Tygodnik "Wprost", Nr 947 (21 stycznia 2001)
Film "Słodki drań" jest parodią biograficznych programów
dokumentalnych, często pojawiających się w różnych kanałach telewizyjnych.
Hołd dla genialnego debila.
Rozmawiają ZYGMUNT KAŁUŻYŃSKI i TOMASZ RACZEK
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, przyzwyczailiśmy się,
że na filmach Woody'ego Allena zwykle dobrze się bawimy, tymczasem
jego najnowsze dzieło, "Słodki drań", nie jest ani trochę
śmieszne.
Zygmunt Kałużyński: - Powiedziałbym, że mamy tutaj rodzaj sentymentalnie
gorzkiego humoru. Nie bez powodu. Woody Allen, wybitny przedstawiciel
ambitnej komedii, specjalizuje się w prezentowaniu kultury amerykańskiego
przemysłu widowiskowego. W kilku filmach starał się ją zrekonstruować.
Tym razem na przykładzie wymyślonego przez siebie solisty jazzowego
składa hołd osobisty artystom, którzy stworzyli ten gatunek.
TR: - Jeszcze raz potwierdza się, że każdy dostrzega w filmie
to, co jest mu najbliższe. Pan zobaczył tu hołd oddany jazzmanom,
bo jest pan wielbicielem tej muzyki. Ja, pies na telewizję, zobaczyłem
przede wszystkim parodię biograficznych programów dokumentalnych,
jakie często pojawiają się w różnych kanałach telewizyjnych: od
E! przez MTV czy VH1, po Canal Plus czy telewizję publiczną. Składają
się one zwykle z fragmentów twórczości omawianego artysty i wypowiedzi
jego znajomych, rodziny, współpracowników. To już gatunek telewizyjny:
opowieść rzeka o bohaterze. Z formalnego punktu widzenia "Słodki
drań" jest parodią tego gatunku.
ZK: - Nie po raz pierwszy Allen sięga po parodię ustalonego gatunku.
W innych filmach parodiował kryminał czy musical, ale zawsze próbował
do tego dodać swoją obsesję - fragment dorobku tradycyjnej kultury
amerykańskiej. Ma pan rację, że to pastisz spektaklu telewizyjnego,
prezentującego życiorys artysty. Ale mamy tu coś jeszcze: odtworzenie
w formie spektaklu dramatycznego.
TR: - Nazywa pan "Słodkiego drania" hołdem dla jazzmanów.
Czegoś tu nie rozumiem. Czy na pewno jest to trafne podsumowanie
epoki jazzu? Nasz bohater zaczyna karierę od sutenerstwa, chwyta
się nielegalnych zajęć, najlepszą rozrywką staje się dla niego strzelanie
na śmietnisku do szczurów. Nawet jak na jazzmana to zestaw dość
nietypowy...
ZK: - Ale taka jest prawda o początkach jazzu! To jest gatunek,
który powstał od samego dołu. Nawet słowo "jazz", którego
zresztą do tej pory nie objaśniono z naukową ścisłością, podobno
oznacza po prostu pożycie męsko-damskie, wyrażone w sposób ordynarny,
rynsztokowy.
TR: - Można też używać słowa "jazz" w znaczeniu zgiełk,
harmider.
ZK: - No, może i harmider, ale męsko-damski. Poza tym jazz zaczął
się jeszcze w czasach niewolnictwa. Później osoby, które tę muzykę
lansowały, to byli pianiści amatorzy przygrywający w domach publicznych
w Nowym Orleanie. Jazz to jedna z wielkich, ważnych muzyk, istotnych
dla XX wieku, która powstała z rynsztoka.
TR: - Dobrze, rozumiem, niemniej jednak jest tu kilka elementów,
które nie zgadzają się z moim wyobrażeniem o jazzie. Jazz wylansowali
muzycy czarnoskórzy, tymczasem nasz bohater jest biały. Na dodatek
gra na gitarze, która wydaje mi się mało typowym instrumentem dla
jazzu. Najwyższym autorytetem muzycznym dla naszego bohatera jest
zaś inny gitarzysta - Django Reinhardt, Cygan. Ktoś, kto wziąłby
na poważnie owo pańskie "oddanie hołdu korzeniom jazzu",
mógłby się więc trochę nabrać.
ZK: - Jest to kpina, ale z czułością. Nawet powiedziałbym, że z
poetycznym sentymentalizmem. Niech pan zwróci uwagę na pieczołowitość
całego filmu. Rekonstrukcja lat 30. to prawdziwy wyczyn estetyczny.
Allen nie przywiązuje nadmiernej wagi do efektownej widowiskowości,
ale tutaj oglądamy na przykład istną rewię mody z tamtych czasów.
Nasz bohater nosi niebieską marynarkę z białym goździkiem, wąsiki
i taką spiętrzoną czuprynę, jak wtedy się czesano. Panie w perkalikowych
sukienkach. Samochody z białymi oponami! Cała ta wzruszająca rekonstrukcja
jest prawie że muzealnie staranna. Ma pan rację, że nasz bohater,
Ray, jest biały. Ale wtedy byli też biali muzycy jazzowi. Na przykład
Bix Beiderbecke, wielki pionier jazzu cool, wykonywanego w sposób
bardziej powściągliwy, niż to robili Murzyni. Mówi pan jeszcze,
że gitara nie jest typowa dla jazzu. Ale na czym polega przede wszystkim
jazz? Gdyby nie on, dzisiaj byśmy nie mieli ani rocka, ani rapu,
ani disco polo. Przecież wszystkie te gatunki wyrosły z jazzu! Tyle
że jazz był bez porównania bogatszy niż te jego dzisiejsze dalsze
ciągi. Otóż polegał on na sposobie grania, który nazywano hot, tzn.
bardzo ostro, i na instrumentach kijem po łbie: saksofonie i trąbce!
TR: - No i na tarze do prania...
ZK: - Tak, ale i na gitarze! Nasz bohater to genialny gitarzysta,
który uważa, że na świecie jest tylko jeden lepszy od niego, o którym
pan już wspomniał. Wielka wartość tego filmu to także koncert wielkiej
muzyki gitarowej, w którym wykorzystano między innymi właśnie nagrania
Reinhardta.
TR: - Jest jeszcze coś - bohater tego filmu, genialny jazzman,
to istny matoł. A muzyka nie łagodzi jego obyczajów.
ZK: - To jest ciekawostka psychologiczna, panie Tomaszu: zakochany
w sobie głupi egoista, traktujący swe towarzyszki życia z pogardliwą
nonszalancją, tłumaczący im, że taki artysta jak on nie może zbyt
serio podchodzić do miłości.
TR: - Owszem, często powołuje się na potrzebę wolności, charakterystyczną
ponoć dla artysty.
ZK: - Właśnie. I nagle w tym człowieczku, który ze względu na charakter
nie zasługuje na uwagę, wybucha geniusz, wielki twórczy rozmach;
wybucha sztuka, która ma najwyższą artystyczną wartość. To jest
przedziwny wypadek, nie pierwszy w historii zresztą. Od razu przypomina
mi się malarz, Nikifor Krynicki. Był on po prostu debilem, i to
w dodatku debilem bez przejaśnień intelektualnych, tzn. głupcem
w każdej chwili, nie mającym żadnego kontaktu z ludźmi. Żył na ulicy.
Gdy dostał jakiś grosz, kupował za niego bułkę. Jednocześnie sztuka
Nikifora uważana jest za jedno z najwybitniejszych osiągnięć malarstwa
prymitywnego. Robiona jest z takim wyczuciem koloru, z takim gustem,
z taką powagą, jeśli idzie o przeżycie artystyczne, że trudno uwierzyć,
iż stworzył ją taki osobnik, będący na pół zwierzęciem, na pół geniuszem.
Coś podobnego mamy w "Słodkim draniu".
TR: - Ten film jest nietypowy także z innego powodu: Woody Allen
nie zagrał w nim głównej roli. Pojawia się tylko epizodycznie jako
jedna ze wspominających bohatera postaci, zaś tytułową rolę zagrał
Sean Penn, tworząc prawdziwą kreację.
ZK: - No i zupełnie kontrastująca z postacią rozgadanego rzekomego
mistrza gitary rola jego kochanki, całkowitej niemowy, której on
nie docenił i przez to zmarnował swoje życie. Nie mówi ani słowa,
ale Samantha Morton, która ją zagrała, dała rolę wzruszającą, będącą
prawdziwym osiągnięciem.