| Dobre
rady Allena (31 marca 2004) |
Rozmawiał Tadeusz Sobolewski
Woody Allen opowiada "Gazecie"
o kulisach powstania swego nowego filmu "Życie i cała reszta", który
2 kwietnia wchodzi na nasze ekrany
Tadeusz Sobolewski: Co roku film.
Jak się Panu udaje utrzymać tak niezmienny rytm pracy? Woody Allen:
Moje filmy są tanie. Kręcimy w Nowym Jorku. Przychodzę na plan prosto z domu,
filmujemy w mojej okolicy. Jeśli nawet potrzebuję trochę więcej pieniędzy, to
nie na efekty specjalne, tylko żeby mieć więcej czasu - na przykład by pozwolić
sobie na zdjęcia w deszczowy dzień. I tak przechodzi siedem tygodni zdjęć, potem
sześć tygodni montażu. Film się kończy, wracam do domu, mija dzień, dwa. Co robić?
Biorę papier, wkręcam w maszynę i zaczynam pisać. Po kilku miesiącach mam już
nowy scenariusz. Zanoszę go do mojego producenta - zawsze tego samego - i zaczynamy
kręcić. Ludzie myślą: ile to roboty! Otóż wcale nie tak wiele. Niektórym wydaje
się, że pisanie i reżyserowanie to podwójne obciążenie, tymczasem właśnie na odwrót,
jest to o połowę łatwiejsze. Show-biznes to naprawdę nic wielkiego w porównaniu
z prawdziwymi zawodami, prawdziwymi pracami.
Mam wrażenie, że w ostatnich
filmach był Pan trochę zmęczony swoim bohaterem. W "Życiu i całej reszcie"
czuje się nowy oddech, jakby się Pan od czegoś wyswobadzał. Po filmie "Przejrzeć
Harry'ego" nastąpiła seria filmów mniej znaczących. Teraz przychodzi film
trochę większy. Od czego to zależy? - Czysty przypadek. Kiedy skończyłem
"Harry'ego", miałem w szufladzie kilka pomysłów komediowych - był tam
"Skorpion", "Koniec Hollywoodu". Wydały mi się dobre, więc
je wykorzystałem. Wtedy przyszła kolej na "Życie i całą resztę". Teraz
zaczynam film w tonacji jeszcze bardziej serio. Z wielu pomysłów wybieram te,
które się nadają najbardziej. W poprzednim filmie pomysł polegał na tym, że reżyser
filmu ślepnie w trakcie kręcenia. A w "Życiu i całej reszcie" chodzi
o to, że młody chłopak - Jason Biggs - słucha rad starego szaleńca, którego gram
ja.
Jest coś świeżego w relacji młodego Falka i starego Davida Dobela.
Pan nie chce ulec szowinizmowi młodości. Relacja tych mężczyzn, między którymi
jest ze 40 lat różnicy, jest równa, solidarna. - Nie należę do tych
Amerykanów, którzy idealizują młode pokolenie. Problem polega na tym, że ci młodzi
nie rozpoznają samych siebie, nie wiedzą, jacy są, i nie mają zbyt wielu szans,
żeby się dowiedzieć. Myślę o widowni filmowej - jest karmiona blockbusterami z
efektami specjalnymi albo komediami z dowcipami toaletowymi. Myśmy też nie byli
pokoleniem geniuszy - przecież mnie wyrzucano z college'u, byłem niezłym cwaniakiem.
Ale za to naszymi hitami były filmy Truffauta, Bergmana, Antonioniego. To się
liczy. Myśmy się tym podniecali, do głupich filmów nie mieliśmy cierpliwości.
Zwariowałbym z nudów, oglądając to, co muszą oglądać ci młodzi. Niestety, przyszło
im dorastać w fatalnym okresie kultury, niesprzyjającym rozwojowi. To jest sprzężenie
zwrotne, bo z tak nastawioną widownią liczą się studia filmowe, produkując to,
na co ta widownia pójdzie. A jakie ogromne sumy pochłania reklama! Budżet wszystkich
filmów Bergmana nie przekracza budżetu przeznaczonego na reklamę jednego dużego
filmu.
Musiał Pan jednak obejrzeć "American Pie" przed zaangażowaniem
Jasona Biggsa? - Skąd. Dostałem kasetę, wystarczyły mi dwie minuty,
jak Jason idzie z dziewczyną ulicą. Już wiedziałem, że jest dobry i że się nada.
To bardzo utalentowany aktor. Gra w tych głupich komediach dla pieniędzy, bierze
za jedną 10-12 mln dol. No i teraz ci młodzi - zwabieni reklamami "Życia
i całej reszty", na których mnie w ogóle nie ma, jest tylko Biggs i Christina
Ricci - pójdą do kina i każą sobie zwracać pieniądze za bilety. Zatęsknią za toaletowymi
dowcipami. Cała nadzieja w tych starszych.
Pomówmy o Pańskiej postaci,
o tym dziwnym człowieku, który nazywa się David Dobel i jest mentorem młodego.
Dobel ma obsesję na punkcie przemocy, faszyzmu, antysemityzmu. Wszędzie widzi
zagrożenie. - To przyzwoity człowiek, który przeszedł załamanie. Miał
bardzo ciężkie życie, przeżył zawód miłosny. Jest wyczulony na zło, na cierpienie,
na przemoc i faszyzm w każdej postaci. To wszystko łączy się u niego z psychozą.
Jednak nawet jako psychotyk może pomóc młodemu, który z kolei sam nie umie zrobić
ruchu, nie jest w stanie wyplątać się z niechcianych związków. Dobel pomoże mu
się uwolnić.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, że Dobel wciela w sobie
błąd Izraela. Rzeczywiście widzi Pan analogię między tym państwem i tą postacią?
- Izrael jest krajem, którego początki były szlachetne i który musiał
wiele wycierpieć. A przy tym zawsze był napastowany. Po pewnym czasie uwikłany
w walkę zaczął robić rzeczy, które dla niego samego są wstrętne. Podobnie jest
z Dobelem. To przyzwoity człowiek wpędzony przez życie w psychozę.
Dobel
tłumaczy młodemu, że rewanż jest usprawiedliwiony. Agresja usprawiedliwia przemoc.
Czy to nie jest Pańskie stanowisko? To, co mówi Dobel, brzmi bardzo dosadnie w
sytuacji, gdy Izraelczycy są porównywani przez swoich przeciwników do nazistów.
- Teoretycznie Dobel ma rację. On uważa, że trzeba się sprzeciwiać
każdej przemocy, nie czekać, aż będzie za późno. Ale prowadzi to do tego, że z
równą gwałtownością reaguje na wszystko, co go spotyka. Nie daruje nikomu, chwyta
za broń przy byle okazji. Na tym polega jego szaleństwo. Ale impuls podstawowy
jest właściwy.
Pan nigdy się nie uniósł w ten sposób? -
Nie, jestem bardzo spokojny. Jestem radykalnym przeciwnikiem wszelkiej broni i
myślę, że przyjdzie taki czas, że w Stanach Zjednoczonych jej posiadanie będzie
zakazane, jak papierosy. Nie wiem, czy nawet w najgorszej opresji, gdy rozstrzygałyby
się sprawy życia i śmierci, zdobyłbym się na odwagę Dobela i chwycił za broń.
Choć oczywiście jego odwaga jest nie na miejscu. To nastawienie dobre na wojnę,
a nie na sytuację, kiedy ktoś nam złośliwie zajmuje miejsce do zaparkowania. To
wariactwo.
Nazwisko Dobel kojarzy się ze słowem "double"
oznaczającym dwuznaczność, a także sobowtóra. - Nie myślałem o tym.
Choć wszyscy pytają: co to za nazwisko? Rzecz dla psychoanalityka.
A
czy w młodości miał Pan takiego mentora jak Dobel? - Miałem. Choć
nie był typem tak ekstremalnym. Jako 20-latek znałem pewnego człowieka, starszego
ode mnie, nie żyje już. Wydawał mi się genialny. Rozmawialiśmy o pisaniu, o życiu,
o kobietach. Był bardzo przekonywający, wręcz olśniewający we wszystkim, co mówił.
Tylko nie umiał sobie poradzić z własnym życiem.