nawet z najgorszymi wrogami, przekonywać ich.