| Woody Allen
trzyma pomysły w papierowej torbie |
Ewelina Kustra, dziennik.pl
Eric Lax, przyjaciel i biograf Woody'ego Allena, wyjaśnia w piątkowym
dodatku DZIENNIKA fenomen najsłynniejszego nowojorskiego reżysera.
Jak Allen zdołał przekonać cały świat, że seksualnie sfrustrowany
neurotyk w okularach jest po prostu nim samym?
Ewelina Kustra: Zna pan Woody'ego Allena od prawie 40 lat. Bardzo
się zmienił przez ten czas?
Eric Lax: Allen zawsze robił wrażenie osoby chorobliwie nieśmiałej.
Kiedy go spotkałem po raz pierwszy, był zamknięty w sobie do granic
możliwości. W czasie castingów do swoich filmów praktycznie się
nie odzywał, siedząc cicho w kącie, a pod koniec, jak gdyby nigdy
nic, podejmował ostateczną decyzję. Teraz to się oczywiście zmieniło,
Woody rozmawia z ludźmi, żartuje z aktorami. Jedna rzecz jest w
nim jednak stała: on zawsze wie, czego chce. Na planie nie martwi
się, jak coś nakręcić, bo ma precyzyjną wizję i dąży do celu bez
zadręczania współpracowników. Zawsze jest też spontanicznie zabawny,
choć w przeciwieństwie do większości znanych mi komików, nie ma
potrzeby nieustannego dowcipkowania. Jeśli już pada z jego ust jakaś
satyryczna uwaga, to najczęściej ma charakter autoironiczny.
W jaki sposób przekonał wszystkich, że żydowski neurotyk wymachujący
kompulsywnie rękoma, ten, którego widujemy regularnie na ekranie,
to w stu procentach właśnie Woody Allen?
No właśnie. Wrażenie zmyłki potęguje to, że zarówno na ekranie,
jak w rzeczywistości on dokładnie tak samo się ubiera i mówi! Ale
to kompletnie inna osoba.
Ale Allen jest też najwyraźniej znakomitym aktorem, bo jeśli
nie miało się okazji spotkać go prywatnie, to pozostaje tylko utożsamiać
go z tym facecikiem na skraju załamania nerwowego.
Prawdziwy Woody nie tylko w pełni panuje nad swoim życiem, ale też
ma całkowitą kontrolę nad tym, co robi.
Ale nie wiedział pan tego o nim, gdy spotkaliście się po raz
pierwszy w 1971 roku.
Oczywiście, że nie. Nasze pierwsze spotkanie było kompletną katastrofą.
Kochałem wtedy komików: Boba Hope'a, braci Marx, ale i teksty młodego
Allena. Imponował mi, więc na wywiad z nim szedłem dość zdenerwowany.
Zacząłem zadawać jakieś idiotyczne pytania, czytane z kartki, i
z powodu stresu nie czekałem nawet na odpowiedź. Woody patrzył na
mnie jak na wariata. Latałem po pokoju i zasypywałem go znakami
zapytania, on ledwie odpowiadał: "tak", "nie",
"nie wiem", bo też był dość skrępowany obrotem sprawy.
Nie zaiskrzyło między nami, co tu dużo gadać.
Jak więc przekonał go pan do kolejnego wywiadu?
No cóż, musiałem trochę skłamać: tak Woody'emu (że "New York
Times" chce wciąż wielki materiał o nim, chociaż bałem się
do nich zadzwonić po wpadce), jak i gazecie (że Woody błaga mnie
o kolejne spotkanie). Tak wylądowałem z nim na łodzi koło San Francisco,
gdzie trwały zdjęcia do filmu "Zagraj to jeszcze raz, Sam"
i powiedziałem mu, że chciałbym się przyjrzeć bliżej jego przemianie
z komika w reżysera (choć akurat tego filmu Allen nie reżyserował
- przyp. red). Mieliśmy dla siebie wtedy może około 10 minut, ale
udało się, w przeciwieństwie do poprzedniego razu, przeprowadzić
normalną rozmowę. Obaj byliśmy o wiele bardziej wyluzowani. Może
dlatego, że gadaliśmy głównie o bejsbolu? (śmiech). Manager Woody'ego,
Charles Joffe, zgodził się, żebym pokręcił się trochę po planie.
Prawie się nie odzywałem, przesiadywałem w kącie i obserwowałem.
Po paru dniach, kiedy było już jasne, że nie spowodowałem żadnej
katastrofy, Allen zaczął podchodzić do mnie i zagadywać. Najpierw
chwilkę, potem coraz dłużej. I tak nam zostało do dziś.
Ale artykuł się nigdy nie ukazał.
Delikatnie powiedziane. Po kilku tygodniach na planie "Zagraj
to jeszcze raz, Sam" na podstawie sztuki Allena, pojechałem
do Los Angeles, gdzie Woody reżyserował "Wszystko, co chcielibyście
wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać". Dokończyłem artykuł
i pech chciał, że po ciężkiej pracy oddałem go redakcji dokładnie
w dniu, gdy tygodnik "Time" opublikował sylwetkę reżysera.
A w dziennikarstwie, jak wiadomo, jest jak w komedii - grunt to
odpowiedni moment. Jeśli ktoś inny opowie historię, nad którą sam
pracujesz, staje się ona nietykalna niczym odpady radioaktywne.
Musiałem się więc pożegnać z myślą o publikacji swojego artykułu.
Woody się nie wściekł, że zawracał mu pan głowę i nic z tego
nie wyszło?
Bałem się trochę, ale co miałem zrobić? Chciałem być fair, więc
wysłałem mu ten nieopublikowany artykuł z karteczką z przeprosinami.
I odpisał! Było mu przykro, że z publikacji nic nie wyszło, ale
tekst mu się podobał, pochwalił, że właściwie go cytowałem, nie
zniekształciłem żadnych dowcipów i nie zmasakrowałem puent. Gdy
później wpadliśmy na siebie na ulicy w Nowym Jorku, powiedział,
że jedzie do Las Vegas na występ i jeśli byłbym w okolicy, zaprasza.
Nic nie wskazywało, żebym miał pokonać te trzy i pół tysiąca kilometrów.
Ledwie jednak wróciłem do domu, zadzwonił do mnie kolega, który
rozkręcał nowe wydawnictwo i poinformował, że byłby zainteresowany
dużym tekstem o Allenie. Jak wystrzelony z katapulty poleciałem
do Vegas. Zadzwoniłem do Woody'ego z hotelu. Spotkaliśmy się na
kawie. Co ja w ogóle mówię, przecież Woody nigdy nie pija kawy,
tylko gorącą wodę z cytryną! To ja piłem wtedy kawę. Miałem szczęście
towarzyszyć Woody'emu w jego ostatnim tournée w roli komika, które
wystartowało w słynnym Caesars Palace w Las Vegas. W wyniku naszej
współpracy w 1975 roku powstała książka.
Zdecydował pan, że dalsza współpraca nie będzie miała sensu,
jeśli Woody zacznie się powtarzać.
Allen mówi potoczyście, całymi akapitami, niemal nie trzeba na papierze
redagować jego wypowiedzi. A jakąś historyjkę powtórzył po raz drugi
dopiero po trzech latach. To naprawdę łebski gość.
Czy przez te wszystkie lata znajomości, Woody Allen czymś pana
szczególnie zaskoczył?
Raczej zaimponował mi tym, że odkąd pamiętam, robi tylko to, co
chce, nie oglądając się na innych. Woody to jeden z najbardziej
zdyscyplinowanych ludzi, jakich znam. O określonej porze, żeby nawet
świat się walił, zamyka się w pokoju, żeby pracować: myśleć lub
pisać. Dyscyplina to jego drugie imię. Najciekawsze, że raz napisany
scenariusz zostaje mu na dobre w głowie. Potem na planie Allen do
niego w ogóle nie zagląda, nie zadaje pytań w stylu: "I co
tam dalej było?". On to wszystko pamięta!
Może robi notatki na serwetkach w restauracjach albo na papierze
toaletowym?
Gdy Woody pracuje, pomysły zapisuje na małych karteluszkach, które
walają się wszędzie. Na biurku zwykle trzyma wielką papierową torbę,
do której je wszystkie znosi, żeby niczego nie zgubić. Kiedyś powiedział
mi, że życia mu nie starczy, żeby zrealizować choćby połowę pomysłów
z tej torby. Można by pomyśleć, że to kokieteria nadętego filmowca.
Ale ja widziałem, ile niesamowitych rzeczy jest w tej torbie, przybywa
ich z każdą chwilą i to mnie niezmiennie zadziwia. Następnie Allen
losuje którąś karteczkę i rozwija ją w coś większego.
Tak po prostu? Siada do komputera?
Raczej do maszyny, a najczęściej sięga po długopis. Ale najpierw
przechodzi prawdziwą gehennę i zmasowany atak hipochondrycznych
dolegliwości: boli go głowa, brzuch, często miewa gorączkę. Obaj
z Marshallem Brickmanem (współscenarzystą niektórych filmow Allena,
np. "Tajemnicy morderstwa na Manhattanie" czy "Śpiocha"
- przyp.red) twierdzą, że najgorsze jest pisanie, czyli układanie
całości dialogów w głowie. Zaś spisywanie, czyli przelewanie ich
na papier, to przy tym jak wydmuchanie nosa. Kiedyś Allen pokazał
mi scenariusz do "Zbrodni i wykroczeń". Wszystko było
nagryzmolone na papeterii hotelowej, bo był wtedy na wakacjach w
Europie z Mią Farrow i dziećmi. Tak pracuje.
Nie ma żadnych przyzwyczajeń dziwaka? Nie musi mieć w hotelu
prześcieradeł w odpowiedni deseń i markowego szampana dla psiego
pupila?
Allen nie podróżuje ze świtą. Nie bywa uciążliwy. Ale jest coś,
co łączy go z hipochondrycznym bohaterem jego filmów - fioł na punkcie
zdrowia. Woody pilnuje diety, przyjmuje odpowiednie ilości płynów,
z najdrobniejszym katarem leci do lekarza i najchętniej codziennie
robiłby sobie prześwietlenie. Szczególne wymagania na planie? Rano
zwykle je babeczkę i pije gorącą wodę, to wszystko.
Nigdy też nie kazał panu iść do diabła, gdy zadał pan jakieś
niewygodne pytanie?
O dziwo nie. Ale od początku mieliśmy jasny układ. Woody nie chciał
krytykować żadnej żyjącej osoby. Zawsze dbał o to, żeby żadne tego
rodzaju nazwisko nie pojawiło się w kontekście mocnej krytyki czegoś,
czym gardzi. To było dla niego bardzo ważne. Czasem coś mu się wyrwało,
ale zaznaczał, że to "off the record", tylko dla mnie.
Był natomiast zadziwiająco otwarty w rozmowach o swoim życiu osobistym
- nawet w momencie sporych turbulencji towarzyszących rozstaniu
z Mią Farrow i początkowi związku z Soon Yi-Previn (którą wspólnie
z Farrow Allen najpierw adoptował, a potem się z nią ożenił w 1997
roku - przyp. red).