| Muszę zrobić
film jesienią. |
Tygodnik POLTYKA 44/2002
Rozmowa z Woodym Allenem o niezależności, melancholii i seksie.
Seks jest taką dziedziną, w której doświadczenie nie gra roli. Za
każdym razem, kiedy się zakochujemy, trzeba zaczynać naukę od początku.
50-latek i nastolatek, bogaty i biedny - wszyscy przeżywamy dokładnie
te same męki i upokorzenia. Czy warto? Albert Camus powiedział,
że dzięki kobietom możemy dowiedzieć się jeszcze tu, na ziemi, wszystkiego
o raju. Myślę podobnie.
JANUSZ WRÓBLEWSKI
J.W.:Reżyser Val Waxman - bohater komedii "Koniec z Hollywood"
(film ten wkrótce wejdzie na ekrany) - twierdzi, że przestał widzieć.
Mimo to próbuje nakręcić film. Udaje niewidomego ze strachu, ponieważ
zwątpił w siebie? Czy też jest tak wybitnym artystą, że próbuje
reżyserować pomimo swojej ślepoty?
W.A.:On traci wzrok naprawdę. Na tym polega komizm sytuacji: okazuje
się, że można zrobić film, będąc całkowicie niewidomym. To oczywiście
metafora. Każda forma artystycznej aktywności, obojętnie: reżyserowanie
czy co innego - rodzi się w sercu. Tylko pasja gwarantuje, że powstanie
wartościowa rzecz. Bohater "Końca ..." posiada ten dar.
Jest geniuszem, który - zanim jeszcze wykona swoje dzieło - widzi
je w przebłysku świadomości. Nie musi dokładnie kontrolować procesu
tworzenia, bo oczami wyobraźni zna je w najdrobniejszych szczegółach.
Niestety, Amerykanie nie poznają się na nim. Odrzucają jego dzieło,
bo oceniają je wedle hollywoodzkich standardów - liczą się efekty
specjalne i wielki budżet. Val natomiast jest prawdziwym artystą,
autorem, który zostaje odkryty dopiero w Europie.
Kto jest bardziej ślepy: amerykańska widownia lekceważąca jego antyhollywoodzki
film czy Europejczycy ze swoim kultem kina autorskiego?
-Obie interpretacje są do przyjęcia. Wiadomo, że Amerykanie nie
są wrażliwi na wartości artystyczne w takim stopniu jak np. Francuzi.
Europejczycy błyskawicznie potrafią poznać się na prawdziwej wielkości.
Często sobie z tego żartujemy, ale fakty są nieubłagane. Nie kto
inny, tylko Francuzi odkryli np. Alana Edgara Poe i Williama Faulknera
- pisarzy niedocenianych w Ameryce. Wielu jeszcze artystów, nie
wyłączając mnie, ma im sporo do zawdzięczenia. Weźmy jazz. Muzyka
wymyślona przez Amerykanów początkowo nie znalazła odzewu w naszym
kraju. Jazzmani zarabiali na życie jeżdżąc taksówkami. Dopiero jak
podbili Europę, niektórzy z nich stali się sławni w ojczyźnie. Oczywiście
Francuzi czasami się mylili. I co z tego? Wolę ich uwielbienie na
wyrost niż zimną obojętność na sztukę.
Po obejrzeniu pańskiego filmu można dojść do wniosku, że parodiuje
pan Hollywood, a nie składa hołd wybitnemu przedstawicielowi kina
niezależnego w Stanach.
-Satyra na Hollywood nie była moim celem. To efekt uboczny. Nakręciłem
komedię w chaplinowskim stylu - o artyście walczącym z przeciwnościami
losu o uznanie swojej sztuki.
Żyje pan z dala od Hollywood, nigdy nie czuł się pan jego częścią.
Nie kusiło pana, żeby ośmieszyć ten napuszony, snobistyczny świat?
-Nie. W czasach mojej młodości w kinie hollywoodzkim najbardziej
mi imponowało to, że pracowali w nim najwybitniejsi dramaturdzy,
np. Artur Miller i Tennessee Williams. Wtedy marzyłem, żeby pisać
takie sztuki jak oni. Poza ekranizacjami "Tramwaju zwanego
pożądaniem" i "Śmiercią komiwojażera" amerykańskie
kino to były westerny i filmy gangsterskie, których nie cierpiałem.
Fascynowało mnie samo zjawisko kina, przyciągającego tłumy. Oglądanie
filmów było przeżyciem porównywalnym z egzotyczną podróżą samolotem
do nieznanych krajów. Publiczność, żeby doznać wielkich emocji,
których w życiu brakowało, chodziła po kilka razy na ten sam film.
Hollywood postrzegano jako niedostępną, mityczną krainę, zamieszkaną
przez greckich bogów. Choć dziś jest zupełnie inaczej - gwiazdy
są obecne w telewizji i mediach, a Hollywood zdemokratyzowało się
- wiele osób z mojego pokolenia nadal odczuwa dreszcz emocji wspominając
tamte chwile.
W "Purpurowej róży z Kairu" pokazał pan cenę, jaką
trzeba zapłacić za ten sen.
-Tak. Zauroczenie magią kina ma swoje negatywne strony. Filozofia
życia, wartości estetyczne, styl bycia bohaterki tego filmu, a także
mój - zostały ukształtowane przez filmy z lat 40. i 50. Takim ludziom
ciężko dostosować się do twardych wymogów rzeczywistości. Uzależnienie
uczuciowe od ekranowych wizji, w które uwierzyło się za młodu, prowadzi
do podświadomego porównywania własnego życia z losami ulubionych
postaci. Szuka się partnerów podobnych do tych, w których było się
niegdyś zakochanym. Można to nazwać chorobą ruchomych obrazków.
W latach 60. próbował pan żyć w tym magicznym świecie, dlaczego
nie chciał pan w nim pozostać?
-Bo cenię niezależność. Nie lubię, jak producenci wtrącają się do
wszystkiego. Poza tym mieszkam w Nowym Jorku i nigdy nie zamierzałem
stamtąd się wynosić. Co do moich początków, uważam, że to był najgorszy
okres w mojej karierze. Pracowałem wtedy jako komik w kabarecie.
Na prośbę ludzi z branży zacząłem pisywać scenariusze. Debiutowałem
(jako aktor i scenarzysta) komedią "Co nowego, kotku?"
- koszmarną bzdurą, która choć odniosła sukces kasowy - wybiła mi
z głowy jakąkolwiek chęć dalszej współpracy z wielkimi wytwórniami.
Na ekranie nic nie przypominało zapisanych na papierze pomysłów.
Było mi wstyd za reżysera. Żeby nie psuć swoich tekstów, postanowiłem
sam je w przyszłości reżyserować. Potem zagrałem w "Casino
Royale" - kretyńskiej farsie robionej przez ludzi nie mających
pojęcia o kręceniu filmów. Na planie panował terror wprowadzony
przez jakieś mętne typki, które obchodziła tylko i wyłącznie kasa.
Zniechęcony poszedłem do małej, nieznanej firmy producenckiej, w
której złożyłem scenariusz "Bierz forsę i w nogi". Ponieważ
nie mieli nikogo z lepszym nazwiskiem od mojego, dali mi milion
dolarów i pozwolili nakręcić ten film. Od tego momentu jakoś mi
się udaje.
W podobny sposób startowali Mel Brooks i Jerry Lewis.
-Każdy z nas chciał robić komedie, a ponieważ żaden z ówczesnych
producentów nie miał wyczucia w tej materii, oferowano nam bardzo
niskie stawki, traktując naszą pracę jak eksperyment. Na tym polegało
nasze szczęście. Dawano nam spokój, nikt się do niczego nie wtrącał,
bo uważano, że tylko tacy wariaci jak my wiedzą, z czego ludzie
się śmieją. Po czwartym filmie doszedłem do przekonania, że stan
ten nie będzie trwał wiecznie. Dlatego zdecydowałem się na samodzielność.
Gwarancja, że mogę się podpisać pod ostateczną wersją zmontowanego
filmu, znaczy dla mnie bardzo wiele.
Pana filmy są częściej oglądane w Europie niż w Stanach. Nie
przynoszą zysków. Mimo to znajduje pan pieniądze na kolejne produkcje.
Jak to możliwe?
-Niektóre moje filmy nie zwróciły się nawet po 10 latach od premiery.
Gdyby policzyć wszystkich moich widzów w Ameryce, okazałoby się,
że ich liczba nie przekracza kilku milionów. Mniej więcej tyle ludności
zamieszkuje średniej wielkości miasto europejskie. Jak na filmowca
to rzeczywiście mało. Na szczęście wspiera mnie Europa.
Od 30 lat praktycznie nie opuszcza pan planu. Średnio raz na rok
kręci pan film. Skąd pan czerpie pomysły?
-Z przeczytanych książek i z obejrzanych filmów. Szukam takich idei,
które pozwolą mi wyrwać się z codzienności i zagłuszyć depresję
przynajmniej na 6 miesięcy. Uwielbiam przebywać w nierealistycznym
świecie, w którym zapominam o troskach prawdziwego życia. Im częściej
tam wracam, tym lepiej się czuję. Dlatego staram się pracować bez
przerwy. Kiedy nic nie mogę wymyślić, chodzę spięty całymi dniami.
Powtarzam sobie: "Muszę zrobić film jesienią, bo później jest
za zimno". I czekam, aż coś mi przyjdzie do głowy. Różne myśli
wpadają. Może by tak nakręcić coś o XIX-wiecznej Rosji albo kryminał,
a może musical? Jeśli to nie skutkuje, zaglądam do notatek. Często
jedno zdanie daje punkt zaczepienia do nowej historii. Znalezienie
pomysłu zajmuje najwięcej czasu. Pisanie trwa krótko - dwa, trzy
tygodnie.
Wyobraża pan sobie sytuację, że nie będzie mógł już reżyserować?
-Tak. Z pewnością przyjdzie taki dzień, że nikt nie zaryzykuje pieniędzy
na mój projekt. Wtedy zacznę pisać dla teatru. Dopóki będę mógł
to robić, moje samopoczucie nie ulegnie zmianie. Jak zwykle będę
wstawał rano, bawił się z dziećmi, potem zamykał się w pokoju i
pisał na starej, niemieckiej maszynie do pisania, którą kupiłem
jeszcze jako 16-letni chłopak i która służy mi z powodzeniem do
dziś.
Większość pana filmów to komedie. Nie ciągnie pana do opowiadania
serio?
-Kilka takich filmów zrobiłem. Cieszyłbym się, gdybym miał ich więcej
w swoim dorobku. Mówiąc obrazowo, komedia jest jak deser. Natomiast
tragedia to główne danie. Zazdroszczę Bergmanowi, Czechowowi, że
zajmowali się poważnymi problemami. Dramaty Szekspira uważam za
głębsze niż jego komedie. Podziwiam Strindberga, O'Neila, Ibsena
bardziej niż G.B. Shawa, Moliera i Wilde'a. Dlaczego nie sięgam
po ich teksty? Na tym polega moja słabość. Lepszy jestem w komediach.
Jest pan jednym z najsławniejszych nowojorczyków. Większość pana
filmów rozgrywa się właśnie w tym mieście. Czy wydarzenia 11 września
zmieniły pana wyobrażenie o tym miejscu?
-Nie bardzo. Jestem przekonany, że każde miasto ma w swojej historii
podobne tragedie. Zdarzają się przecież trzęsienia ziemi, powodzie,
masowe zbrodnie. A potem wszystko wraca do normy. Odbudowujemy Nowy
Jork, ludzie chodzą do teatrów, grają w baseball, kręcą filmy, wracają
turyści. Koszmar powoli staje się częścią przeszłości. Nic się w
gruncie rzeczy nie zmieniło. Mieszkańcy Nowego Jorku żyją i będą
żyć tak jak do tej pory.
Pana filmy też pozostaną takie same?
-Oczywiście. Wie pan, najdziwniejsze było to, że kiedy obserwowałem
Nowy Jork 11 września z okna mojego domu położonego kilka kilometrów
od WTC, miasto wyglądało normalnie, jakby nic się nie stało. W Central
Parku mijałem spacerujące pary, kobiety z wózkami, staruszków wystawiających
twarze do słońca. Życie toczyło się jak co dzień. Jedyna rzecz,
która była inna, to olbrzymie kolejki pod szpitalami. Ludzie godzinami
stali, żeby - tak jak ja i moja żona - oddać krew dla ofiar ataku.
11 września czuć było lęk, który paraliżował miasto. Teraz go nie
ma. Ludzie uwierzyli, że rząd zrobi wszystko, by zapobiec kolejnym
aktom przemocy. Osobiście nie wierzę, żeby Amerykę spotkało coś
równie strasznego w najbliższym czasie.
Nie denerwuje pana, że publiczność utożsamia pana z postaciami,
które gra pan w filmach?
-Nie, bo ile razy można udowadniać, że się nie jest wielbłądem?
Nawiasem mówiąc, nie uważam się za dobrego aktora. Nie porównuję
się z Jackiem Nicholsonem i z Robertem De Niro, którzy potrafią
zagrać wszystko. Ja - jako aktor - jestem jednowymiarowy. Wciąż
gram tego samego człowieka i nie rozumiem np., dlaczego w "Annie
Hall" moja kreacja została oceniona wyżej niż w innych filmach.
Według mnie zawsze jestem równie dobry albo równie zły. Ludzie jednak
wiedzą swoje. Skoro wciąż gram tego samego faceta, to muszę być
taki jak on. W teatrze, gdybym setki razy zagrał znerwicowanego
reżysera w grubych okularach, nikt by nawet nie pomyślał, że może
mnie coś z nim łączyć.
Val Waxman, którego gra pan w filmie "Koniec z Hollywood",
jest neurotykiem, łatwo traci panowanie nad sobą, zawodowo wydaje
się skończony, bo stawia chore wymagania, którym nikt nie może sprostać.
Z nim też nic pana nie łączy?
-Nie, bo gdybym miał taki charakter jak on, zniknąłbym z filmowego
biznesu jakieś 25 lat temu. Val to szaleniec i hipochondryk. Wytwórnia
go zwalnia, oskarżając go o to, że nie wie, jak ma skończyć film.
I że nie potrafi się dostosować.
Pan nigdy nie wpada w panikę?
-Na planie nigdy. A co do chorób, to staram się ich nie wymyślać.
No, może z jednym
wyjątkiem. Kiedy widzę na skórze ciemną plamkę, natychmiast sobie
wyobrażam, że mam raka. Tej nerwicy pewnie nigdy już się nie pozbędę.
Natychmiast wtedy lecę do lekarza, robię prześwietlenie, potem biegnę
do drugiego, żeby wydał kontrekspertyzę. Aż się upewnię, że to tylko
mój strach.
U psychoanalityka też pan nie przesiaduje - jak większość pana
bohaterów?
-Od paru lat przestałem. Ale brakuje mi tych spotkań. Psychoanalitycy
bardzo pomagają. Kto potrafi zdobyć się na obiektywizm w stosunku
do siebie? Dzięki swobodnej rozmowie z lekarzem, umiejętnie omijającym
pułapki, które człowiek zastawia sam na siebie, naprawdę można się
sporo dowiedzieć o sobie. Jeśli wiele lat prowadzi się takie nieskrępowane
konwersacje, to bardzo pomaga. Zrezygnowałem z wizyt, ponieważ poznałem
na wylot metody stosowane przez psychoanalityków i nie potrafię
się już do nich dostosować.
Czy te sesje były pożyteczne dla pana również jako artysty?
-Tylko do pewnego stopnia. Dzięki nim nie musiałem tracić dużo czasu
na opanowywanie rozmaitych lęków. Dochodząc do ściany, artysta czuje
się osaczony, wtedy wyobraźnia bardzo pracuje, nie widzi się drogi
ucieczki. Psychoanaliza pozwala się wyzwolić. Najbardziej była mi
potrzebna, kiedy miałem dwadzieścia lat. Wtedy przeżywałem kryzysy,
z którymi trudno było sobie radzić samemu.
Nie lubi pan filmów gangsterskich. A jednak wielokrotnie w pańskich
opowiadaniach, sztukach i w filmach pojawiają się mafiosi. Co pana
przyciąga do tego świata?
-Ameryka ma obsesje na ich punkcie. Mnie osobiście interesuje ich
styl bycia. Żyją w ogromnym napięciu, obracają się w świecie przemocy,
nie przestrzegają żadnych społecznych norm. Jednocześnie otoczeni
są przedziwną aurą romantyzmu. Niech pan sobie przypomni "Ojca
chrzestnego". Przystojny Al Pacino, zatroskany Marlon Brando,
lojalni członkowie rodziny - to się bardzo podoba. Ja też ich idealizuję.
W pana filmach chyba tylko oni nie mają problemów z kobietami.
-Seks jest taką dziedziną, w której doświadczenie nie gra roli.
Za każdym razem, kiedy się zakochujemy, trzeba zaczynać naukę od
początku. 50-latek i nastolatek, bogaty i biedny - wszyscy przeżywamy
dokładnie te same męki i upokorzenia. Czy warto? Albert Camus powiedział,
że dzięki kobietom możemy dowiedzieć się jeszcze tu, na ziemi, wszystkiego
o raju. Myślę podobnie. Dlatego zawsze traktowałem kobiety z nabożną
czcią. Uwielbiam z nimi pracować, pisać dla nich scenariusze, przebywać
w ich otoczeniu.
Pańskie filmy w miarę upływu czasu stają się coraz bardziej ponure.
To sprawa wieku?
-Nie. Ja mam taką naturę, jestem melancholikiem. Być może mój wrodzony
pesymizm daje coraz mocniej o sobie znać. Mam jednak nadzieję, że
nie jest to uciążliwe dla moich widzów.