| Zwyczajny
facet z fobiami. |
Barbara Hollender - Rzeczpospolita
Kiedy znalazłem się w Cannes i zobaczyłem tłumy oblegające Pałac
Festiwalowy, miałem ochotę uciec. Ale żona powiedziała, że wypożyczyłem
smoking i mam być konsekwentny.
Rz: W swoim ostatnim filmie "Koniec z Hollywood"
dość bezlitośnie rozprawił się pan z amerykańskim przemysłem filmowym.
WOODY ALLEN: Wychowałem się na hollywoodzkich filmach, ale przecież
nawet w złotej erze produkcja wielkich studiów nastawiona była na
masowych odbiorców, a arcydzieła powstawały rzadko. Dzisiaj jest
jeszcze gorzej, konflikt pomiędzy artystami i przemysłem filmowym
zaostrza się. Bo film może zarobić wielkie pieniądze. Już nie 5
czy 10 milionów dolarów, ale 50-250 milionów. Hit wchodzi na ekrany
w piątek, a w poniedziałek ma na swoim koncie więcej niż razem zarobiły
wszystkie obrazy Kurosawy. Bywa, że jakiś tytuł przyniesie 65 mln
dolarów, a producenci uznają go za klapę. Nic dziwnego, skoro w
Los Angeles na kampanię oscarową wydaje się tyle, za ile ja robię
10 filmów. Kompletna paranoja. W Hollywood kino traktuje się jako
gigantyczną maszynkę do robienia pieniędzy. Nie mam w sobie żółci,
ale nie ukrywam, że nie cenię tego miejsca.
W "Końcu z Hollywoodem" mści się pan na fabryce snów
okrutnie: film kręci dla niej niewidomy reżyser.
Ludzie zawsze nadinterpretują moje intencje. Bardzo dawno wpadłem
na pomysł, żeby bohaterem filmu zrobić człowieka, który z powodów
psychosomatycznych traci wzrok. Najpierw miał to być makler giełdowy
albo bokser. W końcu jednak zdecydowałem się na reżysera, bo środowisko
filmowe znam najlepiej. Wiem, jak ludzie z tej branży zachowują
się, mówią, jak reagują w różnych sytuacjach.
Krytycy piszą, że obok "Przejrzeć Harry'ego" to jeden
z najbardziej osobistych filmów w pana dorobku. Zgadza się pan z
tym?
Nie! Nie! Nie! To nie jest film o mnie. Ja sam nigdy nie miałem
podobnych problemów: nie przekraczam budżetu ani terminów zdjęć,
nikt też nigdy w moją pracę nie ingerował.
Protestuje pan bardzo gwałtownie, ale jednak ludzie utożsamiają
pana z bohaterami pańskich filmów.
Widzowie zawsze identyfikują aktorów z ich rolami. Domyślam
się, jaki przeżyliby szok, gdyby poznali prawdziwego Johna Wayne'a.
A mnie rzeczywiście łatwo kojarzyć z postaciami filmowymi, bo nie
jestem dobrym aktorem i nie przeobrażam się raz w duńskiego księcia,
to znów w cyborga z przyszłości. Mogę wcielać się tylko w postacie
pisarzy, reżyserów, facetów lubiących jazz, nowojorskich inteligentów.
Bo ich znam i rozumiem. Nie przebieram się, staję przed kamerą w
swoim własnym swetrze i sztruksowych spodniach. Na dodatek często
zdarza mi się pracować z kobietami, z którymi byłem związany uczuciowo.
Jednak to nieprawda, że opowiadam o własnym życiu. W "Annie
Hall" nie opisuję swojego prawdziwego romansu z Diane Keaton,
nigdy nie przeżyłem takiej historii jak w "Manhattanie",
nie jestem też facetem, który siedzi w domu i nie przestaje wydzwaniać
do dziewczyn. Ciągle to powtarzam, a i tak nikt mi nie wierzy. Ludzie
myślą, że jestem chorym na seks nadwrażliwym neurastenikiem, który
nie potrafi sobie znaleźć miejsca w życiu.
A nie jest pan nim?
Oczywiście, że nie. Jestem kompletnie zwyczajnym facetem. Typowym
przedstawicielem klasy średniej. Mam żonę, dzieci, drobne przyzwyczajenia.
Jem obiad o określonej porze i na noc wracam do domu.
Lęki i fobie, o których opowiada pan na ekranie, nie są po trosze
pana udziałem? Nigdy nie przeżył pan takiej niemocy twórczej, jak
pisarz z "Przejrzeć Harry'ego" czy reżyser z "Końca
z Hollywoodem"?
Nie! Walczę z ideami i myślami, ale nigdy z niemocą. Jak byłem
młodszy, pracowałem przy cotygodniowym show w telewizji. Spotykaliśmy
się z innymi scenarzystami w poniedziałek, a na środę musieliśmy
mieć tekst. Nie było mowy o żadnych niemocach. Jak taka niemoc by
się komuś przytrafiła, straciłby pracę. Wtedy nauczyłem się, że
można się zmusić do pracy intelektualnej.
To prawda, że jest pan jednym z niewielu reżyserów na świecie,
którzy regularnie, co rok, pokazują widzom nowy film. Nigdy nie
potrzebuje pan przerwy na "podładowanie akumulatora"?
Nie, kończę film, przygotowuję DVD, wideo, itd., a potem wracam
do domu. Jest poniedziałek. Idę na spacer z żoną, bawię się z dziećmi,
gram na klarnecie. Wtorek - znów idę na spacer z żoną, potem do
kina. W środę już czuję, że się nudzę, że muszę coś napisać. Więc
zaczynam pisać i po kilku miesiącach scenariusz jest gotowy.
Skąd pan bierze pomysły?
Na początku jest trudno. Myślę: czy chciałbym zrobić film o
gangsterach w XIX wieku, czy o facetach z przyszłości? Musical,
czy dramat? Czasem odreagowuję poprzedni film. Po nakręceniu czegoś
poważniejszego odczuwam głęboką potrzebę odprężenia się przy zwariowanej
komedii. Czasem coś mnie nagle uderzy. Na przykład kiedyś zacząłem
się zastanawiać, jak to się dzieje, że ludzie nabierają wartości,
kiedy stają się znani. Znam wspaniałych lekarzy, do których nie
ma tłoku. I całkiem byle jakich, do których nie można się dostać
tylko dlatego, że dwa razy wypowiedzieli się w telewizji. W Stanach
to absolutny fenomen i on właśnie stał się punktem wyjścia do zrobienia
"Celebrity". Ale bywa i tak, że nie mam pomysłu i szukam
go wertując swoje notatki z ostatnich miesięcy. Bo ja notuję rozmaite
myśli, które przychodzą mi do głowy. Mam w domu szufladę pełną luźnych
karteczek, zabazgranych pudełek od zapałek i kawiarnianych serwetek.
Czasem to się przydaje.
Od scenariusza do wyjazdu na plan jest długa droga. Jak to się
dzieje, że pan ją tak lekko pokonuje?
Moi koledzy znajdują temat, a potem dwa lata zbierają pieniądze.
Latają do Europy, do Kalifornii, proponują, negocjują, spotykają
się z gwiazdami, producentami i biznesmenami. I też nie zawsze coś
z tego wychodzi. Ja zaś kończę scenariusz, mój producent wykłada
pieniądze - nieduże, bo np. "Koniec z Hollywood" kosztował
15 milionów dolarów, a większość moich obrazów jest jeszcze tańsza
- i wyjeżdżamy na plan.
Pana filmy nie stają się wielkimi hitami, skąd więc biorą się
ryzykanci, którzy chcą w nie inwestować?
Moje filmy hitami nie są, ale nie przynoszą strat. Trochę zarobią
w Stanach, trochę we Francji, Niemczech, Rosji, Argentynie. Może
to nie są wielkie sumy, ale składają się na pewien zysk: milion,
dwa miliony dolarów. A nawet, jak któryś nie zwróci się całkowicie,
nie jest to wielka strata. Ryzyko inwestycji jest więc niewielkie.
Przy tak niewysokich, jak na amerykańskie stosunki, budżetach
udaje się panu pozyskać największe gwiazdy. Jak pan je przekonuje
do występu w pana filmie?
Aktorzy dostają u mnie 5 tysięcy dolarów tygodniowo. Niezależnie
od tego, jakie mają nazwiska. Leonardo DiCaprio przez 10 tygodni
pracy może zarobić zaledwie 50 tysięcy. A jednak zgadza się. Podobnie
jak Demi Moore czy wiele innych sław. Bo oni nie potrzebują pieniędzy,
a czasem chcą coś zrobić dla własnego samopoczucia. Oczywiście nie
zrezygnują dla mnie z roli w superprodukcji. Ale mówią: "Właśnie
skończyłem film za 20 milionów, mam 8 tygodni wolnego czasu, więc
wystąpię u ciebie".
Niektórzy aktorzy skarżą się, że nie zajmuje się pan nimi na
planie.
Bzdura. Ja ich po prostu szanuję. Reżyser musi dobrze film obsadzić,
a potem już tylko zawierzyć swoim wyborom. Wykonawcy mają intuicję.
Przed kamerą, wchodząc w nastrój sceny, potrafią wydobyć z postaci
takie tony, o jakich scenarzyście nawet się nie śniło. Dlatego staram
się wtrącać do nich jak najmniej i nie opowiadać im detalicznie,
jaki gest mają wykonać i jaką minę zrobić. Nigdy nie robię prób
i taka metoda pracy, oparta na spontanicznych reakcjach, zawsze
mi się sprawdzała.
Jaką fazę pracy nad filmem lubi pan najbardziej?
Oczywiście pisanie. Wtedy tworzę arcydzieło. Każde słowo, każda
scena jest niezwykła i porywająca. A ja jestem mistrzem intelektu
i dowcipu. Potem staję za kamerą i rzeczywistość powoli zabija moje
"arcydzieło". To, co miało stać się nowym "Obywatelem
Kane'em" czy "Tam, gdzie rosną poziomki", zaczyna
przybierać coraz bardziej mizerne kształty. Pod koniec zdjęć jestem
zrozpaczony. Filmu nie kręci się po kolei, w materiałach ogląda
się 15 sekund z końca, 10 sekund ze środka, 20 z początku. Potem
taśma wędruje do puszek. Kiedy w montażowni skleja się te kawałki
razem, ogarnia człowieka przerażenie: "Jezu, co ja zrobiłem?
To wszystko jest do niczego, nie ma tempa, stylu, point". W
takich chwilach wpadam w panikę i myślę tylko o tym, żeby nie wyjść
na kompletnego głupca.
Czasem się pan myli. Podobno po skończeniu "Manhattanu"
chciał pan zamknąć ten film w szufladzie.
Tak, byłem przerażony. Błagałem w United Artists, żeby nie wprowadzali
go na ekrany. Ale odpowiedzieli: "Skończ z histerią. Po pierwsze,
film nam się podoba. Po drugie, mamy kredyty bankowe i nie możemy
czekać z ich spłatami". Potem "Manhattan" odniósł
sukces u publiczności. Ale ja tak naprawdę zatrzymałbym prawie wszystkie
swoje filmy.
A widząc je później na dużym ekranie, zaczyna pan je lubić?
To, co nakręciłem, oglądam tylko podczas montażu. Gotowego filmu
nigdy nie chcę widzieć, bo bardzo łatwo wpadam w depresję.
A recenzje pan czyta?
Nie, bo uważam, że człowiek dowiaduje się z nich więcej o krytyku
niż o artyście. Jak facet czegoś nie lubi, zawsze znajdzie argumenty
na "nie". Jak lubi, we wszystkim odnajdzie pozytywne strony.
Pana twórczość wyraźnie dzieli się na trzy okresy. Najpierw były
komedie, potem dramaty w stylu "Annie Hall" i "Manhattanu",
teraz znów komedie.
A co ja mam zrobić, że właśnie ten gatunek czuję najlepiej?
Gdybym mógł wybierać, to wolałbym się urodzić z talentem Tennessee
Williamsa czy Eugene'a O'Neilla. Albo robić takie filmy jak Ingmar
Bergman. Niestety, mnie najlepiej wychodzą komedie. Jestem w sumie
twórcą nie najwyższych lotów.
Czy teraz nie jest pan dla siebie zbyt ostry?
W życiu najłatwiej o samozadowolenie. A najtrudniej o obiektywizm.
Widziałem zbyt wiele filmów Kurosawy, Renoira, Bunuela, Truffauta,
Bergmana czy Felliniego, żebym popadł w zachwyt nad własną twórczością.
Nawet moje najlepsze obrazy to ciągle inna klasa.
Czy to nie kokieteria?
Dlaczego? Naprawdę tak myślę. Kilka lat temu proponowano mi
udział w telewizyjnej debacie o kinie. Jednym z uczestników dyskusji
miał być Ingmar Bergman. Odmówiłem. Jak mógłbym usiąść obok takiego
mistrza i przy nim wymądrzać się na temat sztuki? Nie mam kompleksów,
ale uważam, że swoje miejsce w szeregu trzeba znać.
Pana filmy stają się coraz jaśniejsze, jakby coraz ważniejsza
była dla pana miłość. "Koniec z Hollywood" sam pan nazywa
komedią romantyczną.
Ludzie często mnie pytają: "Czy robi pan znów komedie,
bo czuje się pan szczęśliwszy?". Tymczasem ja po prostu idę
od filmu do filmu. Być może psychiatra z dystansu mógłby te obrazy
analizować i opisywać na ich podstawie stan mojego ducha. Ja tego
nie czuję. A miłość? Po prostu uwielbiam kobiety. Uważam je za osoby
znacznie bardziej interesujące od mężczyzn. Aktorki chcą u mnie
grać, bo traktuję je poważnie. W większości hollywoodzkich filmów
proponuje im się role nieciekawe i pasywne. Nie są w stanie stworzyć
na ekranie takich postaci, jakie kiedyś grały Audrey Hepburn czy
Claudette Colbert. W moich filmach mogą być silne i zdecydowane.
W życiu też zresztą byłem szczęściarzem - na ogół miałem wspaniałe
partnerki.
Tea Leoni, pana gwiazda z "Końca z Hollywood", powiedziała,
że jest pan najbardziej seksownym reżyserem na świecie.
To jakiś chwyt promocyjny. Niestety. Taka sama nieprawda, jak
to, że jestem strasznie zdeprawowany. Na moją złą opinię zapracował
skandal, gdy oskarżano mnie o kazirodztwo. Kompletna bzdura. Nie
wiem, jak przez to wszystko przeszedłem. Ale jak już przeszedłem,
to pomyślałem, że nie tak łatwo człowieka złamać. Można wytrzymać
bardzo wiele. I żyć, nie przejmując się cudzą opinią.
Pana ostatni związek okazał się zresztą bardzo trwały.
Spotkałem niezwykłą, mądrą kobietę, która wniosła do mojego
życia spokój. Ale przedtem też nie byłem pożeraczem serc. Odkąd
skończyłem dwudziestkę, miałem pięć poważnych związków z kobietami
- to średnio jeden na osiem lat. Więc nie przesadzajmy z tym rozpasaniem.
Gdybym mógł cofnąć czas, nie zmieniłbym większości moich doświadczeń.
A co by pan zmienił?
Chciałbym być człowiekiem bardziej religijnym, bo wtedy może
nie bałbym się tak bardzo.
Mówił pan, że jest pan osobą zrównoważoną, niemal petit bourgeois.
To czego się pan właściwie boi?
Pewnie tego samego, co pani. Starzenia się, śmierci. Och, tak
naprawdę to niemal wszystkiego. Może dlatego tak bardzo potrzebny
mi spokój i oparcie w miłości.
Poza kobietami kocha pan chyba także Nowy Jork.
Uwielbiam to miasto. Jego rytm, styl. Ta miłość, jak każde głębokie
uczucie, jest trochę irracjonalna. Nowy Jork funkcjonuje na granicy
obłędu, jako pierwszy przeżywa wszelkie plagi, które dotykają Amerykę:
narkotyki, bezdomność, terroryzm. Ale miłość zawsze jest irracjonalna.
Kobieta może być alkoholiczką i zdradzać cię na prawo i na lewo,
a ty ją ciągle kochasz. Z Nowym Jorkiem jest podobnie.
Czy po 11 września czuje się pan w nim równie swojsko i bezpiecznie
jak kiedyś?
11 września był koszmarem, ale tak naprawdę nie miał zasadniczego
wpływu na życie miasta. Ameryka umie pokonywać szok. Dzisiaj już
Nowy Jork żyje tak samo jak przedtem. Ludzie chodzą do restauracji,
kina, do parku. Może jest mniej turystów, ale to też już się zmienia.
Jest pan na ulicach Nowego Jorku rozpoznawany przez przechodniów.
Jak pan sobie z tym radzi?
Kiepsko. Mam kolegów, którzy zagrają w jakiejś telewizyjnej
soap-operze, a potem rozkoszują się tym, że podbiegają do nich nastolatki
i zdzierają im z szyi szaliki. Ja takich rzeczy nie cierpię.
A jednak w ostatnim roku opuścił pan swój nowojorski świat, by
pojawić się w miejscach, które dziennikarze nazywają targowiskami
próżności, a które pan zawsze omijał. Był pan w Los Angeles na wręczeniu
Oscarów, potem - w maju - na festiwalu w Cannes.
Do Los Angeles poleciałem po to, by powiedzieć, że po 11 września
2001 roku filmowy Nowy Jork nie umarł i publicznie złożyć hołd mojemu
miastu. A Cannes? Francuzi zawsze pomagali mi w promocji filmów,
które przecież zwykle bardziej podobają się w Europie niż w Ameryce.
Zapraszali mnie na Lazurowe Wybrzeże od 20 lat, a ja regularnie
odmawiałem. Dlatego uznałem, że już dalej tak nie wypada. Zresztą,
kiedy znalazłem się w Cannes i zobaczyłem tłumy oblegające Pałac
Festiwalowy, miałem ochotę uciec. Ale żona powiedziała, że wypożyczyłem
smoking i mam być konsekwentny. Wchodząc do kina po schodach wyściełanych
czerwonym dywanem, byłem spanikowany i spocony jak nigdy w życiu.
Więc chyba już nikt mnie więcej na takie imprezy nie namówi. Mam
ochotę znów zamknąć się gdzieś, jak najdalej od gwaru.